niedziela, 25 marca 2012

Zdziwko naprzeciwko

VII Półmaraton Warszawski: 1:44:56!

Jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

Nobotak: pod koniec tygodnia byłam bardzo, bardzo zmęczona. Nie wiem, czy to kwestia przesilenia wiosennego, czy jeszcze coś innego, ale miałam (po raz pierwszy od bardzo dawna) kłopoty ze snem. Spałam mało, źle, nerwowo. Zmęczenie narastało z dnia na dzień.

W piątek zrezygnowałam z malutkiego rozbiegania ze 100-metrówkami i wybrałam wieczorny relaks. No i wreszcie się wyspałam.

Jednak w sobotę znowu czułam się jakoś nie za bardzo. Zmęczona, rozbita.

Poszliśmy w miarę wcześnie spać, żeby złapać jak najwięcej odpoczynku, mimo krótszej o godzinę nocy. Haaaa, jednego nie przewidziałam - Ironman urządził serię nocnych recitali. Po szóstej pobudce przestałam liczyć kolejne. Budzik zadzwonił o 6 (czyli 5 starego czasu). Wstałam i stwierdziłam, że: jestem padnięta, chce mi się spać, boli mnie brzuch, boli mnie głowa, boli mnie wszystko, nie biegnę.

Ale w końcu, po dwugodzinnych ćwiczeniach logistycznych, wyturlaliśmy się z Ironmanem z domu, przekazaliśmy go w okolicach Pl. 3 Krzyży moim rodzicom, minęliśmy kawiarnię Szpilka, w której ogródku kilka osób o 8 z groszami rozpijało kolejną butelkę szampana (na stoliku stały już 4 wiaderka z lodem) i poszliśmy na przystanek pod Muzeum Narodowym. Przeprawiliśmy się przez Wisłę, przywitaliśmy z naszą drużyną, zrobiliśmy małe roztruchtanie i zapanowała panika. Bo depozyty są na Stadionie Narodowym, my w Skaryszewskim, a do startu pół godziny. O depozytach i organizacji będzie jeszcze za chwilę, a na razie mąż pożegnał mnie przy strefie 1:45 - 1:50, a sam poszedł do 1:35 - 1:40. Spotkałam kolegę, koleżankę. Podeszłam do zająca na 1:45 i postanowiłam się go trzymać.

Ruszyły kolejne strefy i przyszła kolej na naszą. Podeszliśmy blisko linii startu, strzeżonej przez drużynę rugby. Strzał i lecimy. Na początku było trochę tłoczno, bo wszyscy chcieli biec jak najbliżej zająca. Dostałam łokciem od blondyny w czarnym (nu, pagadim!), a potem kopnął mnie gentleman, któremu spieszno było do ścinania zakrętu w Nowy Świat. Przeprosił.

Biegniemy, biegniemy. Jakiś młody człowiek krzyczy z chodnika "Ty, patrz jak zap...lają". No. Zap...lamy. Drugi kilometr po 4:38. Trochę się martwię, czy utrzymam takie tempo. Biegniemy Krakowskim Przedmieściem, Miodową i dalej do Cytadeli. Na Cytadeli robi się mało fajnie - zakręty, nierówna kostka, nierówny teren, wąsko. Wybiegamy z niej na Wisłostradę i tam, na ósmym kilometrze, widząc, że jesteśmy ponad 40 sek do przodu, postanawiam biec swoim tempem i nie patrzeć więcej na kolorowe baloniki. Baloniki odjeżdżają do przodu.

Biegnie mi się zaskakująco dobrze i lekko, ale moja wewnętrzna Panikara zaczyna ogryzać pazury i wieszczyć rychły kryzys. 10-ty km w tunelu. Uwielbiam tunel, bo zazwyczaj śpiewa w nim chór a capella i to jest niezapomniane przeżycie. I tym razem śpiewają, więc wylatuję z tunelu jak na skrzydłach. Przed Mostem Poniatowskiego i za nim stoi mnóstwo kibiców. Niektórzy odczytują imiona na numerach startowych. Od tych "Hania, dawaj!" lecę po 4:16 min/km. Panikara dostaje ataku spazmów.  Nnnnooo, teraz to już kryzys murowany.

Biegnę Ludną, Rozbrat, Myśliwiecką. Kryzysu niet. Skręcamy do Agrykoli. Kiedy widzę znajomy podbieg, miękną mi nogi, ale pocieszam się, że na końcu będzie czekała rodzina z Ironmanem. Wbiegam, wbiegam i nagle - ooooo, baloniki! Prawie nadepnęłam na plecy zająca, a przecież wydawało mi się, że mocno zwolniłam na podbiegu. Widzę mojego tatę z Ironmanem, mamę, brata - macham do nich i skręcam w Aleje Ujazdowskie. Przyjemnie biec po płaskim, a za chwilę już jest zbieg Belwederską do Gagarina. Z Gagarina skręcamy w małe uliczki na tyłach Łazienek i tam jest mniej przyjemnie, bo co chwilę "leżący policjanci", po których strasznie nie lubię biegać, a poza tym wieje. I to ostro.

Wybiegamy na Wisłostradę. Auć, jak duje!! Chowam się co chwilę za jakimiś facetami - czasem przydaje się być małą i chudą. Ale wiatr mnie znajduje. Muszę z nim walczyć, żeby nie wytracać tempa, które i tak spadło. Panikara chyba zemdlała, bo coś cicho siedzi, za to mnie zaczynają boleć przeklęte prostowniki grzbietu i czuję jak ściągają mi mięśnie brzucha, które, z kolei, ściskają przeponę. Aaaa, mam je gdzieś - jeszcze tylko 3 km. Jeszcze 2 km. Znowu doping w okolicach Mostu Poniatowskiego i podbiegamy ślimakiem, który ma dwie zasadnicze wady: jest stromy i kręty. Niesie mnie do przodu myśl, że to już niedaleko i że mam szansę na fajny wynik. Wreszcie jestem na moście i widzę blondynę w czarnym (tę od łokci). Ooooo, znalazłam sobie motywację do szybkiego finiszu. Przyspieszam, ona przyspiesza, to ja jeszcze bardziej, to ona też. I tak się mijamy albo biegniemy łokieć w łokieć (chy chy chy), aż w końcu zostawiam ją z tyłu i lecę do mety. Mąż już stoi za barierkami i dopinguje, co sił w płucach. Ostatnie susy i jestem na mecie.

Gacka wyłączyłam z opóźnieniem, więc nie wiem, czy zeszłam poniżej 1:45, ale jestem pewna, że poprawiłam zeszłoroczną życiówkę co najmniej 4 minuty. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa i okropnie złachana. Idziemy z mężem do depozytów i dopiero po odzyskaniu komórki dowiaduję się z sms-a od organizatora, że mój czas netto to 1:44:56.

Marzyłam o wyniku poniżej 1:45 już od dłuższego czasu, ale nie wierzyłam, że uda mi się to właśnie dzisiaj. Na trudnej, choć bardzo fajnej trasie. Przy ogromnym wietrze i na dużym, długofalowym zmęczeniu. Udało się. Choć niewiele brakowało, a nie wyszłabym z domu.

Moja radość została zdublowana tym, że zajęłam 3 miejsce w klasyfikacji branżowej. Stanęłam na podium i dostałam pamiątkową statuetkę. Na swoją stronę Wisły wracałam tak szczęśliwa, że zapomniałam o zmęczeniu, o łupaniu w tzw. krzyżu i różnych innych przyziemnych niedogodnościach.  To jeden z tych dni, które będę pamiętała długo, długo.

A teraz o Półmaratonie w ogóle. Wystartowało ponad 7 tys. osób. Organizator poradził sobie z tą ilością znakomicie. Bardzo dobrym pomysłem było przydzielenie ludzi do stref, a następnie, podzielenie tych stref na podstrefy i wypuszczanie zawodników falami co parę minut. Dzięki temu, nie było takiego pierdzielnika (inaczej tego nie nazwę), jak na trasie Biegu Niepodległości. Mimo wąskich gardeł (Nowy Świat, Cytadela, uliczki Powiśla) było naprawdę komfortowo i nie trzeba było tracić energii na rwanie tempa związane z wyprzedzaniem spacerowiczów. Druga seria braw należy się za organizację depozytów: żadnych kolejek, ani przy oddawaniu rzeczy, ani przy ich odbieraniu.

Trasa? Choć byłam sceptycznie nastawiona, gdy zobaczyłam ją na mapie (podbiegi, zbiegi, wąskie gardła), poza nieprzyjemnym kawałkiem na Cytadeli, okazała się bardzo fajna, choć na pewno nie łatwa. Poprzednia wersja, nawet z demonicznym podbiegiem ul. Sanguszki, była łatwiejsza.

Po raz pierwszy widziałam w Warszawie tylu kibiców przy trasie. Dziękuję!

Medal niezbyt mi się podoba, za to statuetka za podium - bardzo.

Chaotyczny ten post, ale chciałam wszystko spisać na gorąco, a teraz idę spać.

Dobranoc i miłego tygodnia!

PS. Mąż też wybiegał życiówkę - 1:35 z groszami :)

14 komentarzy:

Pinos pisze...

Haniu, potrafisz to tak opisać, że nawet ja mam ochotę ruszyć się i zacząć biegać ;)

Unknown pisze...

Miałaś wątpliwości, czy w ogóle pobiegniesz, a tu taki wynik i jeszcze podium! Wielkie gratulacje!

Ja też uwielbiam ten tunel, on mi się kojarzy tylko z półmaratonem :-)

Hankaskakanka pisze...

@Pinos, no to tylko kupić buty do biegania i w drogę :) Od chęci się zaczyna :)
@Emilia, ja zawsze panikuję przed startami (może dlatego, że rzadko startuję), a tu jeszcze nałożyło się okropne zmęczenie. I taka niespodzianka ;) Tunel jest fantastyczny, choć wiele osób na niego narzeka. Nie zapomnę swojego pierwszego maratonu - wtedy tunel były chyba po 38 km. Kiedy wbiegłam do niego i usłyszałam śpiewaną a capella "Moon river" dostałam takiego kopa, że ostatnie kilometry przebiegłam, choć ledwie 8 km wcześniej leżałam na krawężniku w Wilanowie i marzyłam, żeby mnie ktoś dobił ;-)

Dota Szymborska pisze...

super gratuluje:)

Mauser pisze...

Świetny opis uczuć półmaratońskich :) Aż żałuję, że nie startowałem... Gratulacje życiówki uzyskanej w tak trudnych warunkach na wymagającej trasie.

Krasus pisze...

Brawo! Mi też udało się fajne 1:39:19 zrobić, bieg był kapitalny:)

Kaha pisze...

Hanka, super wynik! Gratulacje!

Leszek Deska pisze...

Gratulacje, ja mam bardzo podobne odczucia - podobała mi się organizacja, trasa (choć nie była łatwa) i pogoda nawet bo jak dla mnie nie wiało za mocno. Ustawiłem się tuż przed 1:40 i tyle mi się udało w debiucie zrobić: 1:38:18 :) Następnym razem wystawmy drużynę Blogaczy - jak kapitan Bartek przyklepie ;)

Hankaskakanka pisze...

@Dota, dziękuję :)
@Mauser, szkoda, że nie biegłeś. To przez kontuzję?
@Krasus, piękny wynik! To chyba był dzień na życiówki :)
@Kaha, dziękuję :)
@Leszek, ale dałeś czadu w debiucie! Super :)

Ava pisze...

No Hanka, tak jak myślałam wykręciłaś czas super. Wielkie gratulacje, szczególnie za walkę w takim wietrzysku :) No i za pudło branżowe :) A planujesz jeszcze jakąś połówkę w tym roku czy z długich to tylko maraton?

Hankaskakanka pisze...

@Ava, dziękuję za wiarę we mnie ;) Na razie planuję 3 x 5 km i maraton. Może jeszcze jakieś 10 km zmieszczę, a może nie. Po maratonie siądę z kalendarzem i zastanowię się, co dalej ;) Chciałabym pobiec połówkę na jesieni, ale jesień to dla mnie słaby czas pod względem zdrowotnym :( Chyba, że jako długie liczymy również to, co wybiegam na corocznych Wczasach Odchudzających w Szklarskiej ;)

Pinos pisze...

Haniu, buty są, bardzo profesjonalne, biegowe :) świetnie się w nich w siatkę gra :D

Hankaskakanka pisze...

@Pinos, ajajaj, szkoda butków ;)

Pinos pisze...

Chyba bardziej było szkoda, jak leżały w szafie ;)