Nie da się zaprzeczyć - wiosna przyszła. Wczesnym popołudniem przeszłam się po niezbyt ładnym otoczeniu mojej pracy i nawet tam, pomiędzy biurowce i zapełnione samochodami ulice, zakradło się coś nowego - na krzakach pojawiły się pąki, z trawników przeziera trochę zieleni, wróble hałasują, a wszystkiemu kibicuje ciepłe, jasne słońce. Jeszcze przed wyjazdem na narty przemykałam tamtędy opatulona szalikiem, z czapką naciągniętą prawie na nos, brodząc kaloszami w pośniegowych kałużach. A teraz? Inny świat. Nawet szalik zostawiłam dziś w biurze, choć wewnętrzny hipochondryk, oczywiście, wieszczy niechybne zapalenie gardła.
Po południu byłam na rehabilitacji. Podobno jest nieźle, co mnie niezmiernie cieszy. Kręgosłup, który dostał w kość na nartach, został odblokowany, dzięki czemu zniknęło od razu kilka innych bolesnych punktów. Wyszłam z gabinetu jak na skrzydłach, tylko teraz zaczynam odczuwać skutki terapii manualnej, a jutro pewnie będę obolała jak po solidnym treningu na siłowni. Ale to też nieważne, bo jutro odbieram numer i pakiet startowy na niedzielny półmaraton. Co dwie godziny sprawdzam prognozę pogody i liczę na to, że deszcz jednak nie spadnie.
I w ogóle - jakoś tak mi wesoło :)
czwartek, 25 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Cieszę się, Haniu, że u Ciebie jest tak optymistycznie :) Mnie bardzo interesuje, jaka pogoda będzie jutro, ale oczywiście zapomniałam sprawdzić.
Quino, new.meteo.pl i prognoza na 48 godzin - najczęściej się sprawdza ;)
Sama nie wiem, skąd ten optymistyczny nastrój, ale niech sobie będzie jak najdłużej!
Prześlij komentarz