Przed wyjazdem na narty martwiłam się (no, może nie martwiłam, ale zauważyłam z lekkim smutkiem), że robię mało treningów siłowych. W pieczarkarni nie byłam już od... ho, ho. Gdyby nie clubbing na Agrykoli i nie szwajcarskie pagóry, czyli trochę siły biegowej, martwiłabym się może i nieco bardziej zaawansowanie. W dodatku, w Warszawie długo panowała nietypowa zima, podobna raczej do zim z Lacjum niż Mazowsza, nie pozwalająca nawet na należyte sponiewieranie się po śniegu czy lodzie.
Dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności w tym roku pojechaliśmy na narty znacznie wcześniej niż zwykle. Czyli nie w marcu, a w styczniu. Patrząc na warszawskie wydanie rzymskiego grudnia, przez kilka tygodni śledziłam w internecie lokalną prognozę pogody, a w szczególności zakładkę "bolletino neve", czyli śnieżny biuletyn, w którym odnotowuje się ostatnie opady śniegu oraz grubość pokrywy śnieżnej w dolinie i w górach. Długo nie było nic, ale w końcu, przed Bożym Narodzeniem i po nim, spadło tyle śniegu, że bolletino neve z dumą odnotował 40 cm w dolinie i 50 cm w górach. Może nie szał ciał, ale coś tam się pojeździ
Na miejscu okazało się, że trasy są przygotowane fantastycznie, a i w dolinie śniegu nie brakuje. Do tego stopnia, że nawet na moich ulubionych ścieżkach biegowych leżała biała pokrywa, a podbieg pod ruiny, o którym pisałam w zeszłym roku, mogłabym pokonać, gdybym pomagała sobie zębami.
To był nasz pierwszy narciarski wyjazd z Ironmanem. Zastanawialiśmy się, jak zorganizować sobie czas, żeby każde z nas pojeździło choć trochę, żeby wygospodarować popołudnia na bieganie (tu również musieliśmy się zamieniać opieką nad Ironmanem, a śnieg, podbiegi i wysokość, zniechęcały do treningów z wózkiem), żeby przygotować jakieś jedzenie, mieć parę chwil na luksusy typu czytanie książek, a przede wszystkim - luksus nad luksusami - porządnie się wyspać. Stanęło na tym, że jeździliśmy na zmianę po około 1,5 godziny. Niezbyt dużo, ale lepszy rydz niż nic. W tym czasie to, które zostawało w dole, zaprzęgało się do Ironmanowego wózka lub sanek (wózek do spania, a sanki do rozrywki) i spełniało posłusznie zadanie konia pociągowego. Po powrocie do domu, jedno dawało Ironmanowi obiad, a drugie wskakiwało w rzeczy do biegania i robiło trening. Ponieważ wszyscy struliśmy się świeżym powietrzem i dostaliśmy choroby wysokościowej, padaliśmy jak muchy w miarę wczesnym wieczorem i wszyscy (hura! i podkreślam: wszyscy) spaliśmy długo, długo, długo. Dorośli - 9 i więcej godzin. Wypas!
A w szczegółach wyglądało to tak:
Przyjechaliśmy na miejsce w niedzielę wieczorem. W poniedziałek musieliśmy rano załatwić skipassy oraz wypożyczenie nart. Pojechaliśmy na górę, na której są zarówno ośle łączki, po których można jeździć z dzieckiem na saneczkach, jak i wyciąg krzesełkowy prowadzący na szczyt, z którego można śmignąć przyjemną czerwoną albo czarną trasą. Zrobiłam 5 kolejek czerwoną, bo czarna była zamknięta i wróciłam, żeby zmienić męża przy Ironmanie. Najpierw poszliśmy oglądać zagrodę z kucykami, a potem Ironman zaczął ziewać, więc zapakowałam go do wóza na drzemkę. Resztę czasu spędziłam na wygrzewaniu się na słońcu i czytaniu książki. Bosko. Po południu trzeba było kupić jakieś jedzenie, potem kolacja i padliśmy o jakiejś niemowlęcej porze.
We wtorek trochę się zachmurzyło, ale i tak pojechaliśmy pod bardzo lubiany przez nas szczyt, z którego zjeżdża się również albo czarną albo czerwoną trasą. A czarna trasa, nie dosyć, że długa, ma dodatkową premię na mecie: miłą knajpkę, z osłoniętym od wiatru ogródkiem i bardzo dobrym jedzeniem. Znowu pojechałam na górę jako pierwsza, bardzo żałując na samym szczycie, że nie zabrałam gogli. Wiał okropnie mocny wiatr, który podrywał puch śnieżny i walił nim po oczach. No dobra. Pochyliłam się mocno, obciążyłam podręcznikowo przody i ruszyłam. Dało się wytrzymać, choć po południu miałam się przekonać, że od siekącego śniegu spuchły mi powieki. Kiedy zjechałam do męża, wyszło słońce. Zaprzęgłam się do sanek i pomaszerowałam doliną, którą odkryliśmy w ubiegłym roku. Idzie się nią najpierw leciutko i niezauważalnie, a potem już zdecydowanie odczuwalnie i widocznie, pod górę. Po 40 minutach byłam zasapana jak parowóz, a Ironman siedział z rozdziawioną w uśmiechu buzią i wydawał zachęcające okrzyki. Stwierdziłam, że z górki będzie łatwiej, więc zawróciłam. Tiaaaa, łatwiej. Z górki musiałam biec. W ciuchach narciarskich i przeciwśniegowych buciorach. Sanki mknęły, Ironman zanosił się od śmiechu, a ja naprężałam swoje nędzne tricepsy, żeby nie tracić kontroli nad pojazdem. Kiedy wróciliśmy do domu, resztką sił przebrałam się w ciuchy biegowe, po czym ruszyłam z prostym, jakby się wydawało treningiem - 8 km w pierwszym zakresie. Po śniegu, cały czas lekko pod górkę - choć biegłam wolno, na pewno weszłam w głęboki drugi zakres. 4 km w jedną stronę (cały czas pod górkę) i 4 km w drugą (odpoczynek - z górki). Wieczorem byłam tak zmęczona po całym dniu, że miałam wysokie tętno, bolała mnie trochę głowa i było mi lekko niedobrze.
W środę znów piękna pogoda i znów ta sama góra, co we wtorek. Najpierw pojechał mąż, a ja poszłam na spacer z Ironmanem. Znowu doliną. 1.5 godziny i powrót. Zmiana. Wjechałam na górę, zjechałam na dół i... stwierdziłam, że nic z tego nie będzie. Mam coś w rodzaju kryzysu aklimatyzacyjnego, tzn. czuję się słabo, mam zmęczone nogi, jest mi znowu niedobrze. Wróciliśmy do domu i do wieczora doszłam do siebie. Na pewno przy wyraźnej pomocy dużej ilości makaronu i czekolady.
W czwartek mąż miał rano jazdę z instruktorem, a później do nart dorwałam się ja. Wjechałam najbliższymi wyciągami na górę, z której przedostałam się w stronę szczytu, na który, z kolei, mąż mógł wjechać wagonikiem z wózkiem i poczekać na mnie w schronisku. Zrobił się silny mróz (minus naście na górze), wiatr powywiewał trochę śniegu z tras i parę razy zatańczyłam krawędziami na żywym lodzie. Pojeździłam ze 2 godziny i wróciliśmy do domu. Aha, na jednym podjeździe jakiś uroczy Rosjanin zepchnął mnie z wyciągu. Bo podobno nie stałam w kolejce, jak należy. Pouczył mnie na przyszłość, rzecz jasna, nie przeprosił, a ja mu na to nawrzucałam w języku Dantego. Ku wyraźnej uciesze pilnującego wyciągu pana.
Koniec lenistwa biegowego - trening. Tym razem 10 x 100 m podbiegu + 5 km pierwszego zakresu. Na podbiegi wybrałam sobie ścieżkę, che che che, spacerową, prowadzącą z położonej niżej miejscowości pod kościół. Nachylenie, myślę, minimum 8%. Po 3 podbiegu myślałam, że zejdę. Po 5 stwierdziłam, że jestem bardzo dzielna. Po 7 zaczęłam sobie obiecywać kolejne porcje strudla i gorącej czekolady z bitą śmietaną. Po 10, na wacianych nogach, ruszyłam przed siebie. Znowu lekko pod górkę. Wróciłam do domu naprawdę porządnie zmachana.
W piątek z instruktorem jeździłam ja. Cóż tu pisać? Przez resztę dnia czułam narastający ból w udach i pośladkach. Nie dało się obijać. Zaliczyłam znów długi spacer z Ironmanem oraz podbieganie z saneczkami pod górkę i wspólne zjeżdżanie.
Sobota - ostatni dzień jazdy z instruktorem. Przypomniało mu się, że trzeba popracować nad moim carvingiem i jeździliśmy na jakimś długim i straszliwie smaganym wiatrem stoku, na którym były poustawiane tyczki. Na pewno nie jeździłam carvingowo, ale się nie zabiłam ani nie skończyłam z tyczką w oku. Za to na dół dotarłam w charakterze sopla lodu, bo na górze było -12 i wiatr. No ale widoki obłędne.
Niedziela. Oj, w niedzielę się działo. Pojechałam na górę jako pierwsza. Wybrałam sobie ulubioną długą czarną trasę. Jadę sobie, jadę. Nagle na środku wyrasta tabliczka "Pericolo / Danger". Phi? Za tabliczką leżą ludzie. Hamuję, patrzę, cóż oni tak leżą, postanawiam podjechać do jednego z gramolących się, żeby mu pomóc. Niestety nie pomogłam, bo ludzie leżeli na połaci gładziutkiego lodu, wjechawszy na który, już tylko walczyłam o zachowanie równowagi i możliwie szybkie wydostanie się niżej. Pojeździłam trochę niżej i znów wróciłam na górę, wybierając, jak mi się zdawało lepszy wariant czarnej trasy. Tym razem czekała na mnie tabliczka "Rallentare / Slow down", a za nią muldy z nawianego puchu. Wydostałam się za nie. Ups. Ścianka. Z lodem. Ruszyłam, próbowałam skręcić i nie wiem, co się stało, bo po chwili leżałam bez nart, za to poza trasą. Co zrobiłam widząc nad sobą ścianę, pod sobą ścianę i leżąc na grudach lodu? Poryczałam się i zadzwoniłam do męża. Po 10 minutach wylegiwania się fuori pista, zauważył mnie jakiś miły starszy pan, który wyszedł poza trasę, pozbierał moje narty (jedna 10 m niżej, druga 10 m wyżej), pomógł mi je wpiąć, upewnił się, że nie jestem połamana i pojechał. Możliwe, że to był Anioł Stróż. Ruszyłam za nim, w stronę męża, który już wjechał jednym wyciągiem i kierował się w stronę kolejki, zorganizowawszy Ironmanowi towarzystwo miłej pary z Sardynii oraz uroczych pań z obsługi schroniska (kiedy przyjechaliśmy, Ironman, obłożony zabawkami i balonikami, brylował przy stole). Po drodze wywaliłam się jeszcze raz na kolejnej zaspie z nawianego śniegu. Dojechałam do stojącego przy wyciągu męża, zjechaliśmy razem i postanowiłam więcej tego dnia nie jeździć. Za to przebrałam się w ciuchy biegowe i pobiegłam na 10-km cross, którego część zrobiłam w dolinie przemierzanej do tej pory w charakterze konika Ironmana.
W domu policzyłam siniaki. Ojojoj. Po raz kolejny podziękowałam swojemu kaskowi za to, że ochronił moją pustą głowę przed rozbiciem się w drobne kawałki.
W poniedziałek rozpoczęliśmy akcję "powrót". Nocowaliśmy w b. NRD. Rano, nie bacząc na ciemności i siąpiący deszczyk, wyszłam na trening. 4 km pierwszego zakresu i 2 km drugiego zakresu. Bardzo wolno - drugi zakres w tempie 5:11 min/km. Jednak trochę sobie zmęczyłam nogi, a na efekt odbicia przyjdzie trochę poczekać.
Żeby tak znowu pojechać w jakieś góry... Albo, że też żaden uczynny lodowiec nie pofalował mocniej Mazowsza. Ech.
Tymczasem w Warszawie zima zadomowiła się jakoś półgębkiem, albo raczej półdupkiem. Niby pada śnieg, ale zaraz robi się z niego błoto. Niby zimno, ale bez mrozu.
No i tak to.
Miłego weekendu!
czwartek, 19 stycznia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
relacja fantastico :) no i po zimie :( pozdrowaśki dla całej Rodzinki :)
Najbardziej Wam zazdroszczę tej współ-organizacji. Ja, żeby pobiegać na urlopie, muszę nie tylko wstać przed wszystkimi, ale najlepiej wrócić zanim wszyscy wstaną...
@Tete, u nas jakiś żart, nie zima. Wczoraj tak pięknie padał śnieg, a rano było z niego już tylko błoto :(
@DrP, ja tak mam poza urlopem, tzn. najwygodniej logistycznie jest, jeśli zdążę pobiegać czy zaliczyć pieczarkarnię wcześnie rano. No ale skoro obydwoje z mężem w sumie sportujemy się w tych samych dyscyplinach, i to mąż zawsze zachęcał mnie do sportu (sam nie uprawiał chyba tylko szermierki i skoku o tyczce, chociaż... kto wie?), wprowadziliśmy parytet sportowy: 50/50 ;-)
Zgadza się, współ-organizacja pierwsza klasa.
A Ironman przyzwyczai się do zimowych wyjazdów od najmłodszych lat, pewnie za 3-4 lata założy pierwsze nartki, a potem ani się obejrzycie, jak będzie śmigał po stokach :-)
Oj działo się jak widzę u Was :) Fajnie że się tak podzieliliście dyżurami, to chyba jedyna opcja przy bambino, jak się chce pojeżdzić, oprócz zabrania babci. Ale podziwiam cię Hanka, bo ja po nartach na sporty dodatkowe typu bieganie już nie miałam siły- bolał mnie każdy mięsień od piszczeli do tyłka :) Pozdrówka!
@Emilia, mamy nadzieję, że wsadzimy go na narty i wyślemy do szkółki już za 2 lata :)
@Ava, czekam na opis Twoich narciarskich szaleństw!
Prześlij komentarz