czwartek, 10 stycznia 2013

Deja vu z kanapy

I po śrubkach!

W tym tygodniu postanowiłam upchnąć możliwie dużo przed czwartkiem, żeby nie stracić nic z planu treningowego, gdyby np. ciągnęły mnie szwy albo coś.

Jeszcze w poprzednim tygodniu treningowym, czyli w sobotę, wyszłam na wolne 10 km. Miało być po 5:50 min/km, ale tak dobrze mi się biegło po płaskim (poza podbiegiem na kładkę przy Bibliotece Narodowej oraz przebieganiem przez przejście podziemne przy Riwierze), bez lodu i śniegu, że wyszło 5:35 min/km. To był jeden z tych biegów, na które nie chce się wyjść, bo już wieczór, ciemno, mocno wieje i zimno, a po pierwszym kilometrze dociera do mnie, że jest naprawdę fajnie i cieszę się każdym krokiem. Biegłam sama, ale nuda mi nie dokuczała, zwłaszcza gdy przebiegałam obok restauracji (bodajże) Chilli w Al. Niepodległości. Stało pod nią dwóch panów, z których jeden rzucił do drugiego "O, zobacz jaka sarenka". Sarenka zbaraniała.

W poniedziałek chciałam zmieścić bieganie i crossfit. Po wielu nocnych pobudkach (Ironman), zwlokłam się jeszcze po ciemku, coś tam zjadłam, wypiłam i pobiegłam. Tym razem miało być 10 km w tempie 5:30 min/km. Ponieważ Gacek jeszcze spał, tzn. musiałam go zresetować 5 czy 6 razy zanim w ogóle zaczął szukać satelity, długo nie wiedziałam, w jakim tempie biegnę. Nie miałam też pomysłu na trasę, której nie przecinałyby mi co chwilę przejścia dla pieszych z czerwonymi światłami, a nogi same pokierowały mnie w stronę Pól Mokotowskich. Znów kładka, z której patrzyłam sobie na stojące w korku samochody i czułam nieco schadenfreude. Bo ja tu sobie kic, kic, kic, a tym pode mną adrenalina paruje z każdego pojazdu. Nieładnie z mojej strony, wiem. Na Polach Mokotowskich było pusto, wiał zimny wiatr, jednak, nie zważając na przeciwności klimatyczne, wybiegałam odpowiednią dawkę kilometrów i wróciłam do domu. Wyszło 5:22 min/km. Zawsze miałam kłopoty z pilnowaniem tempa (ma z tym kłopoty często, poza Biegiem na Czuja, jak się okazuja), a po przerwie 3,5-miesięcznej to już w ogóle masakra, bo próbuję wybadać swój organizm, a on co tydzień przyspiesza i nie nadążam.

Na wieczornym crossficie (zmiana lokalizacji z hali na Siennickiej na salę gimnastyczną przy LO im. Batorego) żałowałam, że nie zabrałam rękawiczek. Było dużo ćwiczeń na drabinkach, więc dorobiłam się bąbli na wnętrzach dłoni. Skakałam na wirtualnej skakance, robiłam martwy ciąg (pierwsze 1,5 min - 45 powtórzeń, drugie - 55!), brzuchy, wyciskałam, rzucałam piłką lekarską. W domu rzuciłam się na lodówkę i wodę.

W środę był, rzecz jasna, clubbing i podbiegi z atrakcjami. Najpierw, po urozmaiconej rozgrzewce, serie podbiegów z tą samą pętelką co ostatnio i przedostatnio i przed-przedostatnio. A potem mieliśmy wbiegać na górę wolno, a zbiegać, ile sił w nogach, skręcając w lewo i biegnąc, ile sił w nogach, pod Most Łazienkowski. Na Agrykoli było ciemnawo, więc ponuro zażartowałam, że, jeśli sobie coś zrobię, to przynajmniej następnego dnia i tak mam zarezerwowane łóżko szpitalne. Po 3 powtórkach szybkiego zbiegania i szybkiego odcinka płaskiego miałam uczucie nieznośnej lekkości w głowie i równie nieznośnego ciężaru w dwugłowych. Cały trening zamknął się w 12 km. W domu bardzo rzetelnie się rozciągnęłam, żeby mi jakieś spięcia i zakwasy nie dołożyły atrakcji na stole operacyjnym.

No a dziś był uroczysty dzień pożegnania śrubek (nie dostałam ich na pamiątkę!!).

Zameldowałam się na oddziale operacyjnym około południa, a niecałe pół godziny później już kładłam się na stole. Dostałam 5 zastrzyków znieczulających w kostkę oraz dwa "głupie Jasie" w wenflon na ręce. Ach, jak przyjemnie zrobiło się po głupich Jasiach! Miły szum w głowie, ogólne rozluźnienie, uczucie życzliwości dla całego świata, przyjemna senność. Na ekranie widziałam jak Pan Doktor od Stóp gmera w mojej stopie i próbuje wyciągnąć śrubki przez 1-centymetrowe nacięcie - szkoda, że miałam problem ze skupieniem wzroku, bo to było naprawdę ciekawe! Zabieg trwał chyba 2 razy dłużej niż miał trwać, bo śrubki uciekały spod śrubokrętu, a miły PDoS nie chciał mi fundować większego nacięcia. W końcu udało mu się podważyć i wyciągnąć te wredne śrubki. Widziałam jeszcze szycie, a potem zostałam przeniesiona na swoje łóżko i odwieziona do pokoju. Dostałam dzbanek wody, jakiś czas potem - obiad, który zmiotłam w rekordowym czasie, gdyż od 7 rano byłam, mówiąc ordynarnie, o suchym pysku i nie wiem, czy bardziej kręciło mi się w głowie od głupiego Jasia, czy z głodu. Spędziłam urocze popołudnie - piłam wodę, czytałam kryminał, przysypiałam. Przyszedł PDoS, z którym uzgodniłam w pierwszej kolejności, kiedy będę mogła biegać. PDoS z westchnieniem poprawił okulary i powiedział, że nie wcześniej niż w poniedziałek. Ale mogę iść w sobotę na jogę, o ile noga nie będzie boleć. Tylko naprawdę, NAPRAWDĘ, proszę oszczędzać nogę jeszcze dziś i jutro. Na nartach może pani jeździć ze szwami - wyciągnie się, jak pani wróci.

Późnym popołudniem przyjechał po mnie mąż, dostałam na drogę wypis, receptę na krople z wit D, zalecenie, żeby brać Efferalgan z kodeiną, gdyby noga bolała (musiałaby naprawdę dawać czadu, żebym się zdecydowała na to świństwo) oraz plastry z opatrunkiem na zmianę.

No i siedzę znów na kanapie, z laptopem na plecach, coldpackiem na stopie. Gdyby nie padający za oknem śnieg i stojącą w kącie choinkę, miałabym pełne deja vu sprzed pół roku. A - jeszcze przerwa w bieganiu wyniesie 3,5 dnia, a nie 3,5 miesiąca.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Wracam do kryminału, a Wam życzę z wyprzedzeniem miłego weekendu!

PS Obiecuję, że następny post będzie z przepisami.

17 komentarzy:

Hankaskakanka pisze...

Laptop jest na kolanach, a nie plecach :D

Anonimowy pisze...

super! no i jak Ty szybko biegasz! dobrze, że już po śrubkach.

a kodeina... blee. co jakiś czas muszę się nią otępiać i to fajne nie jest.

i wytrzymaj te 3,5 dnia, lepiej nie kusić losu ;)

Anonimowy pisze...

Co za kryminał czytasz? :)

Anonimowy pisze...

Wygląda na to, że już koniec kłopotów. Kilka dni oszczędzania się szybko minie i wszystko wróci do normy. Bardzo dobre wieści.

Marcin Kargol / www.marcinkargol.pl pisze...

Dobre wiadomości, to cieszy!:)

kinga pisze...

Dwa razy to przeczytałam i zaczęłam ustawiać sobie laptop na plecach. Wszystko byłoby ok tylko głowa nie chciała się obrócić o 180 stopni ;-)

wiolqn pisze...

no, i lzej ci sie bedzie biegac bez zbednego obciazenia w stopce, kto wie jakie tempo teraz bedziesz miala.

widzialam filmik, fajnie macie na tym crossficie. gdyby tak cos u mnie bylo... w ramach CF to moge sobie drewno porabac, albo snieg z podworka odszuflowac. tez wesolo :)

Unknown pisze...

To dobrze, że tyle treningów udało się zmieścić przed ta przerwą. A jeszcze lepiej, że przerwa od biegania taka krótka!

Hankaskakanka pisze...

@Itsfineirantoday, w końcu wzięłam tę kodeinę, bo stopa rozbolała i miałam bal do 3 w nocy, tzn. nie mogłam spać ;)
@Przemek, kolejną część przygód detektyw Kinsey Millhone (która biega, chodzi na siłownię i przepada za fastfoodem oraz kanapkami z masłem orzechowym ;)), autorstwa Sue Grafton. To jest tzw. seria alfabetyczna, a już jestem przy T i martwię się, że niedługo koniec :(
@Ultrasetka, jakoś mi ulżyło mentalnie, że mam rozdział złamaniowo-śrubkowy za sobą :)
@Marcin, :D
@Kinga, może zostało mi jeszcze coś z rozluźnienia po głupim Jasiu ;)
@Wiolqn, czyli masz prawdziwy trening funkcjonalny :) Uwielbiam rąbać drewno, a dawno nie miałam ku temu okazji. Jako nastolatka doszłam do takiej wprawy, że potrafiłam wyrąbać nawet takie cieniutkie szczapy na rozpałkę :)
@Emilia, o, tak :) Oby była krótka, bo na razie noga boli i nie bardzo mogę ją obciążać. PDoS miał rację z tym oszczędzaniem ;)

Ava pisze...

Cześć sarenko ;-) trochę racji panowie mieli trzeba przyznać :) Nieźle się rozpędzasz na tych treningach, ja raczej w zimie nie mam problemów z przyspieszaniem :) A masz już plan pod maraton 2013? No bo śrubki, śrubki i po śrubkach - zaraz o nich zapomnisz, bo w zasadzie juz normalnie pomykasz i zaczniesz się szykować do sezonu 2013 :)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, na razie mam plan pod półmaraton (warszawski), a potem ruszam z planem pod maraton górski. Maraton asfaltowy dopiero na jesieni :) W zasadzie już się szykuję do sezonu 2013 :)

Ava pisze...

No tak, źle się wyraziłam :) Fajny plan - widzimy się na połówce!

Anonimowy pisze...

Myślałem, że orientuję się w kryminałach... ale o Sue Grafton pierwszy raz słyszę.

Ostatnio coraz więcej biegających policjantów/detektywów (ostatnio chyba natrafiłem na takiego w "Ani żadnej rzeczy..." PM Nowaka, nawiasem pisząc niezła książka).

Hankaskakanka pisze...

@Ava, tak, widzimy się :)
@Przemek, polecam Sue Grafton! Nowaka nie czytałam. Biegający detektywi są jeszcze u Sary Paretsky (detektyw V.I. Warshawsky biega) i u Karin Fossum. Mój ukochany komisarz Montalbano pływa o poranku, gdyż mieszka w domku przy plaży :)

wiolqn pisze...

To zapraszam na rąbanko bo mi sie skałki pokończyły :)

drproctor pisze...

Ale, że jak to śrubki Ci zabrali? Aż takie oszczędności w służbie zdrowia? l’ordre regne à Varsovie ;-)

Hankaskakanka pisze...

@Wiolqn, kusisz ;)
@DrProctor, chyba byłam za bardzo odjechana, żeby poprosić o niewyrzucanie ich ;)