Niekiedy przychodzi taki czas, gdy bieganie nie sprawia mi żadnej radości. Nie chce mi się wyjść na trening, po pierwszych kilkuset metrach czuję się zmęczona, automatycznie poruszam nogami, a one zdają się żyć własnym życiem i odmawiają posłuszeństwa. Tak właśnie było wczoraj i dziś.
Wczoraj najpierw odrobiłam godzinę siłowni i dopiero weszłam na bieżnię. Plan przewidywał 8 km, w tym dziesięć dwustumetrowych przyspieszeń z dwustumetrowymi przerwami w pierwszym zakresie. Skończyło się na 6 km z tymi przyspieszeniami, wymęczonymi z wielkim mozołem. Znów było mi gorąco i duszno, a na dodatek czułam się jak ołowiany żołnierzyk, tak ciężkie miałam nogi i zesztywniałe stawy.
Dzisiaj pojechałam na trening klubowy, z którego uciekłam po ponad 10 km crossu. A było tak przyjemnie - suche chodniki, temperatura lekko powyżej 0, brak wiatru. No i co z tego, skoro wlokłam się jak żółw, czując tylko narastające zmęczenie i frustrację. Dopiero po 9 kilometrach trochę się rozkręciłam, ale zrejterowałam przed kolejnym podbiegiem po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim i uciekłam do domu.
Trudno. Czasem bywa i tak. Dobrze, że ani wczoraj ani dzisiaj nie startowałam w zawodach :)
środa, 10 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
No czasami tak właśnie bywa i frustracja nic nie pomoże. I tak jesteś bardzo dzielna. Pomyśl sobie gdzie będziesz pojutrze:)
Pojutrze? W trasie ;)
Prześlij komentarz