piątek, 17 września 2010

Blisko, coraz bliżej

Do 26 września już bardzo niedaleko, a przecież dopiero przed chwilą biegłam w Trieście.

Cieszę się na swój piąty maraton i troszkę się go boję. A raczej boję się, żeby mój organizm nie wywinął jakiegoś numeru (katar, problemy z żołądkiem, biodro - niepotrzebne skreślić). Jeśli nie będzie niespodzianek, przeturlam się jakoś przez te 42 km. I nawet przez końcowe 195 metrów.

Tymczasem mamy wrzesień zdradliwej pogody. Codziennie ktoś prycha, kicha, kaszle i chrypi. Profilaktycznie piję możliwie najwięcej, staram się ubierać jak najrozsądniej, sięgam po czosnek, chili, miód i cytryny. Niestety od rana czuję niepokojący ścisk u nasady nosa i dziwny żużel w gardle. Tak więc porannego biegania nie było, wieczornego też nie. Choć chętnie wybiegałabym cały tydzień pracy.

Co poza tym słychać w treningach? Nic ciekawego. We wtorek wstałam o 5:10, żeby zrobić 14 km w tempie narastającym. Coś kiepsko spałam, więc początek był straszny i dalej też nie było najlepiej, zwłaszcza, jeśli porównać z treningiem niedzielnym. Skróciłam nawet trasę do 12.5 km, a z nich najlepiej biegło mi się końcowe 2.5. Rozciągnęłam się niezbyt dokładanie, to i nie dziwota, że przez cały dzień tu mnie łupało, tam coś strzykało i w ogóle emerytura. Wyraźnie niesyta wrażeń sportowych pojechałam do pracy na rowerze. Kiedy dotarłam do niej i usiadłam za biurkiem, momentalnie zaczęłam zasypiać. Było na tyle źle, że wypiłam filiżankę biurowej (ble) kawy, która na senność nie pomogła, za to spowodowała utratę wiary w sens życia.

W środę z różnych powodów opuściłam trening klubowy i wróciłam do domu zaraz po pracy, żeby zamienić się w kanapona klasycznego. Około 8-mej stwierdziłam, że pogubiłam się w przygodach Seana Connery'ego, który, jako agent w służbie Jej Królewskiej Mości, ratował świat przed nuklearną zagładą i że czas uratować siebie przed spadnięciem z fotela. Nie pamiętam, o której zasnęłam, ale wcześniej umęczyłam się jeszcze Iwaszkiewiczem.

Wczoraj, patrząc tęsknie na rower, wbiłam się w strój oficjalny i pojechałam do pracy samochodem. Hy hy... Zajęło mi to tyle czasu, co niespieszny dojazd na dwóch kółkach. No, może ze 2-3 minuty mniej. Za to weszłam do biura w aurze buzującej adrenaliny i przepadłam w sali konferencyjnej na długie, długie godziny. Nagrodą był trening na siłowni, podczas którego przebiegłam rozgrzewkowo parę kilometrów, wysłuchałam relacji koleżanki z maratonu we Wrocławiu (zachwycona) i przećwiczyłam chyba wszystkie możliwe partie mięśni w sposób mniej inwazyjny niż zazwyczaj. Bardzo zadowolona z siebie i z życia wróciłam do domu.

Dziś, choć z otwartego okna płynął nieomal zamróz, pogłaskałam czule kierownicę roweru i zabrałam go na przejażdżkę w stronę biura. Skoro nie biegałam... Dziwna pogoda, bo w cieniu było mi zimno nawet w czapce i w bluzie softszelowej, a w słońcu roztapiałam się z gorąca. Niezależnie od warunków termicznych, przejażdżka była urocza i tym razem buzowały endorfiny, a biurowa (ble) kawa, mogła się kisić w ekspresie, bo nawet w jej stronę nie spojrzałam. Podczas powrotu do domu, rower wyrzucił mnie z siodła. Dosłownie. Na trasie praca-dom (lub odwrotnie) jadę kawałek przez ziemię niczyją, po wydeptanej i wyjeżdżonej ścieżce. Kiedy jest sucho, jedzie się po niej świetnie. Kiedy popada deszcz, jak to na ścieżce, robi się błoto. Na błocku opona wpadła w ślizg i poleciałam na błotnisty trawnik. Nic mi się nie stało, tylko resztę drogi pokonałam w stylowo uświnionych ciuchach.

Jeśli rano będę zdrowa, może śmignę malutką rundkę, żeby nie zapomnieć jak się biega? W tej intencji robię kolejną herbatę z miodem i cytryną oraz wracam do robienia porządków.

8 komentarzy:

Zielenina pisze...

jak czytam, że zamierzasz przebiec 42 km to jestem w stanie pomyśleć tylko jedno - to nie jest możliwe żeby człowiek przeleciał tyle na raz! :)

Hankaskakanka pisze...

Tydzień temu w Katowicach odbył się bieg 24-godzinny. Zwyciężczyni przebiegła w ciągu doby ponad 200 km. Dla mnie to jest niewyobrażalny wysiłek :) No i mam ciche ambicje na 55 km w ramach Kaliskiej Setki w przyszłym roku ;-) Na razie chciałabym wyleczyć katar.

Ironwoman pisze...

będę trzymać kciuki na maratonie! (sama jeszcze się nie zdecydowałam czy biegnę). jaki czas przewidujesz?

Midi pisze...

55 km??! ło matkooo

Na żużel w gardle i inne podobne doznania jest takie cuś, nazywa się disophrol retard - to tabletki obkurczające naczynia, strasznie wysuszają śluzówkę, ale (1) wzięte w odpowiednim momencie, jak masz pierwsze przeczucie nadchodzącej infekcji, całkowicie eliminują kolejne objawy; (2) wzięte 1 dzień później skutecznie likwidują katar, tzn. wysuszają go. Dla mnie lek nr 1, dałabym Nobla temu, co go wymyślił (gdybym miała Nobla do oddania ;)

Hankaskakanka pisze...

Ironwoman, dziękuję za kciuki. Nie wiem, jaki czas przewiduję :) Jeśli będę miała dobry dzień, postaram się pobiec poniżej 3:55, jeśli gorszy - dobiec do mety przed zakończeniem imprezy ;)

Hankaskakanka pisze...

Midi, na żużel pomogło płukanie wodą z solą, a na katar Sinupret i bieganie :)

Ava pisze...

Tylko że Disphrol to pseudoefedryna ;-) Ale płukanie wodą z solą to dla mnie najgorsza kara. Odruch zwrotny natychmiast.
A ty masz kobieto motorek w ... :-) W takim pozytywnym bardzo sensie.

Hankaskakanka pisze...

Z lekami szybko obkurczającymi śluzówki muszę uważać, tzn. nie brać ich. W zeszłym roku miałam po nich poranne krwotoki z nosa, a wszystkie preparaty były zapisane przez bardzo polecaną panią laryngolog. Śluzówki doszły do siebie po robionych na receptę kroplach dla dzieci, przepisanych przez lekarza pierwszego kontaktu :)
Wolę łagodniejsze środki: sinupret, inhalacje i płukanie wodą morską w szpreju.
Motorek chyba się zaciął i żąda ode mnie nieprawdopodobnej ilości snu oraz jedzenia. Hm.