Rozpadało się na dobre. Patrzę przez okno na białe dachy i płatki wirujące pod latarnią. Ładnie jest. Można sobie wyobrażać, że to kurort alpejski, a nie środek Warszawy :)
Mieliśmy dziś wieczorny bieg bałwanów. Czyli, nie zważając na śnieżycę, wybiegliśmy "na miasto". Powolutku, noga za nogą, zrobiliśmy prawie dziewięciokilometrową pętlę po zimowej Warszawie. Śnieg padał, padał, padał.
Jakieś 700-800 metrów przed końcem wycieczki, poczułam, że jeśli nie przyspieszę, to chyba się uduszę. I przyspieszyłam - po spokojnym tupaniu miałam wrażenie, że nogi same mnie niosą po zawalonych śniegiem chodnikach. Myślałam sobie tylko, że, jeśli znowu wywinę orła, to będzie nauczka, żeby zimą nie robić szybkich finiszów. Jednak tym razem obyło się bez obijania pupy i wróciłam do domu prosto pod gorący prysznic. Po którym nastąpiła orgia kanapkowa, bo umierałam z głodu, a było już za późno na szykowanie wykwintniejszych dań.
Po wczorajszej siłowni mam straszliwe zakwasy w czworogłowych. Mam nadzieję, że choć trochę je rozruszałam!
piątek, 8 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz