niedziela, 1 kwietnia 2012

Nigdy nie jest nudno

Co tu pisać, skoro kilometraż z poprzedniego tygodnia wynosi okrągłe "0"? Tak, znowu tydzień, że... lepiej nie mówić.

To może jeszcze garść drobiazgów po niedzieli, zanim o nich zapomnę na wieki wieków:

Ubranie - choć wiedziałam, że ma być ciepło (12-13 stopni), jednak obawiałam się wzmagającego wiatru. Założyłam dwie cienkie koszulki z krótkimi rękawami, tzw. rękawki, legginsy do kolan i cienką czapkę z daszkiem. Rękawki mają tę zaletę, że łatwo je zdjąć, ale zostałam w nich do końca, bo wiatr był jednak dla mnie ciut za lodowaty.

Jedzenie - na śniadanie wmusiłam w siebie miskę jaglanki (gęsty kleik z płatków jaglanych na wodzie i mleku ryżowym + wtarte jabłko) i pół żytniej bułki z miodem, popijając to cienką herbatą. Przed startem zjadłam jeszcze wafla ryżowego i napiłam się trochę izotoniku. Idealnie! Nie byłam ani głodna, ani przejedzona, a płatki jaglane są lekkostrawne, więc można się najeść bez ryzyka sensacji żołądkowych. W trakcie biegu nie łykałam żelu (nawet nie wzięłam go z domu), tylko 3 razy napiłam się trochę powerade'a. Na ostatniej stacji nawadniania (Wisłostrada) już nic nie piłam, bo czułam, że polecę na rezerwie, a picie znowu wybiłoby mnie z rytmu. Po biegu wypiłam wzięty z domu izotonik, wodę i zjadłam przydziałową zupę pomidorową z ryżem. Może nie była najfantastyczniejsza, ale za to ciepła i krzepiąca. Pozwoliło mi to wytrzymać do pysznego obiadu w barze mlecznym "Bambino" (gorąco polecam).

Ofiary półmaratonu - łydki i plecy. O słabych łydkach wiedziałam już z zimowego biegania po górkach i tłuczenia podbiegów na Agrykoli. Czworogłowe nawet nie miauknęły, a łydki bolały często. Wniosek jest prosty - przed Sztokholmem, który nie słynie z płaskiej trasy, muszę wziąć się za łydki i popracować nad plecami. Zarówno siłowo jak i w zakresie rozciągania.

...i łyżka dziegciu - pierwszy raz zostałam przydzielona do kategorii K-40. Buuuhuuuu.

Miało być parę dni odpoczynku, a przeciągnęło się na cały tydzień. Stanowczo za dużo się działo.

Na szczęście odpoczynek od ruchu nie był całkowity i zdążyłam wcisnąć w tydzień zajęcia z rozciągania i pieczarkarnię. Lepszy rydz niż nic, prawda?

Zajęcia z rozciągania były organizowane przez Agnieszkę i Olka, czyli duo trenerskie z obozybiegowe.pl. Rozciągaliśmy się przez prawie 1,5 godziny w hali na Siennickiej. Oj, dobre to było, dobre. Łydki i plecy przestały boleć, a ja czułam się po tych zajęciach mile zrelaksowana.

W czwartek, już tradycyjnie, bo aż po raz 3 z rzędu, odwiedziłam pieczarkarnię. Było 50 minut właściwego treningu i 10 min rozciągania. Mam wrażenie, że przez te 50 minut robiłam cuś-a-la crossfit. Umęczyłam się jak dziki osioł, choć ćwiczenia na stosunkowo niewielkich obciążeniach. Za to dużo powtórzeń, duża dynamika i krótkie przerwy. Auć.

W piątek nie robiłam nic sportowego, ale Ironman doprowadził moje tętno powyżej poziomu HR max. Po 4 miesiącach ciężkich treningów, chłopak wreszcie odniósł sukces - zwalił sobie na głowę mój rower. Zrobił to w ciągu 15 sekund, podczas których na niego nie patrzyłam. Był brzdęk, wielki ryk, lecąca krew i mój stan przedzawałowy. Jednak obyło się bez szpitala, szycia i prześwietlania, a Ironman ma pamiątkę w postaci szramy biegnącej na ukos przez buzię.

Po raz kolejny zacytuję włoskiego Kubusia Puchatka - o, noia...

Życzę Wam miłego tygodnia, a sobie spokojniejszego, za to bardziej rozbieganego tygodnia.

PS. Aaaaa, do Sztokholmu zostało raptem 9 tygodni!

4 komentarze:

tete pisze...

Nie tylko mnie pod górkę z bieganiem;) czytam o wyczynach małego kaskadera i od razu wracają wspomnienia jak mój średni szalał i spad z łóżka piętrowego zaliczając po drodze kaloryfer. Pozdrowaśki trzymaj się Haniu:)

Unknown pisze...

Zazdroszcze Ci tego Sztokholmu jak nie wiem! Na półmaratonie trochę podbiegów było, ale żadnego tak ciężkiego, jak np. Agrykola.

To Iron Man chyba chce zostać rowerzystą, tylko trochę przesadzil z zapałem :-/

Hankaskakanka pisze...

@Tete, mnie się przypomniało, jak mój młodszy brat skoczył na główkę z komody, na którą chyba przyfrunął ;)
@Emilia, przyznam, że zainspirował mnie Twój półmaraton. No i mamy tam bratnie dusze na miejscu :)

Dota Szymborska pisze...

Ponieważ często tutaj zerkam to chciałam złożyć najlepsze życzenia z okazji Świąt!

Pozdrawiam