czwartek, 12 kwietnia 2012

O, noia

Po fatalnym świątecznym poniedziałku miałam obawy, czy w ogóle się z bieganiem pozbieram. Wtorek tylko utwierdził mnie w czarnowidztwie - marnie się czułam. Nagle, w nocy z wtorku na środę, stał się cud. Ironman zrobił tylko jeden mały alarm nocny, dzięki czemu wstałam jako tako wyspana, a to zawsze jest dobrą wróżbą. Świeciło słońce, było ciepło, spędziliśmy z Ironmanem pół dnia w odwiedzinach u mojej koleżanki i jej synka. Łaziłyśmy po jeszcze-warszawskich-polach. Naładowałam baterie słoneczne.

Wieczorem pojechaliśmy na clubbing, odbywający się równocześnie z meczem Legia - Arka. My hulaliśmy na stadionie i piłkarze też, tylko na tym większym. 

Zaczęliśmy od rozgrzewkowego wbiegania i zbiegania po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim, a potem znów czekała nas seria ćwiczeń baletowych (dostawianki, hołubce, klaskanie, wyskoki, hołubce truchcie, itp. itd.). Po ćwiczeniach baletowych - jakże by inaczej - technika, m.in. znienawidzony przeze mnie wieloskok. Tak, wiem, że powinnam nogę wykroczną podnosić wyżej, zamiast wyciągać dalej. I inaczej lądować. Ale dla pierdoły, mającej od dzieciństwa problem z koordynacją ruchową, teoria to jedno, a nogi i tak robią, co chcą. W dodatku, od wieloskoków zawsze boli mnie prawy pośladek. Błe. Po technice można było pobiegać - 12 x 200 m w tempie żwawym, ale nie na maksa. W moim przypadku było to od 45 do 50 sek. Najwolniejsza (50 sek) dwustumetrówka była trzecia, a najszybsza - ósma. Tylko dlatego, że w trakcie truchtanej przerwy biegłam obok Olka i, kiedy ten wyrwał do przodu, próbowałam go gonić. Z dużym naciskiem na "próbowałam". Bardzo miły trening. Wreszcie!

W czwartek, po fatalnej nocy (zęby Ironmana!) i wczesnej pobudce (kolejny remont w sąsiedztwie, a wiertarki tylko czekają wybicia 6 rano), powlokłam się do pieczarkarni. Wykrzesałam z siebie jakieś resztki energii na całkiem fajny trening: rozmaite akrobacje na bosu, wspinanie się po drabinie (niestety pas asekuracyjny strasznie wrzynał mi się w brzuch i znowu poczułam nadlatującego pawia), trochę stabilizacji, rozciąganie. Było naprawdę super, mimo niewyspania.

...a teraz boli mnie gardło i tak się zastanawiam, czy wystartuję w sobotę w Biegu Pamięci. Cóż mogę powiedzieć...

4 komentarze:

tete pisze...

he,he... moje nogi też robią co chcą ;)zdrówka Haniu :) pozdrawiam :)

Krasus pisze...

".a teraz boli mnie gardło i tak się zastanawiam, czy wystartuję w sobotę w Biegu Pamięci. Cóż mogę powiedzieć..."

Nie masz mówić tylko biegać;) Jeśli to samo gardło to wystarczy wziąć jakieś pastylki na bieg i luz. Gorzej jeśli przyatakuje Cię przeziębienie, bo to osłabia organizm. Trzymam kciuki!

A ja we wtorek naciągnąłem przywodziciela na piłce (miałem nie iść, ale jednak się skusiłem...), a w niedzielę mój drugi w życiu maraton. Na razie boli, mam nadzieję, że do soboty będzie dobrze, zrobię małą rozgrzewkę po południu, a w niedzielę walnę taką życiówę, że mi samemu oczy z orbit wyjdą... ;)

Traseo pisze...

Witam, ciekawy blog ;-) jeśli jest Pani zainteresowana współpracą w ramach tematyki biegowej z portalem www.traseo.pl, proszę o kontakt na konktakt@traseo.pl.

Pozdrawiam serdecznie i przepraszam za taką dziwną drogę kontaktową, ale nie mogę znaleźć bezpośredniego namiaru!

Hankaskakanka pisze...

@Tete, a ja trzymam kciuki za niedzielę! :)
@Krasus, na razie próbuję metod domowych i zobaczymy, co z tego wyjdzie ;) Wolę nie wystartować na 5 km, niż dorobić się jakiegoś porządnego choróbska na kilka tygodni przed maratonem. Ot, mój pech ;(
@Traseo, mój e-mail jest podany w profilu - wystarczy kliknąć w "wyświetl mój pełny profil".