sobota, 28 stycznia 2012

Zima ziębi

Może zostanę pogodynką? Znowu wykrakałam. Zima przyszła z przytupem i przyświstem, tylko śniegu cosik mało (ćśśśś, bo za tydzień dowali parę metrów).

Przez zimno i prognozy pogody nie nastawiłam budzika na wtorkowy poranek. Nie chciało mi się marznąć po ciemku. Za to w środę, dzięki ujemnej temperaturze, nie przegrzałam się zanadto na clubbingu. Choć mogłam, bo było tak: ruszyliśmy spod sklepu firmy N., który, jako punkt orientacyjny, zastąpił blaszaną budkę ze sklepem biegacza pod stadionem Legii. Której to budki, z kolei, już nie ma. Rozgrzewka, jak zwykle, wokół Kanału Piaseczyńskiego (a, właśnie, ze zgrozą odkryłam, że tamtędy TEŻ prowadzi trasa Półmaratonu Warszawskiego, jakby startu i mety pod płotem Obciachu Narodowego było mało) i biegniemy pod schody prowadzące do Zamku Ujazdowskiego. A po schodach wbiegamy skipem A. Ała. Biegniemy do Agrykoli, zbiegamy i robimy 3 serie skipów: do pierwszej latarni skipem A, do drugiej - tyłem - skipem C. Pod górkę, ma się rozumieć. Ciąg dalszy nastąpi, czyli znów zostajemy podzieleni na grupy i znów trafiam do najmocniejszej, czyli tej, która ma taki plan działania: 4 podbiegi pod Agrykolę i robimy pętlę aż do Czerniakowskiej i z powrotem, a potem jeszcze raz to samo. Mamo, mamo, mamo... 

Pierwszy podbieg był spokojny, drugi żwawszy, na trzecim panowie zaczęli się ścigać, a ja nie chciałam odstawać. To samo na czwartym. Pętla do Czerniakowskiej i z powrotem. Robię się głodna. Znowu podbieg - mąż przyspiesza, ale nikomu nawet nie chce się go gonić. Z dwoma kolegami robimy następne 3 podbiegi, rozmawiając sobie przyjemnie o zawodach, itp. Jest bardzo miło, choć biegniemy bliżej 5 min/km niż czegokolwiek innego (tak wynika z ukradkowych spojrzeń w stronę Gacka), a jeszcze dogania nas Olek i czyni słuszną, skądinąd uwagę, że mamy biegać w drugim zakresie, a nie w tempie konwersacyjnym. Za karę robi nam  pętlę w tempie 4:40 min/km, co pozwalam sobie zauważyć w okolicy stadionu. Na szczęście po drugiej stronie kanału jest lód i jakoś sama z siebie zwalniam, w obawie o integralność cielesną (czytaj: nowe siniaki na tyłku). 

Kończymy z wynikiem: 12.5 km.

W czwartek udało mi się wyjść do pieczarkarni. Ponieważ nie było mnie w niej od ponad miesiąca, wiedziałam, że powrót będzie bolesny. I był. Dużo, dużo ćwiczeń na nogi - przysiady ze sztangą, przysiady z piłką lekarską, przysiady na odwróconym bosu (połączone ze skręcaniem tułowia w przysiadzie), wykroki z piłką lekarską, przysiady z ciężarkami, pompki na bosu, sporo męczenia brzucha i rozciąganie. Intensywna godzina. 

W piątek bolało mnie wszystko. Najbardziej brzuch. Ani kichnąć, ani kaszlnąć, ani się pośmiać i jeszcze trzeba uważać na wierzgające łokietki i kolanka Ironmana.

Dziś miałam do zrobienia minutówki. Po spacerze z Ironmanem, podczas którego miałam wrażenie, że za chwilę odpadnie mi twarz (twardziel miał łatwiej, bo chował się w śpiworze), stwierdziłam, że nie ma mowy, abym te minutówki zrobiła na zewnątrz. Temperatura dobrze na minusie i, na dokładkę, lodowaty wiatr. Co robić? Tak, tak... Bieżnia w pieczarkarni. Było jak zawsze: za gorąco i za sucho, ale trening odhaczony. 15 x 1 min w tempie 4:30 min/km i przerwy 1-minutowe w tempie 5:30 min/km. Do tego rozgrzewka i ponad 20 minut rozciągania. Przy okazji poszła prawie cała półtoralitrowa butelka Muszynianki. Jak bal, to bal.

Jutro spokojne bieganie. Bez wózka!

Ahaha, byłabym zapomniała - napiszę, to może wejdę sobie sama na ambicję i nie stchórzę - w przyszłą sobotę zamierzam pobiec w Grand Prix Warszawy na 5 km. Nawet jeśli będzie -20 i 2 metry śniegu. (no to teraz na bank będzie...)

Miłej niedzieli!

PS. Zauważyliście, że Domety można polubić nie tylko emocjonalnie, ale i wirtualnie, czyli na fejsbuku? Dzięki pomocy nieocenionej Zieleniny mam nawet fejsbukowe okienko na marginesie. Taka nowoczesność.

3 komentarze:

drproctor pisze...

Nomalnie (sic!) idziesz z duchem czasu (fajsa mam rzecz jasna myśli). A niektórzy mówią, że Internet to zło wcielone...

tete pisze...

Strasznie się Haniu katujesz w tej pieczrkarni;) Trzymam Cię za słowo z tą piątką GPW:) Kciuki też:) pozdrowaśki

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, nowoczesność w domu i zagrodzie :) Jestem beztalenciem cyfrowym, więc wszelkie zmiany to dla mnie prawdziwa rewolucja.
@Tete, przydają się kciuki, bo w lesie ślisko, więc dobrze by było, żebym nie fiknęła ;)