Piszę relację skrótową i idę spać, a nawet jeśli nie zasnę, chcę wreszcie się położyć.
Do półmetka było jeszcze w miarę dobrze - brutto 2 godziny, netto ok. 1:59. Samopoczucie niezłe, moc była, a więc były i szanse na zejście poniżej 4 godzin. Biegłam za Kubą, który robił sobie delikatne 60-kilometrowe wybieganie przed Kaliszem.
Przed Mostem Świętokrzyskim (23 km) poczułam, jakby mnie ktoś zdzielił kijem baseballowym po tzw. krzyżu, a potem poprawił z podkutego buta. To spięły się prostowniki grzbietu, które pociągnęły za sobą cały gorset mięśniowy, odbierając mi możliwość normalnego oddychania i ściskając żołądek, co natychmiast sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Cudnie, bo przede mną jeszcze 19 km biegu. Zgubiłam Kubę, dogoniła mnie Agnieszka na rowerze. Prawie płacząc powiedziałam jej o plecach, więc kazała je porozciągać. Przeszłam się i znów pobiegłam, kombinując, czy nie zejść z trasy.
Szczegółów Wam oszczędzę, ale dalej na zmianę szłam i biegłam, szłam i biegłam. Kiedy szłam, było w miarę ok, tzn. bolało, ale dało się wytrzymać. Kiedy przechodziłam do biegu (emmm, do truchtu, żeby odpowiednie dać rzeczy słowo), bolało potwornie, nie mogłam złapać tchu (ze ściśniętą przeponą jest naprawdę kijowo) i czułam falę mdłości.
Od czasu do czasu mobilizował mnie doping - Olek z megafonem i wtórująca mu Beata, jacyś chłopcy, którzy przybijali sobie ze mną piątki. Od 25 km podłączyłam się pod Leszka, który również robił delikatne wybieganie przed Kaliszem. Było bardzo miło, ale przy 30 km zatrzymałam się, a Leszek zniknął mi z oczu.
Na Powiślu dogonił mnie DrProctor i chwilę pogawędziliśmy o swojej niedoli. On pobiegł dalej, a ja usiadłam na jakimś przyjemnym murku. Było ciepło, świeciło słońce. Gdyby nie koleżanka na rowerze, chyba bym na nim została. Większość Powiśla przeszłam, dopóki nie dotarłam do punktu KOW (Komitetu Odżywek Własnych), przed którym najpierw przysiadłam na krawężniku, a potem do niego elegancko dospacerowałam, wzięłam izotonik i poszłam dalej. Przy fladze z napisem 37 km postanowiłam pobiec, ale przy fladze z 38 km plecy po prostu zatrzymały mnie w miejscu. Weszłam pod górę przy Cytadeli i ruszyłam biegiem od 39 km, stopniowo przyspieszając i wyprzedzając innych biegaczy. Plecy bolały tak strasznie, że z trudem hamowałam chęć rozbeczenia się na środku trasy. Zacisnęłam zęby i powtarzałam sobie: "Jeszcze kilka minut i siądziesz, napijesz się wody, potem zjesz obiad, wypijesz herbatę, piwo, potem się położysz." I tak cały czas, żeby zapomnieć o bólu i biec.
Na Placu Piłsudskiego rozbawił mnie starszy pan, który zaczął bić brawo i wołać "Pani Haniu, pięknie pani biegnie! Piękny styl! Stylowy krok!", a razem z nim bili brawo jego koledzy. Trochę zbaraniałam, bo wydawało mi się, że ledwo szuram nogami, ale pomachałam do nich przyjaźnie i skręciłam w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Kiedy wbiegłam na nie i zobaczyłam, że jeszcze tylko 300-400 metrów, odbiłam się w miejscu i przyspieszyłam jak tylko mogłam. Wyprzedziłam jeszcze ze 20 albo i 30 osób, leciałam nie zważając już na nic, byle szybciej do mety. Słyszałam, że ktoś mi dopinguje, nie wiem kto, widziałam tylko machającego tatę i męża. Wpadłam na metę z czasem brutto 4:38:08. Netto chyba 4:36 coś.
I wtedy uszło ze mnie powietrze. Odebrałam rzeczy z depozytu, usiadłam na folii i... popłakałam się. Nawet nie chodziło o ten czas, tylko raczej nad sobą popłakałam: że wreszcie siedziałam, że tak strasznie bolały mnie plecy, że czułam się jakby mnie ktoś solidnie obił. Znalazł mnie mąż i tata, przebrałam się w suchą koszulkę, założyłam kurtkę, wysmarkałam nos i poszliśmy na obiad, do którego wypiłam wymarzoną gorzką herbatę, mnóstwo wody i małe, zimne piwo.
Już się nad sobą nie użalam, a nawet jestem zadowolona. Przebiegłam się po swoim ukochanym mieście, a na trasie spotkało mnie tyle ludzkiej życzliwości i sympatii - bez niej chyba nie zmobilizowałabym się do ukończenia biegu.
Życiówkę zrobi się wiosną. Albo i nie. Doszłam dziś do filozoficznego wniosku, że w bieganiu nie to jest dla mnie najważniejsze.
A tymi cholernymi plecami to już ja się zajmę! Tylko najpierw trochę poleżę i odpocznę.
PS. Dziękuję Wam za wszystkie dobre życzenia!
PS2. Jeszcze raz dziękuję Agnieszce, Olkowi, Kubie, Leszkowi, Beacie, Basi i całemu KOW-owi.
PS3. A na sam koniec, lecz w sumie przede wszystkim: dziękuję i gratuluję Stasiowi, mojemu dzielnemu i kochanemu mężowi, który dziś poprawił swoją życiówkę o 13 minut i przybiegł z czasem 3:49 netto! I to mimo jeszcze bardziej beztroskiego podejścia do treningów i kilometrażu niż moje :)
niedziela, 26 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
18 komentarzy:
Czekalam z niecierpliwoscia na Twoj wpis.
Haniu, jestes wielka. Zobacz, ile osob Cie dopingowalo. Piekne to musialo byc. Skad oni wlasciwie Cie znaja?
Bardzo mi sie podoba, co napisalas, ze nie zyciowka jest w bieganiu najwazniejsza. Nawet pewnie nie maraton. Fakt, jedno i drugie to jak wisienka na torcie, ale... wisienka bez tortu jest tylko wisienka, a tort zawsze TORTEM zostanie.
Smacznego zatem
echem, alezem zasunela metaforycznie
Aniuha, to głównie koledzy i koleżanki zapoznani przy okazji biegania :) Zapomniałam tylko napisać o dopingującej na Wale Miedzeszyńskim koleżance, z którą pracowałam 6 czy 7 lat temu. Wyszła kibicować mężowi i nagle zauważyła, że biegnę, więc zaczęła mi dopingować.
To naprawdę strasznie miłe i podbudowujące, kiedy jednego dnia spotka się z taką porcją miłych uczuć ze strony innych osób.
No i Warszawa była dzisiaj naprawdę piękna. Zawsze twierdzę, że jesień i wiosna mają tu niepowtarzalny urok. Przemilczam tylko chamskich kierowców, którzy awanturowali się na Powiślu i trąbili na biegnących. To chyba było jedyne nieprzyjemne zdarzenie, które dziś obserwowałam. Poza tym było naprawdę nie-sa-mo-wicie!
Za rok pobiegnę znowu. A jeśli nie pobiegnę, będę, jak rok temu, pomagać na trasie. Jakoś jednak wezmę udział w tym maratonie. Najbliższym mojemu sercu.
Kochanie, jestem z Ciebie bardzo dumny!!!
A gwoli sprostowania: nie(do końca)prawdą jest, że podchodzę beztrosko do treningów - po prostu po super przepracowanej zimie, doszedłem do słusznego wniosku, że i na tzw. "świeżości" można zrobić wynik ;)
Twoje podejście okazało się być bardzo skuteczne :)
Gratuluję biegu oraz męża!:) Śledząc akcję w tv zastanawiałam się, jak Ci poszło, no i czytam, że świetnie, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę wredny ból. Chapeau bas, respect i inne pokrewne!
twardzielka z Ciebie niesamowita, jesteś moją idolką!Gratulacje!
Haniu, strasznie miło czyta się Twoje wpisy, bo zawsze w bieganiu umiesz znaleźć coś miłego, nawet jeśli bieg nie do końca układa się po Twojej myśli. Po tym można poznać prawdziwą pasję. Gratuluję Wam obojgu! I życzę szybkiej rozprawy z plecami :-*
Gratulację, że przetrwałaś do końca mimo bólu. Wielu by się pewnie poddało. Piękna walka :)
Haniu dałaś radę ! pokonałaś maraton i ... siebie :)życiówka to nie wszystko poprawisz się o kilkanaście sekund i znowu masz co poprawiać ;)pozdrawiam gratuluję, wielkie brawa :)
@bluuu, bardzo dziękuję. To była relacja w tv? Fajnie, chciałabym, żeby z wszystkich polskich maratonów były relacje :)
@zielenina, :-*
@quinoamatorka, tak, to chyba jednak jest pasja :)
@celmaraton, dziękuję!
@tete, no tak - życiówki można gonić i gonić bez końca, ale kiedyś chyba dochodzi się do kresu swoich możliwości i co wtedy?
Jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję! Jest mi ogromnie miło, kiedy czytam tyle miłych słów.
PS. Zapomniałam dodać, że mieliśmy imienne numery startowe, dlatego obcy pan wołał do mnie "Pani Haniu" :) Pod numerem napisane było "HANNA". Bardzo fajny pomysł!
Brawo Hanka!!! kibicowałam Maratończykom przez jakiś czas na 30-tym kilometrze (jak przebiegali z pacemakerami od 3:35 do 4:00) i ponieważ pierwszy raz oglądałam maraton muszę powiedzieć że mam wielki respekt dla wszystkich, którzy w tym startują i go ukończą nie poddając się (chyba że oczywiście trafi im sie kontuzja). Ty mialaś kontuzję i nie zeszłaś więc respekt x2 a nawet x10!
O biedactwo! wyobrażam sobie takie ból...
Ale skoro wynik masz w takich granicach, to znaczy, że jesteś absolutnie wybitnie niesamowita! No i warto było dobiec i się nie poddać :)
gratulacje! wspaniale, że się nie poddałaś i mimo wszystko dobiegłaś do mety. Uściski!
@Ava, na 30 km już mnie nie było w grupie, którą widziałaś, a parę kilometrów później przegoniła mnie grupa na 4:15 :( W międzyczasach wyczytałam, że odcinek pomiędzy 30 a 40 km pokonałam w stylu dowolnym w... 1h 29 min.
@Midi, aż się zarumieniłam :)
@Ironwoman, pewnie gdzieś mnie wyprzedziłaś na trasie, bo widziałam, że przybiegłaś około 20 min szybciej. Gratuluję i dziękuję :)
Ja sobie nawet nie wyobrażam, jaki to musi być ból i zmęczenie. Ale dobiegłaś mimo problemów z plecami, gratulacje, naprawdę podziwiam! Teraz należy Ci się porządny odpoczynek.
Haniu, gratuluję! Pokonałaś samą siebie i to jest najważniejsze:)
Fajnie było się wreszcie spotkać w realu.
Haniu, jestes dzielna. Jestes bardzo dzielna. Uparta jak cholera. Za to wszystko i jeszcze pare innych rzeczy tak Cie lubie i cenie :*
PS A moze zyciowka w Lozannie?
;)
DrProctor, tak - bardzo fajnie!
Anoushko, uparta jestem, ale z tą dzielnością... no nie wiem ;) Życiówka w Lozannie? Hm... Niestety Lozanna nie ma trasy na życiówkę (widziałam profil trasy ;)), aczkolwiek chętnie pobiegłabym "turystycznie" :) Tylko już nie w tym roku.
Prześlij komentarz