środa, 30 stycznia 2013

Białe szaleństwo

Białe, bo nigdy w życiu nie trafiłam na lepsze warunki narciarskie ani na równie "folderowe" widoki. Szaleństwo? Nobotak:

W dzień przed wyjazdem byliśmy z mężem przeziębieni już nie na żarty (do kompletu brakowało tylko gorączki), więc uprosiliśmy znajomego pana doktora, żeby nas osłuchał i obejrzał. Pan doktor powiedział, że jesteśmy zawirusowani, nic nam nie przepisze, pozostaje tylko leczenie objawowe i wypoczynek.

Wypoczynek, czyli 1400 km rozbite na dwa dni jazdy, z Ironmanem na pokładzie.

Pierwszego dnia odpuściliśmy narty na rzecz długiego spania i rodzinnego spaceru z sankami w ulubionej dolinie. W trakcie spaceru zaczął padać tak gęsty śnieg, że widoczność spadła do zaledwie kilku metrów, a Ironman dostał histerii. Mąż go niósł, ja ciągnęłam sanki. W domu okazało się, że Ironman ma podwyższoną temperaturę, a prognoza pogody przewiduje solidne opady jeszcze przez dwa dni.

Drugiego dnia mąż poszedł na narty, a ja zostałam z Ironmanem, bo wypluwałam płuca, a Ironman rozpoczął dzień od ponad 38 stopni na termometrze. Było pochmurno i popadywał śnieg. Po południu dziecię zrobiło temperaturową życiówkę: 40,1 C, więc polecieliśmy z nim do miejscowej pani pediatry. Która uspokoiła nas, że to... wirus i że pozostaje tylko leczenie objawowe i wypoczynek.

Trzeciego dnia wreszcie poszłam na narty ja. W nocy spadło tyle śniegu, że ratraki nie zdążyły przygotować stoków. Ucieszona na myśl o szusowaniu w puchu zameldowałam się przy bramce do wyciągu, a tam dusza blada, bo skipass nie działa. Na życzliwość autochtonów można liczyć zawsze, więc zaraz znalazł się miły pan od obsługi wyciągu, któremu wytłumaczyłam, że skipass załadowałam przez internet i, nie, purtroppo non ho lo scontrino (niestety nie mam paragonu), za to nie wiem, co zrobić. Pan podrapał się za uchem, wziął mój skipass i obiecał, że się tym zajmie. Postukał w swój komputer, wykonał parę telefonów i wrócił z szerokim uśmiechem oraz wiadomością, że teraz skipass już będzie działał, a on sam życzy mi una bella sciata. No i to była bella sciata - piękna jazda po nieomal pustym stoku, w nieprzetartym jeszcze śniegu i z widokiem na rozstępujące się chmury, które odsłaniały coraz odleglejsze widoki oraz - co najważniejsze - słońce!


Gardło przestało mnie boleć jeszcze tego samego dnia, Ironman przestał gorączkować, a mąż wyzdrowiał całkowicie.

Czwartego dnia na narty szedł mąż, a ja od rana patrzyłam na bezchmurne niebo, ośnieżone świerki i wesołe słońce, szykując się na pierwszy biegowy trening. Jeszcze kaszlałam, jeszcze męczył mnie trochę katar, ale z domu po prostu wyfrunęłam na jeden z najpiękniejszych widokowo treningów w swoim życiu. Nogi same poniosły mnie szlakiem spacerowym w stronę podejścia pod Via Crucis (urządzoną w lesie, na zboczu góry Drogę Krzyżową, która stanowi jednocześnie fragment szlaku pieszego), na końcu którego spotkałam miłą panią z kijami do nordic walkingu. Pani, na widok mojego zasapanego oblicza po pokonaniu stromego zbocza marszotruchtem w śniegu po łydki, wykrzyknęła "Ma come lei e' brava!" ("Ale pani jest dzielna!") i później porozmawiałyśmy sobie dłuższą chwilę o bieganiu, nordic walkingu, nartach i tym, jak piękną pogodę mamy. Pożegnałyśmy się serdecznie i pobiegłam Via Crucis (znów w śniegu po łydki) w stronę ruin XIII-wiecznego zamku, spod którego zbiegłam stromą ścieżką do szlaku prowadzącego już w stronę domu. Wyszło troszkę ponad 11 km solidnego crossu.


Piątego dnia znów przypadła kolej na moje narty - tym razem pogoda była mniej folderowa, ale bezwietrzna i bezśnieżna, więc najeździłam się, ile tylko mogłam w przydziałowym czasie przed zamianą z mężem. Wybrałam sobie górę z długimi zjazdami i pięknymi widokami z wysokości ponad 2,500 m.  Carving wychodzi mi coraz lepiej, choć, nie oszukujmy się, do Pucharu Świata muszę jeszcze potrenować.


Szóstego dnia znów narty. W pełnym słońcu i dużym mrozie pojeździłam po swoich najulubieńszych czarnych trasach - długich, ze zróżnicowanym stopniem nachylenia, z cudnymi widokami. Tak byłam zajęta jazdą, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Po południu wybrałam się na kolejne bieganie. Powtórzyłam w zasadzie trasę sprzed paru dni, z tą tylko różnicą, że Via Crucis pobiegłam aż do swojej ulubionej doliny. Kiedy do niej wbiegałam, słońce oświetlało już tylko czubki skał, a mróz leciał na łeb i szyję. Pobiegłam ze 2 kilometry i, kiedy minęłam kolejne przewyższenie, trafiłam na schodzący z góry wiatr, który w ciągu paru sekund zamienił mnie w sopel lodu. Zawróciłam na pięcie i poleciałam żwawo do pobliskiego schroniska, w którym wlałam w siebie filiżankę wrzącej czekolady i znakomicie rozgrzana dobiegłam do domu. Wyszło ponad 13,5 km (odległości orientacyjne, bo Gacek w górach trochę wariował).


Siódmego dnia najpierw zrobiłam trening funkcjonalny pt. "sanki z Ironmanem" oraz "noszenie Ironmana z jednoczesnym ciągnięciem sanek", a następnie pojeździłam trochę na najbliższej czarnej trasie, która daje fajne możliwości poćwiczenia techniki, a poza tym często jest pusta (chyba, że akurat trafi się na trenującą kadrę młodzików).

Do końca wyjazdu dotrwaliśmy już zdrowi, udało nam się nie zaliczyć żadnej narciarskiej ani biegowej kontuzji, po raz pierwszy ani razu się nie wywaliłam i z żalem pożegnaliśmy się z zimą w najpiękniejszej postaci, żeby wrócić do falstartowego przedwiośnia panującego aktualnie w Warszawie. Na szczęście do kolejnych gór już niedaleko!

Ponieważ dni po powrocie są zawsze nieco szalone i nie mam czasu na długie stanie przy garach, sięgam do repertuaru sprawdzonych dań ekspresowych. Jednym z nich są niezawodne omlety i frittaty. Frittatę można zrobić np. tak:

3 jajka
Pół szklanki makaronu pełnoziarnistego (używam najczęściej orkiszowego, żytniego lub gryczanego)
Pół szklanki mrożonego groszku lub ugotowanej fasoli adzuki (zawsze mi coś zostaje po zrobieniu batonów z kota Jurka)
1 cebula
Kilka pomidorów suszonych
Łyżeczka suszonego tymianku
Pół łyżeczki papryczki z Espelette albo słodkiej papryki w proszku, tylko w ostatnim przypadku warto dodać jeszcze szczyptę pieprzu
Sól do smaku
Łyżka oleju

Makaron i groszek trzeba ugotować i porządnie odcedzić. Cebulę obrać i poszatkować, pomidory suszone pociąć w paseczki. Cebulę zeszklić na oleju na patelni, dodając do niej suszone pomidory, ugotowany makaron i ugotowany groszek lub fasolę. Jajka roztrzepać widelcem w miseczce lub dużym kubku, dodać przyprawy, wymieszać i wylać na patelnię. Zmniejszyć ogień i przykryć. Smażyć do ścięcia się jajek. Frittata jest pyszna na ciepło i na zimno - zabraliśmy ją pociętą w nieduże prostokąty jako jedzenie na drogę. Smacznego!

7 komentarzy:

tete pisze...

wow znów się oblizuję jak kot na spyrkę;)Już czuję, że to danie dla mnie:) muszę to zrobić:)pozdrowaśki;) wyjazd rewelka:)

Anonimowy pisze...

Ta Pani miała rację. Jesteś dzielna. Piękne zdjęcia.

Ava pisze...

O matko, jak to czytam, to aż mnie skręca. Bajeczny wyjazd narciarski i jeszcze do tego fajne bieganie - to nagroda za pokonanie choróbska. Z drugiej strony widać jak zmiana klimatu działa - chwila moment i byłaś zdrowa. Co prawda o Ironmanie niestety nie mozna tego powiedzieć. A skorzystał z przedszkola narciarskiego czy nie zdążył przez chorobę.
ps. a pani nordic walkerka pewnie sie jeszcze bardziej zdziwiła jak się okazało że biegaczka nie tylko zasuwa pod górę ale jeszcze do tego płynnie mówi po włosku ;-)

Hankaskakanka pisze...

@Tete, bardzo polecam danie - łatwe i pyszne :)
@Ultrasetka, :-*
@Ava, Ironman doszedł do siebie w 2 dni, ale z przedszkola zrezygnowaliśmy, bo nie wiadomo, jakie bakcyle złapałby od innych dzieci i jakimi je poczęstował :-/ Po przedstawieniu zaświadczenia lekarskiego (włoskie umiłowanie do papierologii wiecznie żywe) nawet nam zwrócili pieniądze. Pani nordicwalkerka myślała, że jestem miejscową góralką ;)

drproctor pisze...

Niedobrze - jak tak czytam, to nabieram ochoty... na narty. Muszę to zwalczyć ;-)

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, kiedy to pisałam, miałam ochotę wyjść na stok, ale jedyny w promieniu 200 km to Górka Szczęśliwicka ;) Jeździsz na nartach?

drproctor pisze...

No właśnie nie bardzo. Byłem dwa razy w górach celem zjeżdżania, ale ostatni raz dziesięć lat temu. I tak szczerze, to mnie w ogóle nie ciągnie...