Mamy z Gackiem na pieńku. Poprzedni, ten, który nie łapał satelity, został w serwisie na zawsze. Dostałam w jego miejsce nowy egzemplarz. Na co jak na co, ale na obsługę klienta nie można narzekać. Ten nowy nie ma chyba nawet 2 miesięcy. I tak:
Wyszłam wczoraj wieczorem na trening, którego się bałam przez cały dzień. No bo: rozgrzewka, 2 x 15 min po 4:45 min/km, 2 x 10 min po 4:45 min/km, schłodzenie. Przerwy 2-minutowe. Nie lubię tak. Po 8 wieczorem ze swojego treningu wrócił mąż, Ironman już spał i nie pozostawało nic innego jak wybiegać swoje. Niechętnie ruszyłam.
Było cudownie. Naprawdę. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam tyle energii, taką lekkość i taką frajdę z treningu. Aż taką! Jedyną przeszkodą była konieczność ciągłego hamowania - chwila nieuwagi i biegłam poniżej 4:30 min/km. Albo poniżej 4:20 min/km. Podczas schłodzenia i relaksującego truchtu do domu, planowałam sobie sprawdzenie tempa z 15-to i 10-minutówek i byłam go bardzo ciekawa.
Przyszłam do domu. Patrzę na Gacka. Patrzę. Eeeeemmmm. Nie ma treningu. Zniknął. Porwali go kosmici. Przed wciśnięciem guziczka "reset" zdążyłam tylko zanotować, że zrobiłam 14.2 km w 1:11. I to tyle. Matre santa, ale się wściekłam!
To jeszcze nie koniec. Dzisiaj był clubbing. Po rozgrzewce mieliśmy technikę biegową. Tym razem bez baletu, za to z przeplatankami, skipami, wieloskokami itp. Wieloskoki, poprzedzone skipem B przypomniały mi, że wczoraj zrobiłam mocny trening. A tu trzeba zrobić 5 serii: 200 m + 200 m + 400 m (takie same przerwy). 200 m po 49 sek, 400 m - 1:40. Nie dosyć, że biegałam na ołowianych nogach i czułam się jak kloc, to jeszcze Gacek przestał rejestrować okrążenia. Po wciśnięciu guziczka "lap" pikał złowrogo i tyle. Wrrrrrrrrrr. Stanęłam, pogadałam chwilę z kolegą, który skończył swój trening, pomajdrowałam przy funkcjach Garmina, zastosowałam starą radę informatyków ("A zresetowała pani komputerek?") i wszystko zaczęło znowu działać.
Rozchmurzyłam się dopiero, kiedy Szefowa krzyknęła, że mam zrobić 4 serie, a nie 5.
Choć taka pociecha.
Dobranoc!
środa, 18 kwietnia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
hi,hi... to zdaje mi się nazywa złośliwość rzeczy martwych;)pozdrówka:)
@Tete, Gacek jest po prostu charakterny ;) Pozdrawiam!
Tak, zgadzam się - charakterny brzmi zdecydowanie lepiej niż złośliwy ;-)
Oj jest charakterny! Mój po zgraniu danych do komputera po Półmaratonie Warszawskim pokazał mi: trasę półmaratonu, mój spacer na ul. Francuską po półmaratonie i... jazdę metrem do domu :-)
Ale to raczej moja wina, że go nie wyzerowałam, a nie elektroniki :-)
@DrProctor, prawda? :)
@Emilia, no to miałaś Garmino-inwigilację :)
Prześlij komentarz