niedziela, 7 lutego 2010

Tajemnica biletu parkingowego

W czwartek odrobiłam środowe zwycięstwo próżności nad planem biegowym i przebiegłam sumiennie 8 km w pierwszym zakresie. Wczoraj rano pobiegłam do Parku Saskiego, licząc na jako-taką osłonę przed przenikliwym wiatrem. Raz wiało mocniej, raz słabiej, ale jakoś przedreptałam dwa kółka i zrobiłam dziesięć minutowych zabaw biegowych w systemie: jedna minuta szybko, jedna wolno (w sumie 20 minut tej, emmmm, zabawy). Wróciłam do domu przewiana na wylot, z twarzą w optymistycznym kolorze dojrzałego pomidora.

Dziś świeciło słońce i wydawało się, że jest dosyć ciepło. Chi chi chi. Kiedy dojechałam do Powsina i wysiadłam z samochodu, natychmiast podjęłam decyzję o zamianie wiatrówki na bluzę softshellową i pobłogosławiłam się w duchu za nałożenie ciepłych gaci pod ocieplane legginsy oraz zabranie polarowego szalika.

Wspólnie z koleżanką wydreptałyśmy ponad 15 km, przy okazji omawiając Bardzo Ważne Sprawy. Koleżanka pokazała mi bardzo malowniczą ścieżkę prowadzącą skrajem polany od strony Powsina, następnie skręciłyśmy w prawo i, przez polanę, wbiegłyśmy do nieznanej mi wcześniej części Lasu Kabackiego. Polana była ośnieżona, gładka, a przez okalające ją badyle sprawiała wrażenie zamarzniętego jeziora. Śmiałyśmy się z koleżanką, że trafiłyśmy niechcący na Pojezierze Mazowieckie.

Wreszcie dotarłyśmy do pętli i obiegłyśmy ją z zakładką na dobicie do 15 km.  W lesie, początkowo dosyć pustym, zagęściło się znów od narciarzy, biegaczy, spacerowiczów, maszerujących z kijami, rowerzystów. Trzeba było między nimi lawirować i uważać, żeby nie zostać stratowaną.

Kiedy dobiegłyśmy do parkingu, rzuciłam się do swojego samochodu i schowanego w nim termosu z herbatą i pożarłam trzema kęsami zabranego z domu banana. Słońce zaszło, zaczęły prószyć śniegowe wiórki. Przebrałam się w suche ciuchy i wróciłam do domu. Nie bez przygód - zgubiłam bilet parkingowy, ale pan z obsługi uwierzył mi na słowo, że przyjechałam o tej i o tej godzinie i że nie kradnę swojego samochodu. Bilet znalazł się, kiedy już w domu wyjęłam z bagażnika torbę z rzeczami. Ale jak się pod nią znalazł i dlaczego nie widziałam go, kiedy przetrząsałam i torbę i bagażnik na parkingu? Cuda.



8 komentarzy:

Pinos pisze...

Dobrze że byłam na siłowni w sobotę - mam mniejsze wyrzuty sumienia czytając Twój post ;)

Hankaskakanka pisze...

A ja w tym tygodniu olałam siłownię i mam wyrzuty sumienia ;)

quinoamatorka pisze...

Po tytule postu spodziewałam się kryminału, a tu sielanka:)

Mich pisze...

Ja za każdym razem, kiedy u Ciebie goszczę mam wyrzuty sumienia. Pisz częściej - wpadnę w depresję:)
Z tymi potrzebnymi biletami parkingowymi tak już chyba jest i czas się pogodzić z naturą

Hankaskakanka pisze...

A kiedy ja oglądam Wasze blogi kulinarne i po raz trzeci w danym tygodniu robię spaghetti aglio e olio (niby węglowodany i profilaktyka przeciwprzeziębieniowa), nawet nie wiecie, jakie MNĄ targają wyrzuty sumienia :)

LidKa pisze...

Mam to samo co Pinos, choć na siłowni byłam w niedzielę;)

Unknown pisze...

Mnie też ciężko zdołowałaś, ale ja mam wymowke... właśnie mija 2 miesiąc zapalenia ścięgna w kostce, więc nie mogę ani skakać ani tańczyć ani w ogóle nic robi. Czuję się jak stary grzyb :(

Piękne zdjęcia Haniu :)

Hankaskakanka pisze...

Oj, Anoushko, długo męczy Cię to ścięgno :( Podpytam fachowca, co mógłby w takim przypadku zasugerować.
Cieszę się, że Ci się podobają zdjęcia :) (robiłam je telefonem)