Urlop zaczął się intensywnie, to jest od opisywanych jeszcze przed wyjazdem 31 km po błocku. Uprane zaraz po powrocie z lasu buty nie zdążyły wyschnąć do sobotniego poranka, więc zabrałam stare, wysłużone, ale jakże wygodne trailówki New Balance. Przez chwilę kusiło mnie zapakowanie Canarinhos, jednak dobrze się stało, że wysłuchałam głosu rozsądku, bo raczej bym nie poszalała w leciutkich butach startowo-treningowych.
Pogodę mieliśmy taką więcej syfną - na 7 dni jeżdżenia na nartach: 2 dni regularnej śnieżycy, 1 dzień wędrującej mgły, 1 dzień słońca, 3 dni pochmurne z przebłyskami. Autochtoni pocieszali nas, że trafiliśmy na najgorszy tydzień w całym sezonie. Prawdę mówiąc, wolałabym trafić szóstkę w Totka. Nie ma jednak tego złego - przynajmniej wreszcie poćwiczyłam jazdę po muldach pod okiem instruktora, zamiast kombinować po swojemu. To nic, że, dzień po tych ćwiczeniach, właśnie na muldach zaliczyłam najciekawszą glebę - pojechałam, bardzo stylowo, na tyłach nart. Zanim wypadłam z trasy, zdążyłam podjąć próbę hamowania, co skończyło się eleganckim przydzwonieniem o stok. Z wypięciem nart, śniegiem za goglami oraz w zębach i pamiątką w postaci granatowo-zielonego kolana. Ot, freeride a la Hanka.
Treningowo mój tygodniowy interwał wyglądał tak:
Niedziela (13.03) - narty, narty, narty. Zamiast zaplanowanego treningu biegowego - popołudniowa drzemka.
Poniedziałek (14.03) - narty, narty, narty. I 10 km biegania: 3.5 km lekko pod górę, 3 km w systemie góra-dół-góra-dół, 3.5 km lekko w dół. Popołudniowa drzemka.
Wtorek (15.03) - narty solo i narty z instruktorem: ćwiczymy jazdę carvingową (lewy "hals" mam lepszy niż prawy, a poza tym czuję się jak nieskoordynowany worek kartofli). Popołudniowa drzemka.
Środa (16.03) - narty w gęstej śnieżycy, czyli jazda asekuracyjna - ciągle nisko na nogach, maksymalnie na przodach i wybałuszamy oczy spoza gogli (przyoszczędziło się kilka lat temu i nie kupiło gogli polaryzacyjnych, więc teraz trzeba sobie radzić). Trening biegowy: 12 km crossu. Odkryliśmy ścieżkę prowadzącą do ruin zamku oraz do niezwykłej piękności doliny. Byłoby tych kilometrów więcej, ale w niezwykłej piękności dolinie leżało mnóstwo rozmokłego śniegu, który po kilometrze zaczął nam się wylewać z butów. Wracaliśmy w tempie narastającym (bo zimno w nogi), dopóki Gacek nie pokazał 4:00 min/km. Co prawda było lekko z górki, ale i tak ładnie. Po powrocie, a jakże, popołudniowa drzemka.
Czwartek (17.03) - ogłaszam strajk. Na stok poszłam dopiero o 11, za to mąż otwierał wyciąg. Kiedy już i ja wjechałam, rozpoczęło się katowanie jazdy po muldach pod okiem instruktora. Ćwiczenia techniczne na oślej łączce. Popołudniowa drzemka.
Piątek (18.03) - SŁOŃCE!! Pojechaliśmy na wycieczkę narciarską parę dolin dalej i jeździliśmy nieomal bez przerwy na pięknie zmrożonych stokach. Powrót był nieco gorszy, bo trzeba było zjechać nisko, żeby dostać się na wyciąg w stronę naszej doliny, a zjeżdżaliśmy po rozmiękłych muldach, pomiędzy leżącymi w nich narciarzami. Nieomal wczołgałam się do pokoju. Zabrakło czasu na trening biegowy oraz, co gorsza, na popołudniową drzemkę.
Sobota (19.03) - narty, narty, narty. I piękna 13-kilometrowa wycieczka crossowa znów do ruin zamku i jeszcze ponad nie. Niezapomniane widoki, cisza i ogromne szczęście, że mogę to wszystko oglądać. Na zboczu kwitły wrzosy, na ścieżkach leżał dobrze zlodowaciały śnieg, śpiewały ptaki. Bajka.
Wszystkie treningi, które zrobiłam (poza pierwszym) były kompletnie niezgodne z planem, ale dały mi mnóstwo radości. Od jutra wracam do potulnego trenowania, bo do Annecy zostało jeszcze tylko 27 dni. Fajnie, że znowu sobie popatrzę na góry.
11 komentarzy:
Piękny obóz kondycyjny :) po takim treningu górskim to maraton polecisz jak Kozica ;)pozdrowaśki
Nie no dla mnie to obóz przetrwania jakiś :DD
Haniu pozdrowienia z Warszawy!
Tete, najpierw przeczytałam "Kubica" i się zdziwiłam ;)) Pozdrawiam!
Poleczko, skoro jesteś w Warszawie, może się jakoś umówimy, co? :)
Nabrałem ochoty na zdobycie kilku szczytów! Świetne fotki!
No ładnie - energii u Ciebie jak widać nadmiar - pół dnia narty a potem naście kilosów :-) Dobrze to wróży. A instruktora miałaś indywidualnego czy byliście na szkoleniu grupowym?
@Kuba, kupiłam przewodnik i mapę z trasami letnimi ;)
@Ava, co roku wykupujemy kilka godzin z miejscowym instruktorem. Mąż jeździ znakomicie, ale ma "oldskulowe" nawyki. Ja, z kolei, zaczęłam naukę jazdy na nartach dopiero na studiach, potem miałam przerwę, i dopiero od kilku sezonów wzięłam się za szkolenie bardziej metodycznie. Jeszcze 4 lata temu na czarnej trasie mąż i znajomi musieli zasłaniać oznakowanie trasy, żebym w ogóle nią zjechała. Wierząc święcie, że to trasa czerwona, co mi uporczywie wmawiali ;)
Hyhy, to się nazywa "aktywny wypoczynek" :))
Widoki piękne, nawet przy kiepskiej pogodzie!
Haniu! Czy ja to mam potraktować jako zaproszenie do wspólnych wędrówek? ;)
jej, jakie fajne foteczki,
ile bym dala, zeby choc moc pomacac snieg; o pojezdzeniu na nartach nie smiem nawet marzyc
Haniu jak zawsze pracowita mroweczka z Ciebie w zbieraniu tych kilometrow i doswiadczen
a myslalas a propos maratonu w Poznaniu w tym roku?
@Kuba, emmmm, nnno nie to było moją intencją :))) Tylko też zapaliłam się do górskich wędrówek :)
@Ania, na razie nie robię planów na jesień. Zobaczę co będzie po Annecy ;)
@Midi, dzięki chmurom było jeszcze bardziej widowiskowo niż we wcześniejszych latach, przy nieomal plażowej pogodzie :)
Prześlij komentarz