Zapisałam siebie i męża na maraton. Wpisowe zapłacone, plan otrzymany - nic tylko biegać.
Wróciliśmy wczoraj dosyć późno ze wspaniałej kolacji u znajomych, miałam ochotę złapać trochę snu, tak więc wystartowaliśmy dziś dobrze po 11. Nie wiem czego się spodziewałam po ostatnich opadach śniegu, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze wyobrażenia :) Po takiej nawierzchni jeszcze nie biegałam! Tam, gdzie dukt nie został wydeptany ani rozjeżdżony na biegówkach, z trudem utrzymywałam tętno pierwszego zakresu, wlokąc się w tempie 8 minut / km.
Mimo to, grzechem byłoby narzekać na możliwość biegania (no dobra - dreptania) w zimowym lesie, w lekkim mrozie. Zwłaszcza, że spotkałam koleżankę, z którą nadrobiłyśmy zaległości w omawianiu nowin z życia wziętych i nawet nie zauważyłam, kiedy skończyła się pierwsza pętla i zaczęłam drugą. Pobiegłam z koleżanką jeszcze kilometr i, z napotkanym po drodze mężem zawróciłam, a na sam koniec zrobiłam mocniejszy akcent (500 m). Ten ostatni kawałek mocno mnie zmęczył, bo byłam już nieźle głodna i czułam w nogach 11.5 km śniegu. Na szczęście, w bagażniku czekał termos z herbatą, banany, wafle ryżowe i sojowe mleko czekoladowe. Przeżyłam :)
niedziela, 10 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
Przy dzisiejszej aurze uwaga do planu treningowego: "nie unikać śniegu" zakrawała na ponury żart ;-)
Tak czy inaczej zgadzam się: było super!
Trzymam kciuki za realizację planu! :-)
Dziękuję! Kciuki mogą pomóc :)
Prześlij komentarz