Nieuchronnie zbliża się koniec beztroskiego truchtania na dowolnie wybranych odcinkach i z dowolną częstotliwością. Od najbliższej niedzieli zaczynam szesnastotygodniowe odliczanie do 2 maja, czyli do daty zaplanowanego maratonu. Oczywiście, dobrze by było zacząć przygotowania od zapisania się i uiszczenia opłaty startowej, ale to chyba najłatwiejsza część najbliższych 16 tygodni.
Moje dotychczasowe wyniki maratońskie nie są imponujące. Zadebiutowałam w 2008 roku w Warszawie z czasem 4:57, aczkolwiek akurat ten wynik mieścił się w moich założeniach startowych - dotrzeć do mety i może nawet zmieścić się w 5 godzinach. Wiosną 2009 roku wystartowałam w Wiedniu, traktując maraton wiedeński treningowo i turystycznie. Napiszę tylko, że moje najdłuższe wybieganie przed tym maratonem było dystansem pokonanym w Półmaratonie Warszawskim :) W Wiedniu w znakomitej formie dotarłam do mety z czasem 4:32. Czułam się jak po dłuższym spacerze.
Jesienią miała być Warszawa i próba uzyskania wyniku poniżej 4 godzin. Był plan, były starty, w których uzyskiwałam czasy zgodne z oczekiwaniami, ale, niestety, na 3 tygodnie przed maratonem złapała mnie infekcja, lekarz "na wszelki wypadek" przepisał antybiotyk, który pomógł jak umarłemu kadzidło, za to osłabił mnie, pozbawił 8 dni treningów i rozwalił odporność na całą jesień. Za radą mądrych ludzi, zrezygnowałam ze startu. Kibicowałam na trasie, robiłam zdjęcia i jechałam na rowerze, podając picie walczącemu z czasem i upałem mężowi.
Niestety, wbrew radom tych samych mądrych ludzi, zdecydowałam się na start w Poznaniu. Z niedoleczoną infekcją, z przerwami w treningach i o pustym żołądku czołgałam się po dwóch pętlach trasy, żeby zawalczyć o wynik... 4:49. Tyle zostało z marzeń o 3:59:59. To i rozczarowanie / wkurzenie chaosem organizacyjnym oraz ogromne zmęczenie i zniechęcenie.
Apetyt na 3:59:59 pozostał, ale nie byłam pewna, gdzie go zaspokoić. Z jednej strony kusił maraton w Rzymie, z drugiej Dębno. Dlatego wybrałam tajemniczą opcję nr 3, czyli kameralny maraton na trasie Gradisca - Triest. Dlaczego tam? Przez kilka tygodni śledziłam doniesienia o zawirowaniach wokół daty maratonu w Rzymie, która miała pokryć się z datą wyborów do władz lokalnych, co mogło spowodować odwołanie całej imprezy. La Repubblica donosiła również, że miasto obcięło finansowanie maratonu z 210 tys. Euro do... 10 tys. Euro - kolejny przyczynek do postawienia Maratona di Roma pod wielkim znakiem zapytania. Chociaż organizatorzy od paru miesięcy zapewniają, że data 21 marca jest niewzruszalna i maraton odbędzie się, postanowiłam zawiesić marzenia o finiszu na Via dei Fori Imperiali i wystartować w mniejszym, bliższym i... tańszym włoskim maratonie :)
Do Triestu i do maja jeszcze daleko, zima wróciła. Rano bardzo długo grzebałam się z wyjściem - a to nie mogłam znaleźć kurtki, a to szalika, a to rękawiczek (trzeba było wszystko przygotować wieczorem i nie liczyć na zdolności orientacyjne o 6 rano) i wybiegłam z domu o 6 z minutami. Po drodze minęłam tablicę pokazującą -10C, lecz wiał tak silny i nieprzyjemny wiatr, że odczuwalna temperatura musiała być o wiele niższa. Wytrzymałam 6 km dreptania pod wiatr - w którym kierunku bym nie biegła, zawsze wiał w nos - i galopem wróciłam do ciepłego domu pod prysznic i na duuuuże śniadanie.
Dzięki porannemu truchtowi w ogóle nie mam zakwasów po wczorajszym treningu siłowym. Zadziwiające, bo, biorąc pod uwagę zestaw ćwiczeń i obciążenia, powinnam leżeć, kwilić cichutko i łykać aspirynę. Nic to - jutro siłowa powtórka, więc szanse na zakwasy rosną :)
środa, 6 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz