środa, 10 marca 2010

Ołów

Niekiedy przychodzi taki czas, gdy bieganie nie sprawia mi żadnej radości. Nie chce mi się wyjść na trening, po pierwszych kilkuset metrach czuję się zmęczona, automatycznie poruszam nogami, a one zdają się żyć własnym życiem i odmawiają posłuszeństwa. Tak właśnie było wczoraj i dziś.

Wczoraj najpierw odrobiłam godzinę siłowni i dopiero weszłam na bieżnię. Plan przewidywał 8 km, w tym dziesięć dwustumetrowych przyspieszeń z dwustumetrowymi przerwami w pierwszym zakresie. Skończyło się na 6 km z tymi przyspieszeniami, wymęczonymi z wielkim mozołem. Znów było mi gorąco i duszno, a na dodatek czułam się jak ołowiany żołnierzyk, tak ciężkie miałam nogi i zesztywniałe stawy.

Dzisiaj pojechałam na trening klubowy, z którego uciekłam po ponad 10 km crossu. A było tak przyjemnie - suche chodniki, temperatura lekko powyżej 0, brak wiatru. No i co z tego, skoro wlokłam się jak żółw, czując tylko narastające zmęczenie i frustrację. Dopiero po 9 kilometrach trochę się rozkręciłam, ale zrejterowałam przed kolejnym podbiegiem po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim i uciekłam do domu.

Trudno. Czasem bywa i tak. Dobrze, że ani wczoraj ani dzisiaj nie startowałam w zawodach :)

2 komentarze:

LidKa pisze...

No czasami tak właśnie bywa i frustracja nic nie pomoże. I tak jesteś bardzo dzielna. Pomyśl sobie gdzie będziesz pojutrze:)

Hankaskakanka pisze...

Pojutrze? W trasie ;)