Paskudnie się zrobiło za oknem. Niech już albo te resztki śniegu całkiem spłyną, albo niech wróci prawdziwa zima. Teraz jest jedna wielka, przygnębiająca obrzydliwość. Podobno dzień robi się coraz dłuższy, ale trudno stwierdzić, ponieważ wielkiej różnicy między dniem i nocą nie widzę.
Trwa czwarty tydzień treningów z planem.
Wczoraj poszłam na siłownię po podwójną dawkę wzruszeń: bieg plus siła. Podobnie jak Zinow, przeklinam postanowienia noworoczne, ponieważ siłownia wyglądała jak pieczarkarnia: łepek przy łepku. Najpierw postanowiłam rozprawić się z bieżnią - w części klubu z urządzeniami cardio było jeszcze względnie luźno. Plan przewidywał 10 km w pierwszym zakresie, w tym dziesięć jednominutowych podbiegów (nachylenie 3-4 stopnie) z jednominutowymi przerwami. Przedreptałam 4 km w tempie 6:15 min/km, w tym samym tempie zrobiłam pięć minutowych podbiegów przy nachyleniu 3 i pięć przy nachyleniu 4. Przerwy też w tym samym tempie. Na ostatnie 2 km zwolniłam do 6:30 min/km, bo było mi straszliwie gorąco i tętno wyszło poza pierwszy zakres. Co ciekawe, kiedy na kilkaset metrów przed końcem, z wentylatora, który miałam nad głową, poleciało zimne powietrze, tętno natychmiast spadło o kilka uderzeń i mogłam nieznacznie przyspieszyć. Jak zwykle miałam niewielką przyjemność z tej dreptaniny w hałasie i duchocie, ale udało mi się precyzyjnie wykonać trening oraz obejrzeć wiadomości ze świata (choć nie wiem, czy to taka rekompensata: rocznica trzęsienia ziemi w Haiti, powódź w Brisbane, itp.) oraz kawałek relacji ze slalomu kobiet. Zawsze to miło popatrzeć na ładną jazdę na nartach. Nawiasem mówiąc, dzisiaj dowiedziałam się, że podbiegi robiłam za wolno i następnym razem, o ile nie dostanę innych wskazówek, mam utrzymywać tempo poniżej 6 min/km.
Z bieżni zeszłam ugotowana z gorąca, choć zdecydowanie za mało zmęczona, zatem, zerkając na zegarek, ruszyłam w stronę maszyn do wyciskania. Czasu wystarczyło mi na pół godziny ćwiczeń (dwa rodzaje wioseł na różne partie pleców, maszyna do wzmacniania pupy, wykroki z ciężarkami, a na koniec brzuch), 15 minut rozciągania i szybki prysznic. Po powrocie do domu nadal dokuczał mi niedosyt zmęczeniowy, tzn. czułam, że mogłabym jeszcze trochę poszaleć. Nie wiem, skąd we mnie te zapasy energii. Może przełożą się w końcu na lepsze bieganie?
W środę poszłam na trening klubowy. Pobiegłam tylko 8.3 km w pierwszym zakresie, bo planowo miał być bieg "regeneracyjny" 5-7 km. Udeptywaliśmy dziś śmieszną trasę mostów i stadionów, tzn. ruszyliśmy spod stadionu Legii, przebiegliśmy pod mostem Łazienkowskim i Poniatowskiego, wbiegliśmy na most Świętokrzyski, obejrzeliśmy budowę Stadionu Narodowego i wróciliśmy Łazienkowskim do Torwaru, przy którym większość towarzystwa pobiegła dalej, a ja potruchtałam do samochodu i wróciłam do domu. Rozciągnęłam się, zjadłam kolację, a teraz jeszcze ładuję witaminy w postaci surówki z cykorii (polecam, bo teraz sezon na to fajne warzywo!).
Dostałam kolejną część planu treningowego z wielkim przykazaniem na wstępie: WIĘCEJ JEŚĆ. Omatko... Jeszcze więcej?
Dobrą stroną przerw od biegania, które zaliczyłam po Biegu Niepodległości, jest to, że cały czas mam wielki apetyt na treningi i na wysiłek. Może wolałabym, żeby pogoda była ładniejsza, chodniki suchsze, itepe, ale naprawdę niewiele jest mnie w stanie odwieść od wyjścia na trening. Mogłabym biegać codziennie, nawet dwa razy dziennie.
Byle dalej, byle do wiosny.
środa, 12 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
9 komentarzy:
Tak zimę mamy do bani, ale w sumie to nie wiem czy się ucieszę jak wrócą śniegi i mrozy - człowiek się szybko odzwyczaja :-)
Super że masz powera- może to własnie zasługa przerwy, za którą organizm ci podziękował i pokazał na co go stać!
PS. Chciałabym tyle ważyć (no może trochę więcej bo wyższa jestem) - fruwałabym wtedy na ścianie wspinaczkowej ;-)
No niby temperatura powyżej 0 jest przyjemniejsza podczas szybszych treningów, gdy oddycha się głównie paszczą. Niemniej jednak, łatwiej mi biegać po zmrożonym śniegu niż po mokrym lodzie :(
Jeśli chodzi o wagę, wolałabym mieć 3-4 kg więcej, ale żeby to były mięśnie, a nie sadło ;)
Taaa, na koniec siłowni to ja też miewam 'powera', najczęściej wyciąga mnie stamtąd burczenie w brzuchu, za to pół godzinki po dotarciu do domu jestem w fazie "dlaczego ten widelec jest taki ciężki" i "może kiedy indziej posprzątam, zzzz" ;)
A mi umknęła informacja, ile Hanka waży :(
Jak biegałam we wtorek odcinek Wału Miedzyszyńskiego od Mostu Poniatowskiego do Łazienkowskiego praktycznie przeszłam. Podłoże było tak oblodzone, że biec nie byłam w stanie. Od tej pory biegam tylko na siłowni. Też bym wolała albo zimę, albo wiosnę, a nie to nie wiadomo co :-)
@Midi, chyba się nie chwaliłam, bo nie ma czym. Jakoś +/- 50 kg, a mam 168 cm wzrostu. Trochę ubogo.
@Emilia, wczoraj zwiedziłam obydwa brzegi Wisły - i po prawej i po lewej jednakowa kaszana :( Nic to - byle do wiosny!
Podziwiam Cię Hanko:) podbiegi na bieżni brrrr ;) nie za bardzo lubię bieganie na stadionie w kółko jak chomik:) ale bieżni mechanicznej nie cierpię ;)pozdrowionka. Fakt krajobraz paskudny szaro-buro, ale "już bliżej jak dalej" i o szesnastej jest już widno:)
No, bieżnia nie jest moją najlepszą przyjaciółką ;) Ciekawa jestem czy w weekend poradzę sobie w lesie bez łyżew :))
Pogoda zdecydowanie nie dla biegaczy...
Ja osobiście wciąż mam opory przed ogólnodostępną siłownią i dlatego, póki co, podnoszenie ciężarów oznacza podnoszenie samego siebie.
Wcale Ci się nie dziwię - sama chodzę na siłownię wyłącznie z rozsądku. Tzn. po ćwiczeniach czuję się dobrze, bo zrobiłam dla siebie coś pożytecznego. Jednak sporty w plenerze są nieporównywalnie przyjemniejsze :)
Prześlij komentarz