Poniedziałek był dniem odpoczynku od wszelkiej aktywności ruchowej, co oznacza, że po pracy nie robiłam nic sportowego. Chyba, że jako zaliczkę na poczet aktywności sportowej uznać przyprowadzenie roweru z serwisu.
Za to na wtorkowe popołudnie został uknuty plan pt. "Jak zrobić niedzielny trening we wtorkowe popołudnie". W całym tym knuciu dokonałam błędnego zakrzywienia czasoprzestrzeni i nie wzięłam pod uwagę tego, że ciemno robi się przed 8, z pracy mogę wyjść po 5, a do lasu jeszcze trzeba dojechać. No to dojechaliśmy - trochę przed 6. Już raczej było wiadomo, że nie zdążymy przebiec 2 km rozgrzewki + 24 km w tempie 5:26 min/km "za widoku". W dodatku męża łapało przeziębienie, a mnie od popołudnia dokuczały różne brzuchowe dolegliwości. Bomba.
No nic - ruszyliśmy sobie powolnym truchtem (dochodzę do wniosku, że powolny trucht jest najbardziej męczącą jednostką treningową), mąż zadołował w krzakach bidon z izotonikiem i przystąpiliśmy do realizacji clue programu. Tak jak w niedzielę, prowadził mąż, tylko tym razem spełniał rolę hamulcowego, powtarzając co jakiś czas "Wolniej!". Mimo dziwnych chlupotów i bólu brzucha, mimo niewyspania i zmęczenia po dniu pracy, moje nogi leciały coraz szybciej i szybciej. To był jeden z tych treningów, przed którymi nastawiam się na najgorszą orkę na ugorze, a potem nagle coś się we mnie przestawia i mam ubaw po pachy. Niestety, po 14 km doszliśmy do wniosku, że robi się już naprawdę ciemno i zimno i że chyba pora wracać. Jeszcze 2 km w tempie, jeszcze jakieś 300 m schłodzenia i po zabawie. W sumie wyszło 18.3 km, w tym 16 km w średnim tempie 5:25 min/km. Szkoda, że tylko tyle bo zostałam z lekkim niedosytem treningowym, ale nie wiem, czy bieganie w lesie bez czołówki byłoby szczytem rozsądku.
Na dokładkę w domu okazało się, że mąż ma trochę gorączki. Rano już jej nie miał, za to, żeby zachować równowagę w przyrodzie, mnie nadal bolał brzuch, głowa, stawy i w ogóle czułam się raczej marnie. Rzecz jasna, wewnętrzny hipochondryk przepowiedział ponuro powrót grypy żołądkowej. Wyszłam wcześnie z pracy i pozwoliłam sobie na luksus, czyli prawie godzinę popołudniowej drzemki. Popracowałam trochę z domu, zrezygnowałam z zaplanowanych na dzisiejszy wieczór obwodów w pieczarkarni. No i chyba dobrze zrobiłam, bo czuję się już znacznie lepiej, u męża gorączki niet - mam nadzieję, że idzie ku dobremu!
Tylko szkoda, że słońce wczoraj zaszło przed 8 wieczorem ;-)
środa, 6 kwietnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz