Zamykam czwarty tydzień treningów z planem. Do maratonu zostało 13 tygodni.
Jednak bardzo, bardzo ładnie proszę instancję odpowiedzialną za zarządzanie pogodą, żeby przysłała do Warszawy słońce. Obiecywałam sobie, że nie będę narzekać na pogodę, bo biegać można w każdych warunkach i bla bla bla. I nawet zauważyłam, że o 4 po południu jeszcze nie jest całkiem ciemno. To wszystko nie zmienia faktu, że mam dosyć szarej zgnilizny zza okna.
No nic to. Przejdźmy do konkretów, czyli do treningów.
Czwartek i piątek były intensywne w sensie niesportowym. Nawet zaplanowałam piątkowy trening na 5 rano, bo miałam biegać pięć pięciominutówek z pięciominutowymi przerwami, więc wyszedłby ładny komplet cyfrowy. No ale w czwartek poszłam za późno spać, a trening wieczorny nie wchodził w rachubę ze względu na rodzinne ukulturalnianie i inne rozrywki i w końcu zostawiłam treningi na weekend.
W sobotę lało. Kiedy wreszcie przestało lać, zerwał się nieprzyjemny wiatr. Co robić? Zapakowaliśmy torby i poszliśmy na siłownię.
Witaj bieżnio. Znów gorąc i duchota, ale na pociechę relacja z pucharu świata w narciarstwie alpejskim, prosto ze szwajcarskiego Wengen. Wygrał Austriak (Kroell), Polak był... 48, a Niemiec uderzył na zakręcie w barierkę (bardzo paskudny upadek!) i został odtransportowany do szpitala. Komentatorzy narzekali na rosnącą temperaturę i mięknący śnieg, a ja przebierałam odnóżami na elektrycznej taśmie wpatrując się w alpejskie widoki i wzdychając w duchu "ale bym sobie pojeździła!". Nawiasem mówiąc, biegałam koło lustra i zobaczyłam, dlaczego tyle znających się na rzeczy osób uważa, że bieganie na bieżni psuje technikę biegu. Moje bieganie nigdy nie było piękne technicznie, choć nie garbię się i podobno mam prawidłową pracę ramion (zdiagnozowane na obozie biegowym), za to z nogami wyrabiam przedziwne rzeczy - choćby słynne wywijanie stopy, nad którym nieustająco pracuję. Na bieżni jest jeszcze gorzej - wystawianie tzw. nogi wykrocznej daleko przed siebie, bieganie na ugiętych nogach, itp. No trudno. Bieżnia to przecież rozwiązanie awaryjne.
Po kilkuminutowej rozgrzewce w truchcie, pierwszą pięciominutówkę zrobiłam wolno i ostrożnie. Od razu przyznam się, że poprzedniego wieczora, po rodzinnym ukulturalnianiu, oblewaliśmy sukces mojego brata, więc w sobotę byłam nieco zmęczona. Tak więc tę pierwszą pięciominutówkę przebiegłam w tempie 5 min/km. W ogóle nie poczułam, że to było jakiekolwiek przyspieszenie, tętno skoczyło raptem do 165, a potem spadło do 160 - no to nie jest górny drugi zakres. Następne odcinki biegałam w tempie narastającym: druga 4:54 min/km, trzecia 4:51 min/km, czwarta 4:48 min/km, piąta 4:45 min/km. Gacek zatęsknił za Szwajcarią i od drugiej przerwy pokazywał tętno powyżej 200 (najczęściej powyżej 220), więc go wyłączyłam i biegałam na wyczucie. Jeśli miałabym się nim kierować, optymalnym tempem było 4:48 min/km. Przy 4:45 min/km poczułam, że to już ciut za dużo, lecz skoro była to ostatnia pięciominutówka, nie zwalniałam. Odpoczęłam w trakcie rozciągania.
W niedzielę wreszcie się wyspałam. Fantastyczne uczucie. Wyszliśmy na trening skandalicznie późno. Zgodnie z planem, powinnam przebiec 17-18 km z "wkładką" - 2 x 12 minut w tempie 5:06, z przerwą 2 minuty. No to przyjechaliśmy z mężem do lasu, a tu idzie dwoje biegaczy i z nieszczęśliwymi minami mówi nam "Uważajcie, bo jest żywy lód". Phi - żywy lód. Twardziele w trailowych butach przyjechały i zaraz pokażą wszystkim, jak się biega zimą.
Echeś.
Zaczęło się za szlabanem. Próbowałam biec po poboczu, ale było za wąskie, więc dreptałam na palcach po lodzie, modląc się, żeby tylko nie stracić równowagi. Potem znów pobocze i, wszystko pięknie, dopóki nie trafiliśmy na strumień płynący w poprzek ścieżki. Mąż próbował przeskoczyć przez niego jakoś bokiem, ale skończyło się na tym, że dostał pierwszą porcję wody do butów. Pomógł mi przejść po gałęzi i jakoś potupaliśmy dalej. Cała trasa wyglądała mniej-więcej tak samo - lód, trochę rozmiękłego śniegu, który miał tę zaletę, że dało się po nim biec, albo błoto na poboczu. Przed końcem pętli czekały nas jeszcze dwa strumyki i w obydwu nabraliśmy wody w buty. Wybiegliśmy z lasu i zrobiliśmy jeszcze kilka kilometrów po Kabatach i Natolinie (mogą się bić o złotą patelnię ze Śródmieściem, jeśli chodzi o stopień zasrania chodników). W sumie wyszło 15 km w byle jakim tempie, ale za to - przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda. Co ciekawe, w połowie treningu poczułam zmęczenie w mięśniach naramiennych i skośnych brzucha. Nogi sobie radziły znacznie lepiej.
W samochodzie zjedliśmy kanapki i mandarynki, przebraliśmy się w suche rzeczy i wróciliśmy do domu. Tym razem rozciągałam się prawie pół godziny. Od stóp do głów.
W ostatnim tygodniu przebiegłam trochę ponad 42 km, czyli maraton na raty. Biegnę dalej.
niedziela, 16 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
12 komentarzy:
No to ładnie pobiegałaś. Kiedyś chodziłam na "pieczarkarnię" ;-)i biegałam regularnie na bieżni ale teraz jakoś nie mogę - wolę nawet błoto i zimno niż trening w hali. Chociaż trzeba przyznać że fotka Kabat lekko przeraża. Szacun że się nie wycofaliście z tego lodo-błota, ale jak ahoj przygodo to ahoj!
O mamuniu, ale błoto! Dzielna jesteś, bo mi w taką pogodę w ogóle nie chce się wyściubiać nosa z domu :(
Widok Kabat zwala z nóg. W ogóle sobie nie wyobrażam, jak można po tym biegać (/ chodzić / jeździć / jakkolwiek się poruszać)...
@Ava, błoto i zimno są ok, ale lód - nie bardzo :(
@Quinoamatorka, rozumiem Cię, bo, mimo całego apetytu na bieganie, wczoraj tęsknie spoglądałam w stronę kanapy i poduszki, kiedy sznurowałam buty przed wyjściem ;)
@Midi, w życiu czegoś takiego nie widziałam! Te ludziki majaczące na końcu alejki to ludzie z kijami do nordic walkingu. Macali bród ;)
Ładne tempa tych kilometrówek.
A to, że zdecydowaliście się biegać w niedzielę w lesie Kabackim jest dla mnie niesamowite. Moim zdaniem warunki były arcy-niebiegowe.
Podziwiam Haniu i gratuluję. Z tego co jestem w stanie wygrzebać z głębokiej pamięci, w taka pogodę nie chce się żyć, a co dopiero biegać.
@Zinow, były, były. Zresztą od autorki programu treningowego dostałam bęcki za brak rozwagi ;)
@Aniaha, z drugiej strony, bieganie daje mi chęć do życia więc... :)
PS. Dziś rano przez jakieś 1.5-2 godziny świeciło słońce. Teraz znów zrobiło się szaro, ciemno. Ech... Przyniosłam sobie chociaż dobry obiad z domu. Na pociechę.
Ja wciąż się boje wybrać do lasu, nie wiedząc co mnie tam czeka. Nawet długie wybieganie robiłem na niespełna kilometrowej pętli w pobliskim skwerku - kręćka można dostać, ale co robić...
@DrProctor, no i wygląda na to, że dobrze zrobiłeś.
Spojrzałam właśnie do planu - w niedzielę mam cross. Yyy, no tak. Albo kilkanaście kilometrów na bieżni z odpowiednim programem (mamooooo, ja nieeee chcęęęęę!!!) albo blady świt i udawanie, że Agrykola, Karowa i Oboźna to co najmniej Sudety, albo ryzyk-fizyk i wycieczka terenowa. Ech...
no no Haniu życiówka padnie to pewne :)pozdrawiam serdecznie :) powodzenia :)
@Tete, oj, zobaczymy :) Pozdrawiam!
Prześlij komentarz