Straszne zaległości w blogowaniu, straszne zaległości w tylu innych sprawach. Kiedy minęły Święta i nadszedł kolejny rok?
W ramach naprawiania zaległości blogowych, chronologicznie końcówka roku wyglądała tak:
Przed Wigilią i Świętami uwijaliśmy się jak pracowite pszczółki. Odpuściłam jeden trening, byłam chronicznie niewyspana, a jeszcze na dwa dni przed Wigilią mąż pojechał po 11 wieczorem na ostry dyżur. Powód? Zostawił kawałeczek kciuka w szatkownicy, przy pomocy której rozprawiał się z 4 kg buraków na barszcz. Skończyło się na kilku szwach i wielkim opatrunku.
W pierwsze Święto ograniczyliśmy działalność sportową do spaceru z Ironmanem. Bardzo nietypowego dla nas spaceru, bo na Stare Miasto i Trakt Królewski. Czuliśmy się jak turyści, a ja patrzyłam z lekkim smutkiem na panoramę Pragi, bezpowrotnie zepsutą ciężką bryłą Stadionu Narodowego.
Drugiego dnia Świąt pojechaliśmy na przeuroczą, kameralną imprezę biegową, zorganizowaną przez Avę z rodziną, czyli na I Bieg Na Czuja. Pogoda była ohydna: rano lało, wiał nieprzyjemny wiatr, ale i tak nic nie przeszkodziło mi w znakomitej zabawie. Miło było poznać Emilię, rodzinę Avy, a także zobaczyć znów Avę i Ironwoman. O samym biegu można poczytać tu i tu. Dodam od siebie, że wielu profesjonalnych organizatorów mogłoby przejść szkolenie u Avy! Mam też nadzieję, że będą powtórki :)
Jeśli chodzi o mój występ, byłam mile zaskoczona tym, że pomyliłam się w typowaniu wyniku tylko o 42 sekundy. Po tym, co potrafię wyprawiać na treningach, 8 sekund na kilometr to naprawdę niewielka obsuwa. Skoro plan przewidywał, że mam tego dnia przebiec 5 km w drugim zakresie, założyłam, że przybiegnę na metę w 25 minut. Przybiegłam w 24:18. Biegło mi się zadziwiająco lekko, mimo błota, silnego wiatru i ciężaru świątecznych przysmaków w brzuchu.
Aha, jeśli po Świętach pojawiła się pogłoska o typie, grasującym po Lesie Kabackim z aparatem i wózkiem dziecięcym, oraz nastającym na cześć niewinnych biegaczek poprzez robienie im zdjęć, był to mój biedny, pozszywany mąż, który ustawił się na trasie z zamiarem przygotowania fotorelacji z zawodów. Traf chciał, że parę razy obfotografował jakieś obce panie, myśląc, że one również biegną na czuja. Jedna ponoć popukała się w głowę, wprawiając męża w niejakie zakłopotanie.
Nie pukałam się w głowę i mam ładną pamiątkę z ostatniego kilometra.
Na zakończenie dostałam dyplom i nagrodę (bardzo fajną czapkę z daszkiem). No i jak tu nie cieszyć się z takiego biegu?
Reszta świątecznego dnia upłynęła na pakowaniu i szykowaniu się do podróży. We wtorek rano, bowiem, ruszyliśmy na doroczny Sylwester w Serolandii.
Tym razem to nie była la settimana bianca, tylko la primavera, czyli po naszemu wiosna. Jeszcze pierwszego poranka widać było oszronione gałęzie i resztki śniegu, jednak wszystko stopniało w mgnieniu oka. W Lozannie na trawnikach kwitły stokrotki, koniczyna, a na klombach, wzdłuż promenady prowadzącej brzegiem jeziora, bratki przeżywały drugą młodość. Niestety, Alp nie było widać. Przykrywały je bardzo dokładnie gęste chmury, schodzące aż do tafli jeziora. I tak było pięknie.
Na pierwszy helwecki trening wybraliśmy się w czwartkowe popołudnie. Ironman został pod opieką dwóch cioć i dwóch wujków (DZIĘ-KU-JEMY!), a my polecieliśmy przez wieś ku znanym już trasom. Trafiliśmy na przebłyski słońca i piękne widoki ośnieżonej Jury oraz dalszych Alp. Jak zwykle o mało nie wykorkowałam na najgorszym (czytaj: najdłuższym i najbardziej stromym podbiegu). Trochę się wytaplaliśmy w błocie, trochę nas wywiało i było strasznie fajnie. Wyszło tego coś pod 9 km. Bardzo, bardzo wolno.
Drugi helwecki trening zrobiliśmy w Nowy Rok. Ciocie i wujkowie pojechali do Montreaux, a my wsadziliśmy Ironmana w powóz i ruszyliśmy nową trasą. Zlecieliśmy z górki, a potem pod górę, pod górę, pod górę. Po drodze zmoczył nas przelotny deszczyk. Iście majowy, bo lekki i ciepły. W styczniu! Dobiegliśmy do wioski, z której było widać Alpy, Jurę, a pod Jurą chmurę i pod nią okoliczne miasto. Pięknie było i wiosennie. I tak przez 12 km. Od pchania wózka pod górę jeszcze do dziś mam zakwasy w plecach.
W poniedziałek chciałam wyskoczyć na małe rozbieganie. Moje plany wzięły w łeb, bo lało jak z cebra. Prognoza pogody bezczelnie pokazywała śnieg. Za oknem 9 stopni i oberwanie chmury. Makabra.
W takich okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych pojechaliśmy na dworzec, wskoczyliśmy do pociągu i pojechaliśmy na lotnisko. Ironman, z zachwytu nad kolejami szwajcarskimi, wylizał pół wagonu.
Żal było wyjeżdżać z gościnnej Ruiny - jeszcze raz dziękujemy gospodarzom za wszystko!
Po powrocie rzuciłam się w wir różnych domowych, przyziemnych obowiązków. Ironman codziennie po południu miał ponad 39 stopni (pierwsza trzydniówka zaliczona!) i urządzał nocne koncerty. Z tym większą radością pognałam wczoraj na clubbing. Było ciężko, ale niesamowicie fajnie. Najpierw rozgrzewka, potem technika. Skip A, skip C, wieloskoki, itp. Po technice siła biegowa. Ojojojojoj... Podchodzenie pod górę w kucki, wykroki (pod górę), bieg tyłem (pod górę i skipem C). Bidne moje nogi. Potem zostałam przydzielona do najsilniejszej grupy (e? ja?!) i dostaliśmy zadanie: 3 x pełny podbieg pod Agrykolę w swobodnym tempie, 3 x 2 latarnie jak najszybciej, 1 x pełny podbieg w swobodnym tempie. Nigdy Agrykola nie wydawała mi się taka płaska i krótka jak wczoraj. Pewnie z tego wrażenia szybsze podbiegi robiłam po 4:30-4:40 min/km, a to jeszcze nie było maksimum możliwości. Nie wiem, skąd tyle we mnie siły po 4 zarwanych nocach. Może od stania przy desce do prasowania? A może jeszcze z deszczowych pagórów.
Nieważne. Najważniejsze, że znów mam radochę z biegania.
Od przyszłego tygodnia znów pagóry. Tym razem naprawdę wysokie i, podobno, leży w nich śnieg. Się zobaczy. Bo w prognozy pogody już nie wierzę. Jeszcze tylko parę pagórów prasowania i pakowanie.
Dobranoc!
czwartek, 5 stycznia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
7 komentarzy:
Piękna ta Serolandia.
Udanych pagórów, bawcie się dobrze! :-)
Opisany clubbing wydaje się morderczy (w kucki pod górę)! Skoro piszesz że było fajnie to chyba naprawdę szwajcarskie treningi w górach i pagórach budują niezłą bazę. Trzeba czasem jezdzic w góry - z tego wniosek :)
ps. dzięki za miłe słowa o Biegu na Czuja. Nie jestem specjalnie doświadczona w organizacji imprez, po prostu chciałam żeby uczestnikom było komfortowo, szczegolnie przy takiej pogodzie, żeby był uczciwie mierzony czas i żeby się nie pogubili ;-) z tym ostatnim nie do końca się udało, jak wiadomo :)
"Najważniejsze, że znów mam radochę z biegania." i tak trzymaj Haniu :) świetny wyjazd i fajne fotki :) pozdrowionka dla całej rodzinki ;)
@Emilia, dziękuję!
@Ava, myślę, że wszystkie pagóry pomagają w poprawianiu formy. Przez całe lato trenowałam mocno w kratkę, kilometraż był raczej lichy, a jednak jesienią udało mi się poprawić wynik na 10 km i niechcący na 5 km ;) A latem stosunkowo dużo biegałam w górach lub po pagórkowatym terenie.
@Tete, dziękuję i również pozdrawiam!
Hanka jesteś niesamowita!
Do końca swojego żywota będę podziwiać Twój zapał i chęci :)
A Sylwester spędziliście w moim najukochańszym miejscu na ziemi. Ech...
Cudownie biegacka koncowka roku.
Zycze przyszlego, rownie cudownego i biegackiego.
@Polka, czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie próbuję sobie czegoś udowodnić? ;)
@Aniaha, ja Tobie również. Cudownego, biegackiego i zdrowego :-*
Prześlij komentarz