niedziela, 3 kwietnia 2011

16/2

Kiedy zrobił się kwiecień? Kiedy zrobiły się dwa tygodnie do maratonu? Kiedy przeleciało 16 tygodni biegania z planem? Dopiero co rozbiegiwałam się po przerwie, czyli roztrenowaniu i choróbsku. Dopiero co spotkaliśmy się na bożonarodzeniowym treningu z Avą i Zinowem, a tu już prawie zaczynam wrzucanie na luz.

Przed taperingiem trzeba jeszcze jednak trochę popracować:

W środę poleciałam na Agrykolę. Autorka Planu vel Szefowa zgotowała atrakcje dodatkowe, tzn. dała do wypełnienia ankiety, pomierzyła naszą trzódkę w różnych partiach ciała (trochę się obśmiałam przy obwodzie własnego, pożal się Boże, bicepsu), sprawdziła ruchomość kręgosłupa w odcinku lędźwiowym i piersiowym, po czym poprosiła o zdjęcie butów i wymazała nam stopy zieloną farbą, a my te zielone stópki poodciskaliśmy na kartkach papieru. A później już było standardowo, tzn. zabrałam się za swoją orkę: 20 minut spokojnego biegu na rozgrzewkę, 20 minut po 4:52 min/km (miało być 5:00 min/km i nie wiem, dlaczego nie było, bo miałam zmęczone nogi po wtorkowych obwodach), 20 minut w bardzo wolnym truchcie i marszu (miła pogawędka z biegającą ciężarną, pilnującą tętna), 20 minut po 4:51 min/km (znowu głupio, bo zamiast 5:00 min/km) i powolny truchcik na schłodzenie. Wyszło tego łącznie 14 km.

Potem był beznadziejny czwartek i jeszcze beznadziejniejszy piątek. Choć może piątek nie był taki do końca beznadziejny, bo na lekcji ulubionego języka przeczytałam ciekawy artykuł o historii kawy w Europie. Dowiedziałam się z niego, że w XVII wieku przeciętny Europejczyk (wliczając w to kobiety i dzieci) wypijał dziennie 3 litry piwa. Statystyczny prym wiedli... fińscy wojskowi, którzy dostawali przydział 6 litrów piwa na dzień. Ówczesne piwo było mocniejsze od dzisiejszego, a lekarze uważali, że przynajmniej raz w miesiącu trzeba spić się do nieprzytomności, żeby organizm właściwie funkcjonował. Emmm.... długo bym tam nie przeżyła, bo stan zbliżony do nieprzytomności osiągam po dwóch małych piwach.

No dobrze, wracając do treningów - w sobotę rano chciałam zrobić 10 km po trasie turystycznej w centrum, ale mój kochany mąż wziął na siebie zrobienie zakupów i wywiózł mnie do Lasu Kabackiego. Ostrzegam, że od strony Moczydłowskiej nadal jest bardzo grząsko. Jeśli po wbiegnięciu do lasu skręci się w lewo, trzeba ominąć 4 wielkie rozlewiska (omija się je lasem, w którym poszycie jest też lekko podmokłe - nabrałam trochę wody w buty). Reszta lasu jest sucha i jeszcze tylko końcówka pętli gwarantuje dwie przeprawy przez błocko. Poza tym - wiosna! Dzięcioły szaleją, listki się rozwijają, zieleń nieśmiało przebija przez zeschłe liście. Szkoda, że w tych pięknych okolicznościach przyrody niepotrzebnie pocięłam się z oddziałem pań z kijami do nordic walkingu - panie robiły gimnastykę obok Polany Powsińskiej, blokując sobą całą ścieżkę (10 m w bok miały do dyspozycji wielką polanę). No ale jakoś bym je ominęła, uważając tylko, żeby żadna nie wydłubała mi oka kijkiem (gimnastyka zawierała w sobie figury z kijami), ale jedna z pań miała ze sobą psa. Pięknego, wielkiego wilczura, który postanowił się ze mną zaznajomić, a nie miał ani smyczy ani kagańca. Pani mnie uspokoiła, że "on nie ugryzie". No dobra, kiedy byłam mała, bardzo dotkliwie pogryzł mnie pies prababci, który też podobno muchy by nie skrzywdził. Bardzo lubię psy, lecz mam w sobie obawę przed ich nieprzewidzianymi reakcjami. Odpowiedziałam więc pani, że pies powinien być na smyczy i w kagańcu, zwłaszcza, że wszędzie wiszą tablice nakazujące prowadzanie psów na smyczy. A poza tym blokują panie całą ścieżkę. Jeju, panie się tak oburzyły, że spylałam aż miło, żeby mnie swoimi kijami nie zadźgały na miejscu. Odbiegając pokazałam im niezbyt elegancki gest i potem już do końca treningu było mi głupio i przykro. No trudno. Przebiegłam 10.5 km powolutku (nie licząc interwału po incydencie z paniami): 6:09 min/km. Pod koniec zrobiłam jeszcze mocny finisz na ok. 400 metrów. Ot, tak.

No a dziś rano czułam się tak okropnie, że zadzwoniłam do Autorki Planu i zamieniłam planowany trening typu kobyła (2 km rozgrzewki, 24 km w tempie 5:26 min/km i schłodzenie) na trening z przyszłego tygodnia. Nafaszerowałam się proszkami przeciwbólowymi i pojechaliśmy z mężem do Lasu im. Jana III Sobieskiego (warszawski Wawer). Nie byłam tam od prawie dwóch lat, czyli od biegu na 15 i 20 km w Pucharze Maratonu Warszawskiego. Wybór okazał się trafny, bo w lesie było pusto i sucho. Miejscami nawet mocno piaszczyście. Kabaty mają lepszą nawierzchnię i mniej wchodzące w nogi górki, ale w niedzielne wczesne popołudnie przypominają korytarze centrum handlowego w okresie przedświątecznym. A w tamtym wawerskim lesie - cisza, spokój, od czasu do czasu pojedynczy spacerowicze albo biegacze, paru rowerzystów. Byłoby w ogóle cudownie, gdyby nie punkty zrzutu śmieci przywleczonych do lasu przez, jak zakładam, okoliczną ludność. Szczytem wszystkiego było poletko gnijących pomidorów przy wejściu do lasu:


Wracając do treningu, to wybrałam do zrobienia coś takiego: 2 km rozgrzewki, 15 minut po 5:00 min/km, 3 min przerwy, 15 minut po 5:00 min/km i 30 minut spokojnego biegu. Rozgrzewka była torturą, a potem: 4:52 min/km, 5:03 min/km, 5:03 min/km. 3 minuty przerwy (czytaj: ciężkiego dyszenia pod drzewem, a następnie wolnego marszu). Następnie: 4:56 min/km, 4:59 min/km, 4:59 min/km i wreszcie schłodzenie, czyli 30 minut marszo-truchtu. Robiliśmy dziś eksperyment, tzn. nie zabrałam Gacka i prowadził mąż. Tak samo zrobimy we wtorek przełożoną z dziś kobyłę. Chodzi o to, żebym w czasie maratonu nie histeryzowała, że biegniemy za wolno albo za szybko, tylko skupiła się na przebieraniu nogami. Będę miała stoper - ot tak, a prowadzenie zostawię mężowi.

Po treningu rozciągnęliśmy się i posiedzieliśmy w słońcu, zjadając kanapki, pijąc izotoniki i herbatę. Bardzo było przyjemnie, choć nadal czułam się jak własne zwłoki. Przyleciał motyl, cytrynek i usiadł na mojej fioletowej bluzie. Zaraz potem, na niebieskim bucie, usiadł wielki trzmiel. Mąż stwierdził, że owady szukają kolorów po zimie. Pewnie miał rację, bo cytrynek odleciał i usiadł na ściance toi-toia.

Pierwszy podbiał. Nie wiem, skąd wzięło się to "romantyczne" perłowe rozmycie.


Z ważnych wydarzeń w życiu rodzinnym: Gacek został zdiagnozowany w serwisie Garmina. W ciągu dwóch tygodni dostanę nowy pasek z pulsometrem, a w międzyczasie mam Gacusia zresetować, wgrać nowe oprogramowanie i dać znać, jeśli nadal będzie płatał figle. Jestem pod dużym wrażeniem cierpliwości i fachowości pana z infolinii.

Z miłych obserwacji życia w mieście (że to nie tylko śmieci w lesie i beztroscy właściciele psów) - dziś widziałam obok Filtrów panią, która wyprowadzała na spacer psa (na smyczy) i (uwaga, uwaga) sprzątała po nim. Może jest to widok zwyczajny dla mieszkanek takich zakątków Europy jak Finlandia, Szwecja lub Szwajcaria (pozdrawiam Was!), ale mnie aż zatkało ze zdumienia. Kolejna sprawa - wysyp rowerów! Aż serce rośnie :) Wczoraj zawiozłam swojego rumaka do serwisu na ul. Nowowiejską i panowie obiecali wyszykować go na jutro. Iiiihaaa!

Wszystkim życzę miłego nadchodzącego tygodnia. A startującym 10 kwietnia czy to w Dębnie, czy to w Paryżu, czy w innych maratonach - odpoczynku i relaksu.

8 komentarzy:

Unknown pisze...

Dzisiaj rano wyjątkowo biegałam po Lesie Kabackim i potwierdzam, rozlewiska od Moczydłowskiej niemałe, usiłowałam je ominąć ale i tak się skończyło wpakowaniem się w wodę po kostki.

Wiesz, że ja chyba jeszcze nigdy w Warszawie nie widziałam, żeby ktoś sprzątał po psie? Ale głęboko wierzę, że i ja kiedyś taki cud zobaczę! :-)

tete pisze...

Też jak słyszę " on nie gryzie, tylko chce się pobawić" a nie ma smyczy i kagańca i przypomina kuca to mnie ..... Mając kilka lat wilczurowaty zatopił mi kły w udzie i wyrwał kawałek wargi :( Kiedy jednej pani zwróciłem uwagę, że pies powinien być na smyczy usłyszałem "pan powinien być na smyczy on się musi wybiegać!" Można się załamać ? ;)

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, bo to jeszcze rzadki widok. Ale budujący :)
@Tete, niestety, wielu właścicielom psów wydaje się, że takie zapewnienie zastąpi pilnowanie psa.

drproctor pisze...

Świat jest pełen socjopatów:( Wśród nich są i ci, którzy nie uważają, aby ktokolwiek oprócz nich miał prawo do korzystania ze ścieżki parkowej na przykład... A to Polska właśnie...

Midi pisze...

U nas wcale nie jest tak różowo ze sprzątaniem po psach - no chyba, że porównywać z Polską, to jasne, ale pewnie z 30% ludzi nie sprząta, a psów jest jednak sporo. Co ciekawe, na wiosnę jakby więcej osób uznaje, że skoro ten śnieg taki pół-rozpuszczony i brudny, to można i g... na nim zostawić, w innych porach roku lepiej to wyglądało...

A co do tradycji fińskich wojskowych, to coś z niej przetrwało do dziś ;)

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, to i tak mniej kłopotliwe niż samochody zaparkowane na nielicznych ścieżkach rowerowych ;)
@Midi, 30% ludzi nie sprząta? Ciekawe, ile % ludzi w PL sprząta :( Dobrze, że ktokolwiek to robi i daje przykład, że od tego się nie umiera. Jeśli chodzi o fińskie spożycie - podejrzewałam właśnie, że pewne tradycje są z zapałem kultywowane ;)

Ava pisze...

To niezłe z historią piwa i zaleceniami lekarzy - czyżby dawni medycy uważali że człowiek jak komputer - musi się raz na jakiś czas zresetować żeby dobrze działać ;-)

Co do piesków, to ok. 15 lat temu w Norwegii będąc widziałam ludzi z torebkami przywiązanymi do smyczy. W okolicy gdzie mieszkałam wszyscy chowali psie kupy do torebek i to był normal. Ja byłam w szoku :)

A w kwestii biegania to cieszę się że lubisz Las Jana III Sobieskiego. Mam cichy plan zorganizować tam Polska Biega w tym roku ok. 14-15 maja. Ale zobaczymy. Zapraszam wszystkich wstępnie już dziś! :-)

Hankaskakanka pisze...

Ciekawa jestem tego cichego planu :)