Staczam się. Zamiast święty wtorkowy wieczór spędzić na podnoszeniu ciężarów, wyciskaniu i rzeźbieniu, rozpłaszczyłam cztery litery w fotelu i podnosiłam tygodniowy bilans kaloryczny. A następnie poszłam nieprzyzwoicie wcześnie spać, tylko nie mogłam zasnąć i czytałam "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku". Niemożliwe stało się możliwe - to Masłowska w końcu mnie uśpiła około 1 w nocy.
Zapomniałam, że wcześniej, w ramach pokuty za wieczorne lenistwo, nastawiłam budzik na 5:40. Kiedy zadzwonił, stwierdziłam, że pokutę odbędę kiedy indziej. Wyrzuty sumienia wyrzuciły mnie z łóżka kilkanaście minut później. Nawet pogoda nie stała po mojej stronie - ani śladu deszczu, ani śladu śniegu, iglica Pałacu Kultury na tle rozjaśniającego się nieba, widocznego spomiędzy poprzerywanych chmur. Żadnych wymówek.
Było senne 7 km (średnie tempo 5:57 min/km), czyli tyle, ile było w planie na piątek, bo w tym tygodniu środa będzie w piątek, a piątek był w środę. Za to wtorek wypadł w końcu w czwartek i znów pokutowałam - tym razem a konto grzeszenia potreningowego. Wczoraj ludzkość ponoć obchodziła Światowy Dzień Pizzy. Jak już pewnie pisałam, pizza jest dla mnie owocem, yyyy, niewskazanym (pszenica + białko krowie), no ale... święto to święto, prawda?
Siłownia wyglądała tak: 1 km rozgrzewki, przysiady ze sztangą (0, 20, 40 kg), dwa rodzaje wykroków z ciężarkami, balansowanie na odwróconym bosu z błękitnym sześcianem między kolanami, ćwiczenia na biceps i triceps, maszyna do góry pleców, rzymska ławeczka, brzuchy i około 15 minut rozciągania.
W drodze do domu przeszliśmy przez okoliczną pizzerię, która (chlip, chlip) straciła już swój główny atut w postaci Sycylijczyka Massimo, który robił najlepszą pizzę na północ od Przełęczy Brenner. Niestety, polska zima nie przypadła mu do gustu i wrócił na Sycylię zanim rozkwitły na niej migdałowce. Bez Massimo to już nie to samo, ale co święto to święto. Wzięliśmy po średniej pizzy na wynos i, czule tuląc do siebie pudełka, pognaliśmy do domu. Wieczór zaliczam do udanych, a poza tym, znów wyszłam na zero w bilansie pokutniczym.
Jutro i w niedzielę będzie biegowa harówka.
PS. To urocze, że służby oczyszczania miasta pokładają ufność w siłach natury i nie sprzątnęły do tej pory złogów piachu, połamanych gałęzi i wymieszanych z nimi śmieci, zalegających w alejkach Ogrodu Saskiego. Przecież zima jeszcze może wrócić, wszystko przykryje śnieg, więc po kiego przez ledwie kilka dni ma być czysto?
czwartek, 10 lutego 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 komentarzy:
uwielbiam Cię czytać, Haniu
Aniu, szkoda, że tu nie ma ikonki z ludzikiem oblewającym się rumieńcem ;)
Yyyy, przegapiłam Dzień Pizzy! :(
Nieświadomi tego święta, poszliśmy wczoraj na steki...
A ta sztanga 0 kg to jest sztanga wyimaginowana czy co? :)
Midi, nie szkodzi - poświętujcie dzisiaj. Pizza jest pizza. Zjeść zawsze można :)
Sztanga 0 kg ma wyimaginowane obciążniki :D
Dzień pizzy? A ja głupi po treningu makaron jakiś zjadałem ;(
Jak tak czytam o twoich poczynaniach na siłowni, to aż mi głupio, ze u mnie trening siłowy, to głównie dobre chęci...
Jakbyście byli kiedyś w Zakopanym, jest obok takie miejsce jak Murzasihle. Już (najpóźniej) w połowie lat 90' ubiegłego stulecia osiadł tam pewien Włoch ożeniony z naszą góralką. Włoch prowadzi tam restaurację i robi (może robił, kilka lat tam nie byłem) pizze jakiej nigdzie indziej, poza Italią nie jadłem. Fakt, że mogą się na to nakładać wspomnienia, niemniej pizza jest rewelacyjna. Jak będziecie mieli okazję odwiedzić, gorąco polecam. Byle bez pośpiechu. Obsługa pracuje w tempie południowoeuropejskim.
No właśnie - ja też popieram małżeństwa polsko-włoskie osiedlające się w naszym kraju - podobny przypadek występuje w miejscowości Żarki koło Częstochowy, gdzie rodowity Włoch prowadzi pizzerię i też robi BOSKĄ pizzę!
@DrProctor, myślę, że pizza się nie obrazi, jeśli poświętujesz w inny dzień :)
@Zinow, dobrze wiedzieć!
@Ava, od razu przypomniał mi się kelner, który we Włoszech opowiedział nam historię swojego związku z pewną urodziwą Polką (oczywiście blondynką, oczywiście błękitnooką). Historia miała smutny koniec, gdyż nasza rodaczka zostawiła Włocha. Jednak, jak ten stwierdził, z jego winy ("Ma... la colpa era mia.") ;)
Prześlij komentarz