środa, 6 kwietnia 2011

Siły natury kontra plan treningowy

Poniedziałek był dniem odpoczynku od wszelkiej aktywności ruchowej, co oznacza, że po pracy nie robiłam nic sportowego. Chyba, że jako zaliczkę na poczet aktywności sportowej uznać przyprowadzenie roweru z serwisu.

Za to na wtorkowe popołudnie został uknuty plan pt. "Jak zrobić niedzielny trening we wtorkowe popołudnie". W całym tym knuciu dokonałam błędnego zakrzywienia czasoprzestrzeni i nie wzięłam pod uwagę tego, że ciemno robi się przed 8, z pracy mogę wyjść po 5, a do lasu jeszcze trzeba dojechać. No to dojechaliśmy - trochę przed 6. Już raczej było wiadomo, że nie zdążymy przebiec 2 km rozgrzewki + 24 km w tempie 5:26 min/km "za widoku". W dodatku męża łapało przeziębienie, a mnie od popołudnia dokuczały różne brzuchowe dolegliwości. Bomba.

No nic - ruszyliśmy sobie powolnym truchtem (dochodzę do wniosku, że powolny trucht jest najbardziej męczącą jednostką treningową), mąż zadołował w krzakach bidon z izotonikiem i przystąpiliśmy do realizacji clue programu. Tak jak w niedzielę, prowadził mąż, tylko tym razem spełniał rolę hamulcowego, powtarzając co jakiś czas "Wolniej!". Mimo dziwnych chlupotów i bólu brzucha, mimo niewyspania i zmęczenia po dniu pracy, moje nogi leciały coraz szybciej i szybciej. To był jeden z tych treningów, przed którymi nastawiam się na najgorszą orkę na ugorze, a potem nagle coś się we mnie przestawia i mam ubaw po pachy. Niestety, po 14 km doszliśmy do wniosku, że robi się już naprawdę ciemno i zimno i że chyba pora wracać. Jeszcze 2 km w tempie, jeszcze jakieś 300 m schłodzenia i po zabawie. W sumie wyszło 18.3 km, w tym 16 km w średnim tempie 5:25 min/km. Szkoda, że tylko tyle bo zostałam z lekkim niedosytem treningowym, ale nie wiem, czy bieganie w lesie bez czołówki byłoby szczytem rozsądku.

Na dokładkę w domu okazało się, że mąż ma trochę gorączki. Rano już jej nie miał, za to, żeby zachować równowagę w przyrodzie, mnie nadal bolał brzuch, głowa, stawy i w ogóle czułam się raczej marnie. Rzecz jasna, wewnętrzny hipochondryk przepowiedział ponuro powrót grypy żołądkowej. Wyszłam wcześnie z pracy i pozwoliłam sobie na luksus, czyli prawie godzinę popołudniowej drzemki. Popracowałam trochę z domu, zrezygnowałam z zaplanowanych na dzisiejszy wieczór obwodów w pieczarkarni. No i chyba dobrze zrobiłam, bo czuję się już znacznie lepiej, u męża gorączki niet - mam nadzieję, że idzie ku dobremu!

Tylko szkoda, że słońce wczoraj zaszło przed 8 wieczorem ;-)

Brak komentarzy: