niedziela, 7 marca 2010

Remont, remanent i Narnia

Cóż to był za tydzień...


Po wiązowskich bojach z drętwiejącą nogą, postanowiłam nie ryzykować i wreszcie oddać się do remontu. Zadzwoniłam do fizykoterapeuty, ustaliliśmy termin wizyty - pozostało czekać. Nie bezczynnie.  


We wtorek poszłam na siłownię - godzina ćwiczeń ogólnorozwojowych i prawie 12 km w pierwszym zakresie. Ćwiczenia były bardzo fajne (szczególnie przysiady z podnoszeniem piłki lekarskiej), ale 12 km na bieżni wykończyło mnie doszczętnie. Sama nie wiem, czy to kwestia zmęczenia ogólnego, duchoty, gorąca, czy nudy, ale było mi słabo, niedobrze i w ogóle - mało rozrywkowo. W domu przeprowadziłam akcję self-rescue przy pomocy chleba z miodem i orzeszków w czekoladzie. Przez parę dni nie mogłam patrzeć na słodycze. 


O środzie może lepiej nie pisać - zbyt wczesna pobudka, zbyt późny powrót do domu, a więc środowy trening został przesunięty na czwartek. 


Skoro już tak się stało, w czwartek wstaliśmy o świcie i zrobiliśmy jedenastokilometrową pętlę po mieście, z dwoma trzykilometrówkami w drugim zakresie. Nawiasem mówiąc, ulica Koszykowa powinna zmienić nazwę na Wychodkową, a Piękna na Odrażającą, bo obydwie biją rekordy w ilości psich gówien na metr kwadratowy chodnika. 


Wieczorem poszłam do fizykoterapeuty, od którego dowiedziałam się, m.in., że nie powinnam nosić wkładek do butów do biegania, ponieważ wcale nie mam płaskostopia, tylko spięte cośtam, zablokowane cośtam, zamknięte cośtam i czeka nas dużo pracy. Nie wolno mi robić ćwiczeń na brzuch z unoszeniem nóg, ale biegać mogę. Dostałam rozpiskę zaleceń odnośnie ćwiczeń, rozciągania i umówiłam się na kolejną wizytę.


W piątek, po czwartkowej tzw. terapii manualnej, czułam się nieco obolała. W ramach wątpliwego relaksu pojechałam w podróż służbową. Uroczy dzień - spóźniony pociąg, odwołane jedno ze spotkań, korki w drodze na dworzec, frytki w restauracji innej niż wszystkie (jedyna opcja na szybki, w miarę bezpieczny i bezmięsny posiłek), oglądanie zimy przez brudne okno i, wreszcie, dom, a w nim miska makaronu z czosnkiem, peperoncino i bundzem. Ponieważ: wróciłam późno, bolały mnie najbardziej wymęczone w czwartek miejsca, byłam straszliwie głodna - zapadła decyzja o przełożeniu treningu piątkowego na sobotni poranek. 


W sobotę obudziłam się podejrzanie wyspana. Rzut oka na zegarek pozwolił stwierdzić, że budzik wystawił mnie do wiatru i że za nic w świecie nie zdążę zrobić 12 km w pierwszym zakresie przed swoimi porannymi zajęciami dokształcającymi. Mój wewnętrzny control freak wpadł w panikę "aaaa... stracony trening!! aaaa...", ale jego sąsiad - wewnętrzny sybaryta - spacyfikował go zadowoleniem z porządnie przespanej nocy. A trening został przełożony na popołudnie, kiedy to zrobiliśmy jedenastokilometrową pętlę w tempie spacerowym. Wiał nieprzyjemny wiatr, od czasu do czasu popadywały pojedyncze płatki śniegu, znów trzeba było robić slalom wśrod kup, ale wróciłam z mile przewietrzoną głową, zrelaksowana i zadowolona z życia. Wreszcie.


Dziś niedziela, czyli dzień kabacki. Wbiegliśmy do lasu od strony Moczydłowskiej i oniemiałam na widok nawierzchni - żywy lód, a miałam do zrobienia m.in. 6 km w drugim zakresie. Jak tu przyspieszać, gdy trzeba uważać, żeby nie fiknąć? Mąż miał pomysł, żeby wybiec z lasu i zrobić okrążenie po Ursynowie, ale, nie po to tarabaniliśmy się na wycieczkę do lasu, żeby biegać po osiedlu. A poza tym, bieganie po lodzie pozwala ćwiczyć stabilizację. Nagrodą za wytrwałość okazał się widok polany od strony Powsina - prawie bez śniegu - i kawałek po suchym asfalcie, a następnie po błocku i wyschniętej trawie, w pełnym słońcu. Wiosenny krajobraz skończył się z chwilą, gdy dobiegliśmy z powrotem do lasu. Stwierdziliśmy, że wbiegamy do Narni - białe, oblodzone ścieżki, śnieg, śnieg, śnieg. Brakowało tylko latarni :) Okazało się jednak, że wiosna dociera powoli i do lasu. Po pierwsze, obfotografowana przez nas 2 tygodnie temu rodzina bałwanów zamieniła się w nieforemne placki śniegu, a, po drugie, w najbardziej nasłonecznionych miejscach z ziemi wychodzą listki paproci. Może zima wreszcie się skończy? 


Wracając do sprawozdania treningowego: wyszło ponad 13 km, w tym słynne 6 km w drugim zakresie. Obyło się bez wykręcania kostek i obijania pupy o lód. Fajnie było :) 


Przy okazji, warto odnotować, że dziś minął półmetek przygotowań do maratonu. 








2 komentarze:

Mich pisze...

Wewnętrzny control freak, dobre:)
Trzymam kciuki za drugą połowę przygotowań i... spięte cośtam, zamknięte cośta...

Hankaskakanka pisze...

Dzięki :) Mam nadzieję, że przez 8 tygodni zdołam się wyremontować.