Zacznę optymistycznie: chora jestem. I to tak naprawdę, na co mam urzędowy papier zwany L4. Na szczęście nie dojechałam jeszcze do czarnej dziury, tzn. nie dostałam antybiotyku.
Mijający tydzień w ogóle obfitował w nieprzewidziane zdarzenia, więc, zanim się rozłożyłam, zdążyłam tylko raz pójść na siłownię i raz do cudotwórcy. Pewnie nie chwaliłam się, że weekendowe bieganie skończyło się tym, że mnie zgięło w pół? No. Niby biega się nogami, a tu od balansowania w śniegu pokręciło mnie w górnym odcinku kręgosłupa, głównie w szyjnym. I to tak, że nie mogłam spać. Jestem potrójnie zmobilizowana do ćwiczeń na brzuch, klatkę i obręcz barkową.
Na siłowni było jak zwykle fajnie: wykroki, przysiady, wygibasy ze sztangą i ciężarkami. Dobrze, że chociaż tyle, bo na razie znów mam nie biegać przez kilka dni i z siłownią wstrzymać się przynajmniej do przyszłego czwartku. Błagalnie patrząc w oczy pana doktora, zapytałam, czy mogę chociaż poćwiczyć w domu. Ciężko westchnął, poprawił okulary i powiedział z rezygnacją "Jak pani musi...". Wzięłam to za dobrą monetę.
Moje życie treningowe leży i kwiczy, natchnienie mnie pcha, zatem poruszę inny ulubiony temat: jedzenie. Bo o spaniu już chyba było?
Nie wiem, jak Wy, ale, niezależnie od samopoczucia, jestem ostatnio ciągle głodna. Co to będzie, kiedy wrócę do regularnego rytmu treningowego?
O ile latem mogłam usprawiedliwiać swój apetyt przygotowaniami do maratonu, tak teraz wszystko zwalam na zimę i ciemności. No bo tak: wstaję rano, idę do kuchni, podnoszę rolety, a tam ciemno. Do śniadania zapalamy lampę nad stołem, ponieważ istnieje ryzyko nietrafienia łyżką do talerza z poranną breją (opis poniżej) albo przewrócenia kubka z kawą w trakcie wymacywania słoika z miodem. Ale, jak już się tę poranną breję zje (płatki jaglane lub płatki z quinoa + płatki kukurydziane + tarte jabłko lub plasterki kiwi i podgrzane mleko ryżowe), wypije kawę, dołoży jeszcze grzankę z żytniego chleba na zakwasie z kozim twarogiem i miodem (ostatnio naszym domowym hitem jest biały miód mniszkowy - wygląda jak smalec, a smakuje niebiańsko!), te ciemności za oknem nie wydają się już tak przygnębiające. Można nawet zaryzykować wyjście z domu. Chyba, że wychodzić się nie musi, bo - patrz akapit pierwszy.
Kiedyś nie jadłam śniadań. To było dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami. Wyprowadziłam się z domu, rozpoczęłam życie na własny rachunek i, w ramach podkreślania swojej dorosłości i niezależności, śniadanie załatwiałam filiżanką kawy. Przez pewien czas, na szczęście bardzo krótki, filiżance kawy towarzyszył... papieros. Tak, tak. Szalało się. Do prawdziwych śniadań wróciłam dzięki mężowi, który, zamieszkawszy ze mną, wpadł w smutną zadumę na widok zawartości kuchennych szafek (kawa, herbata, pusto, pusto, apteczka, pusto) i lodówki (sok, piwo, coś-co-powinno-znaleźć-się-w-koszu, mleko, pusto, pusto, pusto).
Teraz nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez śniadania. Nie wyobrażam sobie porannego treningu bez jakiejkolwiek przekąski. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że śniadanie to mój najulubieńszy posiłek.
Co najczęściej jem rano? O brei już pisałam. O grzance z kozim twarogiem i miodem też. Poza tym: żytni chleb, wafle ryżowe albo kukurydziane, kozie sery, rzodkiewki, pomidory, szczypiorek, ogórki (wyjątkowo zwykłe, nie kiszone), jajka - na miękko, na twardo, jajecznica, konfitury albo powidła. Niestety, nie wszystko na raz.
Zimą, kilka razy w tygodniu, mąż wyciąga wyciskarkę do cytrusów i pracowicie wyciska sok z grejpfrutów i pomarańczy. Zanim okazało się, że mnie i białku mleka krowiego niezbyt jest po drodze, często robiliśmy koktajle na kefirze lub maślance. Do blendera wrzuca się jakiekolwiek owoce (np. truskawki, maliny - świeże lub z mrożonki, po uprzednim rozmrożeniu - i jednego banana), garść płatków, np. owsianych albo orkiszowych, i miksuje się wszystko razem. Teraz chyba poeksperymentuję z koktajlami na mleku ryżowym lub sojowym. Będą rzadsze, bo konsystencja inna, ale mogą być całkiem dobre. Zamiast płatków owsianych wrzucę jaglane, może trochę prażonego sezamu? Sprawdzę, czy jest to pijalne i napiszę. To będzie wersja dla wegan i alergików ;-)
Kiedy na przygotowanie śniadania jest trochę więcej czasu, pozwalamy sobie na rozpustę, tzn. na omlet biszkoptowy. W wersji klasycznej robi się go tak (proporcje na 2 osoby): bierzemy 3 jajka, oddzielamy żółtka od białek. Żółtka ucieramy (lub miksujemy) z 2 łyżkami jogurtu naturalnego lub kefiru, 2-3 łyżkami mąki pszennej i szczyptą cukru waniliowego. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Do piany z białek dodajemy utarte żółtka i delikatnie mieszamy. Na patelni topimy trochę masła (mniej-więcej łyżeczkę do herbaty) i wylewamy masę. Przykrywamy. Smażymy na małym ogniu przez około 15 minut i przekładamy na drugą stronę. Smażymy jeszcze kilka minut bez przykrycia. Omlet można jeść z czym kto chce. My najbardziej lubimy z domowymi konfiturami lub powidłami (to jest ulubiona wersja męża) albo z syropem klonowym (to ja). Wersja bez-krowia i bez-pszeniczna - zastępujemy jogurt krowi jogurtem kozim, a mąkę pszenną - mąką z amarantusa (3 czubate łyżki). Omlet nie będzie tak puszysty jak w wersji z mąką pszenną, ale nie straci na smaku. Będzie po prostu inny.
Przepis został opracowany, metodą prób i błędów oraz wspomnień z dzieciństwa, przez mojego męża. Trzeba przyznać, że nigdy nie udało mi się zrobić tak puszystego i dobrego omletu, jaki wychodzi spod jego ręki!
Rozpusta wyjątkowa to naleśniki na słodko, ale te trafiają się tylko wtedy, kiedy poprzedniego dnia zrobiłam zbyt dużo naleśników w stosunku do farszu. Czyli bardzo rzadko. Na tyle rzadko, że jeden przypadek uwieczniłam fotograficznie.
No i jak tu nie lubić śniadań?
A jak wygląda Wasz poranny jadłospis?
piątek, 10 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
17 komentarzy:
Haniu, wracaj do zdrowia! Dobre śniadanie na pewno Ci w tym pomoże :)Zdaje się, że właśnie zamieściłaś na swoim blogu pierwszy przepis :) Na śniadanie bardzo lubię jeść kaszę jaglaną z suszonymi owocami i cynamonem, a w weekend placki lub pankejki z melasą lub masłem orzechowym. Do śniadania składającego się z kawy z mlekiem i papierosa mam bardzo duży sentyment :)
Och Haniu, tyle stycznych miedzy nami...
Sniadanie to dla mnie najwazniejszy posilek, a na ten posilek rowniez breja, glownie na bazie platkow owsianych (chyba, ze mam dostawe w polski zytnich), owocow, blonnika lnianego, zarodkow i otrebow (bardzo pomagalo po naswietlaniach, no i ogolnie bdb dla jelitek). A kiedys podobnie jak u Ciebie, i podobnie sie tego wstydze, dominowala kawa z papierosem (fuuuuj). Ale to bylo baaaaardzo dawno temu
Aham a ten miod mniszkowy potwierdzam, wspanialy jest. Delikatny, nie drapie w gardlo jak wiele innych, a konsystencje ma taka,,, mleczna prawie, aksamitna.
Po takim wpisie, czytanym w sobotę rano, trudno nie udać się na kolejne śniadanie :)
Jak Cię coś wzięło, to lepiej odpuść ćwiczenia wszelkie na 3-4 dni, bo tylko opóźnią relonwalescencję.
Jeść się chce , bo zima i bo węglowodany, więc nie ma coś się dziwić. Ale organizm przeważnie wie, ile to jest dużo, ale nie za dużo :)
Ja chyba nigdy w życiu nie wyszłam z domu bez śniadania (nawet w czasach towarzyszącego mu papierosa...), a nieliczne badania krwi zawsze były wielkim stresem - bo jak tu wyjść na czczo.
Przed treningami ciemno-porannymi w Wwie wciągałam porcję wheya, banana i mały jogurt, żeby było szybko. Tutaj w dni siłowniowe jest hand made muesli z mlekiem i fura warzyw i owoców. W dni obijania się jajecznica z 3 białek i 2 żółtek, fura warzyw i owoców.
Oj, chyba zrobił się comingoutowy wątek byłych palaczek? ;)
@Quinoamatorka, tę kaszę chętnie skopiuję. Jeśli nie śniadaniowo, to może na podwieczorek. Gdzie kupujesz melasę?
@Aniaha, miód mniszkowy schodzi u nas w tempie 1/2 słoika na tydzień ;) Bardzo mi się podoba Twoja "breja" śniadaniowa.
@Zinow, o, kolejne śniadanie to jest bardzo dobry pomys.
@Midi, wiesz, w sumie nawet mi się nie chce ćwiczyć. W nocy strasznie bolało mnie gardło, mam stan podgorączkowy - jakoś najlepiej mi na kanapie pod kocem ;) Co to jest "whey"?
PS. Ale śnieżyca za oknem!!
O rany, po tym wpisie muszę porzucić internet i zabrać się za drugie śniadanie (na pierwsze była kawa) :)
Polu, drugie śniadanie to też dobra rzecz i można poszaleć :)
Ja na początku biegania wychodziłam na nie tylko rano i tylko na czczo. Bardzo się potem dziwiłam że docieram do chaty półżywa :-) Po zwiększeniu kilometrażu i doświadczeń nie wychodzę biegać bez jedzenia, tzn. chociażby mini przekąski rano.
Podobnie też zaczynam dzień - serek wiejski lekki albo nielekki + płatki różne (+ czasem owoc). Latte do tego w dużym kubku i mozna żyć :-)
Omletów jakoś nie lubię, ale w każdej innej postaci jajka uwielbiam.
ps. No po tym twoim poście to faktycznie pościć się nie da :-)
ps2. Zdrówka Hanka! Dołącz do jadłospisu czosnek!
Niniejszym dokonuję coming outu dołączam do grona byłych palaczek :-)
Moim absolutnym śniadaniowym numerem jeden jest masło orzechowe, ale ten ser kozi brzmi bardzo zachęcająco...
@Ava, na początku również wyszłam na trening o pustym żołądku, bo bałam się, że dostanę kolki. Po 2-3 km widziałam różowe motylki ;) Czosnek, imbir, cytryny i miód to teraz moi najlepsi przyjaciele.
@Emilia, czasem mam straszną ochotę na masło orzechowe, ale na co dzień przegrywa z miodem ;)
No to jest już 5 byłych palaczek :)
No dobra, ja też kiedyś dawno temu paliłam :-) Ale zaczynałam po śniadaniu. Obecnie fajki tak mi śmierdzą że nie rozumiem, jak mogłam to robić.
@Ava, mam tak samo!
No to jest nas 6 :)
7, jeśli pozwolicie na równouprawnienie i dorzucicie do kolekcji byłego palacza ;)
No pewnie! Pełne równouprawnienie w klubie nawróconych grzeszników :)
PS. Nie wiem, czy to przeziębienie kiedyś się ze mną rozstanie. Już mam dosyć.
Haniu, melasę jeszcze do niedawna kupowałam za rozsądną cenę w Bomi, ale od jakiegoś czasu nie ma. Pozostaje więc melasa w Kuchniach Świata lub melasa bio ze sklepów ze zdrową żywnością.
Zgubiłam wątek :) ale uprzejmie donoszę - whey to serwatka, a konkretnie mam myśli izolaty i koncentraty w proszku, czyli po prostu szybkowchłanialne białka.
@Quinomatorka, dziękuję! Nigdy nie jadłam melasy.
@Midi, również dziękuję. No, wątek trochę zboczył z toru :)
Prześlij komentarz