Nowy Rok zaczął się pięknie - kicaniem po zmrożonym śniegu, który, jeśli przebiłam butem lodową skorupę, sięgał mi do połowy łydki. Tak więc kicałam czymś przypominającym skip A (może 3/4 skipu?), mając po lewej ręce łęgi nadbużańskie i Białoruś, a po prawej - łąki przykryte zlodowaciałymi zaspami. Latem łąki pachną macierzanką, latają nad nią pszczoły, kolorowe motyle, śpiewają skowronki, bociany szukają jedzenia. 1 stycznia było cichutko, jeśli pominąć chrzęszczenie rozbijanego butami biegowymi lodu. Z wdzięcznością i zadowoleniem wspominałam każdą chwilę spędzoną na pracy nad stabilizacją i siłą, bo bez nich, w takich warunkach, byłoby mniej uroczo.
Zaliczyłam intensywną końcówkę roku, więc bieganie i wszelkie inne aktywności sportowe musiały ustąpić miejsca sprawom niecierpiącym zwłoki. Ze względu na wznowienie nocnych recitali Artysty Znanego Jako Ironman, na pobudki o 5 rano w celach biegowych, miałam raczej średnią ochotę.
Przez 15 dni, czyli od 17 grudnia do 1 stycznia pobiegałam zaledwie 5 razy, byłam raz na crossficie, raz na ćwiczeniach domowych i raz na domowej jodze w wersji skróconej. Mało, ale lepszy rydz niż nic.
W szczegółach wyglądało to tak:
17 grudnia - crossfit. Tym razem nie działaliśmy w drużynach, tylko pokonywaliśmy obwody solo. Jak zwykle zaliczyłam straszny wycisk i jak zwykle cieszyłam się, że przyszłam. Nie sądzę, żebym sama zmusiła się do tak intensywnego wysiłku.
19 grudnia - clubbing. Dużo podbiegów. Ugryzł mnie pies. Na szczęście było zimno, więc miałam ze 4 warstwy na dłoni, którą chapnął skory do zabaw młody labrador. Jego głupi właściciel, na moje wołanie, żeby przyszedł i wziął psa na smycz, odpowiedział, że "on musi się nauczyć przychodzić na zawołanie". Do tej pory jestem w stuporze. Pies nie przebił zębami wszystkich warstw, ale szczękę miał mocną, więc kłykcie bolały mnie parę godzin.
22 grudnia - dzień wcześniej nie odbył się szumnie zapowiadany koniec świata, a mój brat sprawił nam fajny prezent świąteczny - zajął się Ironmanem. Ha! Mogliśmy spokojnie zaliczyć cudowne bieganie po mroźnym, zaśnieżonym Lesie Kabackim. Goniliśmy z mężem i Agnieszką naszą grupę, która ruszyła punktualnie, a my byliśmy haniebnie spóźnieni. Wyszło 13 km niespiesznego biegu, przeplatanego różnymi ćwiczeniami. Grupę dopadliśmy na finiszu - akurat w momencie, w którym kolega wyciągnął pyszne ciasto i nim częstował. To się nazywa mieć wyczucie czasu!
Chciałabym napisać, że byłam dzielna i wyszłam na bieganie w Wigilię, ale nie dałam rady. Cud, że na kolację wigilijną zdążyliśmy.
26 grudnia - tym razem mój tata zabrał Ironmana na rozrywki na mieście, a my polecieliśmy na romantyczną wycieczkę międzydzielnicową. Było i balansowanie na lodzie, i brodzenie w wodzie ze śniegiem, i podbieganie ślimakiem na Karowej - bardzo fajne 12,3 km. Przy okazji przetestowałam 2 prezenty od św Mikołaja - świetną bluzę z domieszką wełny oraz niezwykle wygodne i nieźle trzymające się śliskich nawierzchni buty - Nike Pegasus w wersji trailowej. Nigdy nie miałam butów Nike (poza Nike Free, które bardzo lubię, mimo feralnego wypadku) i jestem naprawdę przyjemnie zaskoczona wygodą i funkcjonalnością, że o ładnym designie nie wspomnę. Więcej o nich napiszę, gdy zrobię w nich ze 150-200 km, a przynajmniej przetestuję w Dolomitach.
30 grudnia - wycieczka biegowa z Agnieszką. W pełnym słońcu, po pagórzystej drodze - radosne i malownicze 12,5 km na Podlasiu. Jakoś trzeba było spalić nieprzyzwoitą ilość racuchów zjedzonych na śniadanie (że o pożartych na kolację pierogach nie wspomnę). Wieczorem wyciągnęliśmy kettlebells, maty do ćwiczeń i zrobiliśmy ponad godzinny trening siłowo-stabilizacyjno-rozciągający. Wybrałam sobie: pompki, brzuchy, deski, kettle swings, wykroki i wymachy nogami na wzmocnienie pupy. Bo po obiedzie były ciepłe bułeczki nadziewane konfiturą z róży, czyli znowu było co spalać.
31 grudnia - popołudniowa joga i rozciąganie. Rozkosz! Wieczorem Ironman objawił talent taneczny - pląsał niestrudzenie do północy.
1 stycznia - bieganie, o którym mowa na wstępie. Raptem 7,3 km, ale poczułam każde 100 m, bo trzeba było dawać radę na zmrożonych zaspach, na lodzie, na podbiegach i zbiegach, a nawet na suchej trawie, w której nogi zapadały się i pracowały nie gorzej niż w zaspach.
Wczoraj zbierałam owoce treningów na trudniejszym podłożu i na pagórkach. Jak to zwykle w środę mieliśmy clubbing. Do obowiązkowych o tej porze roku podbiegów doszły ćwiczenia - podchodzenie pod Agrykolę wykrokami tyłem, podchodzenie w przysiadach, skipy, itp. A po tym wszystkim - serie podbiegów z przerwami na okrążenie (Pl. na Rozdrożu, Al. Szpitala Ujazdowskiego, zbieg schodami pod Zamkiem Ujazdowskim i kluczenie po zamrożonym śniegu na trawniku wzdłuż chodnika prowadzącego z powrotem na Agrykolę, gdyż chodnik był lodowiskiem przykrytym wodą). Ciężki trening, na początku którego chciałam uciec do domu i w ogóle nie miałam siły. Z każdym podbiegiem sił przybywało (nawet mąż rzucił w przelocie "Ale gnasz!") i skończyłam, bardzo z siebie zadowolona, wszystkie serie.
Teraz już nie mogę doczekać się na coraz bliższe bieganie po ulubionych miejscach na wysokości oraz na pompowanie siły w nogi na nartach! Śnią mi się te narty i górskie plenery.
W międzyczasie czeka mnie tylko wyjęcie śrubek - w końcu umówiłam się na 10 stycznia, czyli na za tydzień. Jestem już po badaniach i spotkaniu z panią anestezjolog, która mnie uśpi i znieczuli mi stopę. Z badań wyszła jakaś lekka masakra z hemoglobiną - nie pamiętam, kiedy miałam tak niską: 11,8, a pół roku temu było ponad 14. Więc niech mi nikt nie mówi, że jedzenie mięsa podnosi poziom hemoglobiny, bo jesienią i zimą jadłam więcej mięsa niż wiosną i latem, a efekt jest taki jaki jest. Myślę, że trzeba popracować nad wchłanianiem, czyli odstawiam czarną herbatę, a w jej miejsce wprowadzam napar z pokrzywy. Jeśli jeszcze zwiększę podaż natki pietruszki, tempehu, rodzynek i pestek z dyni oraz spędzę trochę czasu w wysokich górach, myślę, że jakoś to będzie. Cukier też przeszkadza we wchłanianiu żelaza, więc, po świątecznej dyspensie, wracam do programu "embargo na słodycze". Zwłaszcza, że dziś kupiłam słoik masła orzechowego, zatem odstawienie powinno być mało bolesne.
No i tak się toczy życie po Bożym Narodzeniu, po Nowym Roku - w stronę gór.
Niech Wam się jak najlepiej wiedzie w 2013 - w życiu biegowym i poza nim!
czwartek, 3 stycznia 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
I nawzajem wszystkiego najlepszego, oby śrubki łatwo wyszły i już nigdy nie były potrzebne!
@Leszek, zapytam, czy mi je dają na pamiątkę ;) O ile będę pamiętać przed uśpieniem!
Właśnie miałem zasugerować, że śrubki powinny wylądować w pudełku z innymi "trofeami" biegowymi. Było nie było, to kawałek historii...
To jest coś pięknego - patrzeć jak się zmienia naturalny krajobraz w poszczegolnych porach roku - pod warunkiem, że to piękny krajobraz, daleko za miastem :) Jest super i w lecie i w zimie. Fajny ten twój początek roku - całkiem konkretny. No i zazdroszczę nart, ja w tym roku nie jadę :( A czemu Ironman znów koncertuje po nocach - kolejne zęby??
@DrProctor, specjalna kategoria "Tap Medal" ;)
@Ava, to prawda - jedna z największych przyjemności, czyli obserwowanie zmian krajobrazu, wędrówek ptaków, rozwijających się, owocujących, a potem szykujących do zimy roślin. Nie mam pojęcia, co z Ironmanem. Jedna z teorii to dwa ostatnie wielkie zęby, które zostały mu do wyhodowania. Druga - rośnie i przeżywa ;) Szkoda, że nie jedziecie na narty w tym roku, więc na przyszły rok życzę, żeby był podwójny albo i potrójny wyjazd!!
Prześlij komentarz