W tym tygodniu poczułam się zmęczona zimą - brakiem światła i nieustępliwym mrozem. Niby widać już, że dzień jest dłuższy, niby styczeń, który moja koleżanka nazwała kiedyś trzydziestojednodniowym poniedziałkiem, dobiega końca, ale mnie JUŻ ogarnęła wielka niecierpliwość i tęsknota za ciepłem i światłem. Z tego wszystkiego obejrzałam zdjęcia z naszego jesiennego wyjazdu "w Polskę" i w nieco lepszy humor wprawiło mnie to zdjęcie:
Ile pożytku z kilku krów na wzgórzu :)
Dobra, ja tu gadu-gadu o krowach i zimowym spleenie, a spowiedź treningowa czeka. No to - do dzieła.
We wtorek zmagałam się z 6 kilometrami na bieżni (yyyyy). Po pierwszych dwóch kilometrach zaintrygował mnie stosunek tętna do prędkości. Albo coś stało się z moim pulsometrem (Polar uprzedzał lojalnie, że "battery low"), albo z bieżnią, albo byłam bardzo zmęczona. W każdym razie, co raz bardziej niemrawo szurałam nogami, a tętno ciągle wchodziło na drugi zakres. Zeszłam z bieżni nieco przybita i rozczarowana brakiem spektakularnych efektów po miesiącu dreptania w okowach pulsometru.
Nie było jednak czasu na rozczulanie się nad sobą - siłownia czekała. Po tak intensywnym we wrażenia wieczorze, w domu nie miałam siły podnieść się z fotela. W końcu jakoś doczołgałam się do łóżka i padłam, ale nie pamiętam momentu przykładania głowy do poduszki.
Środa była dniem treningu biegowego z atrakcjami - 10x100 m przyspieszeń i 10x100 m podbiegów, wplecione w 10 km pierwszego zakresu. Niestety, choć termometr pokazywał -9, nie oddawał w pełni zamrozu spowodowanego wiatrem rodem z Syberii. Przez jakiś czas wahałam się, czy nie spróbować i nie powtarzać wtorkowej mordęgi na bieżni, ale w końcu stchórzyłam i miałam przedłużony sequel wtorkowego przebierania nogami w miejscu. Za to po treningu poznałam bardzo miłego człowieka - skończył wczoraj cały tydzień, waży około 3 kilogramów, bardzo lubi spać i jeść, więc mamy, w zakresie zainteresowań, naprawdę wiele wspólnego :)
Dziś udało nam się spektakularnie zaspać, ale i tak przysypiałam w pracy nad klawiaturą. A wieczorem poszłam na siłownię i zaliczyłam zwyczajową, czwartkową porcję ćwiczeń. Tym razem głównie na nogi. Coś czuję, że zakwasy mam jak w banku. Jutro czeka mnie 8 km w pierwszym zakresie, a w niedzielę - 17 km. A prognozy pogody wieszczą szczyt zimowej rozpusty, czyli temperatury arktyczne. I jak tu wytrzymać 17 km truchtania w takim mrozie?
No i w ogóle - jak w tytule - auć.
czwartek, 21 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Haniu, przyszłam się do Ciebie zmobilizować. Krowy na tle nieba i falistej linii ziemi rzeczywiście bardzo optymistyczne:) Wczoraj wsiadłam i ja na swój stacjonał z zamiarem przejechania 20 km, no ale po 7 km zadzwonił telefon i na tym się skończyło;)
7 km to i tak ładnie :) Ze swojego wygodnego fotela bardzo mocno wspieram Twoje zapędy do pedałowania na stacjonale :)
Prześlij komentarz