niedziela, 10 kwietnia 2011

17/1

...i zbliża się wielki finisz.

Oszczędzę może opisów ostatniego tygodnia oraz wytłumaczeń, dlaczego nie zrobiłam ćwiczeń obwodowych w pieczarkarni ani nie wyszłam na małe, 5-kilometrowe rozbieganie. Po prostu tydzień był do bani i już. Najważniejsze, że już się skończył i że dziś zrobiłam cały planowy trening.

Do Lasu Kabackiego dojechałam bardzo późno, bo po drugiej. Tak jakoś się zeszło rano: odespałam zarwane noce, zjedliśmy duże śniadanie, po którym trzeba było trochę odczekać (mistrzowska jajecznica!), śledziliśmy w internecie postępy kolegów startujących w Dębnie, itp.

W lesie pokicałam solo, bo męża nadal trochę męczy przeziębienie. Najpierw 30 minut wolno (pierwsze kilka nawet bardzo wolno, bo przeprawiałam się przez błoto na ścieżce wzdłuż torów) i wyszło 6:16 min/km, potem 20 min w tempie 4:54 min/km (miało być 5:00 min/km), znów 30 minut wolno, a nawet bardzo, bardzo, bardzo wolno (na początku spacerowałam odpowiadając na sms-y) - 6:56 min/km (niedzielny spacer!), a potem 20 min idealnie w zakładanym tempie, czyli 5:00 min/km.

Pogodę miałam raczej zabawną, bo po 15 minutach złapał mnie deszcz, który najpierw słyszałam za sobą, potem poczułam na sobie, a następnie zobaczyłam jak idzie gdzieś dalej. Niesamowite - jakby ktoś ustawił się nad lasem z dużą konewką. Potem wyszło oślepiająco jasne słońce i musiałam rozbierać się z bluzy, a przez ostatnie pół godziny walczyłam z bardzo silnym wiatrem. Wcześniej wiatr aż tak bardzo mi nie dokuczał - widziałam tylko jak szarpie korony drzew. Ale przez te ostatnie pół godziny czasem biegłam ile sił w nogach, a Gacek twardo pokazywał 5:10 min/km, bo akurat walczyłam z napierającym wiatrem. Plusem tej dziwnej pogody było to, że miałam las nieomal dla siebie. Spotkałam trochę biegaczy, kilku rowerzystów i pojedynczych spacerowiczów. Rewelacja! Zamieniłam parę słów z panem i panią, którzy biegli za rękę. Pan mnie zapytał, czy moja życiówka w maratonie to 2:40 na co się zdrowo obśmiałam i rozwiałam jego złudzenia, więc pan pochwalił się, że jego żona w półmaratonie warszawskim przybiegła na 1:58, a teraz trenują Gallowayem. Pogratulowałam i życzyłam miłego treningu, po czym ruszyłam ze swoją 20-minutówką. Zobaczyłam też pana, którego widuję w niedzielę regularnie. Pan, tak na oko, ma około 60 lat (może trochę mniej, może trochę więcej) jest bardzo okrąglutki i biega z takim przejęciem, takim zaangażowaniem i zawsze tak miło się uśmiecha mówiąc "hej", że patrzenie na niego jest naprawdę czystą radością. Zwłaszcza, jeśli na co dzień widuje się smutnych, skrzywionych ludzi w biurowej windzie.

A, a, a, byłabym zapomniała - w Lesie Kabackim kwitną zawilce. Błoto w okolicach Moczydłowskiej bez zmian, więc po powrocie do domu długo szorowałam buty. Ech - co tam!

Za tydzień będę odpoczywać po maratonie. Już nie mogę się doczekać na ten start! Nie wiem, jak pobiegnę, z jakim wynikiem skończę. W sumie przestałam się tym przejmować - pobiegnę jak najładniej będę mogła i tyle.

Miłego tygodnia!

7 komentarzy:

Aniaha pisze...

Przedostatni "slabszy" tydzien to nic takiego, harowalas przeciez ciezko cala zime.

Mam niesmiala nadzieje, ze nie zostawiasz nas az do maratonu - licze na co najmniej jeden wpis przed (wtedy napisze, ze trzymam kciuki)

Adam pisze...

Ścieżką przy torach biegałem ze 2 razy i zrezygnowałem. Nam wrażenie, że tam nawet w ciągu upalnego lata jest błoto ;)
Pogoda faktycznie płata figle. Jedną ze ścieżek biegłem w sobotę i niedzielę. W sobotę nic szczególnego tam nie widziałem, w niedzielę trasę przegradzało powalone drzewo. Aż strach myśleć, że taka wielki badyl może ni stąd ni zowąd zwalić się na głowę w czasie spokojnej przebieżki.
Ja również liczę jeszcze na jakiś przedmaratoński wpis.

Hankaskakanka pisze...

@Aniaha, obiecuję wpis przed wyjazdem :) Na miejscu mogę nie mieć wi-fi, a poza tym komputer zostawię w domu.
@Zinow, tak, ta ścieżka wzdłuż torów to taki malutki tor przeszkód ;) Niestety, w lesie, w ścieżkach dochodzących do Moczydłowskiej, nie jest lepiej. Ciekawe, kiedy to wszystko wsiąknie. Reszta lasu jest bardzo sucha.

Ava pisze...

Faktycznie z pogodą ostatnio ciężko dojść do ładu - niedziela: słońce, wiatr, grad, deszcz - trochę za dużo jak na jedną dobę :) Ale to już mam nadzieję takie ostatnie kaszlnięcia zimo-wiosny i przed nami ciepełko. A jakie prognozy na Annecy?

Hankaskakanka pisze...

Chyba trochę mnie wczoraj przewiało - gardło pobolewa :-/ Jeśli chodzi o Annecy, prognoza pokazuje codziennie coś innego. Zgodnie z dzisiejszą, w niedzielę ma być 18 stopni (odczuwalna 21) i słońce. Na szczęście startujemy o 8:30, więc może choć część trasy da się przebiec w znośnych warunkach. Sama już nie wiem, na co będzie mnie stać, więc staram się nie emocjonować w żadną stronę tym, czy będzie ciepło czy zimno ;) Wolałabym tylko, żeby nie padało, bo nie chce mi się moknąć przez tyle godzin :)))

tete pisze...

No to Haniu nadchodzi nasza chwila prawdy ;)w Krakowie też zapowiadają ciepło :( Ale startujemy godzinę po Tobie :) Więc będę musiał Cię gonić hi hi... w tym naszym korespondencyjnym biegu maratońskim ;) pozdrowaśki i powodzenia na trasie :)

oj jak bym chciał żeby padał deszczyk :)

Hankaskakanka pisze...

@Tete, maraton w deszczu jakoś mnie nie kusi - mokre buty, mokre ciuchy. Zobaczymy, co będzie z pogodą. Powodzenia :)