Niestety po nowy rekord nie biegło mi się tak łatwo jak po poprzedni i, gdyby nie dzielny kolega-holownik, pewnie zrezygnowałabym z walki już w połowie trasy. Ale po kolei.
Wieczorem naszykowaliśmy z mężem ubrania, spakowaliśmy izotoniki, wodę, czekoladę, żele energetyczne i chusteczki odświeżające. Jeszcze raz sprawdziłam prognozę pogody, która wreszcie pokazała słońce zamiast ulewnego deszczu i położyłam się spać. Spałam jak kamień i zdziwiłam się, że budzik zrywa mnie w niedzielę o 7 rano (lub raczej o 6, zgodnie z czasem zimowym). Nawet nie potrafię opowiedzieć, jak bardzo ucieszyłam się, kiedy, wyszedłszy z naszej tradycyjnie grobowcowo ciemnej sypialni, zobaczyłam, że na zewnątrz świeci słońce, a niebo wygląda jakby je ktoś wylakierował na niebiesko. Od razu nabrałam więcej animuszu.
Prysznic, śniadanie (dwie kromki bułki - jedna z grubą warstwą rzeżuchy na białym serze, a druga z miodem + sok wyciskany z grejpfrutów i pomarańczy + cieniutka kawa z mlekiem), instalacja pulsometru i ubieramy się do wyjścia. Zaryzykowałam legginsy 3/4 i koszulkę z krótkimi rękawami, a nic by się nie stało, gdybym pobiegła w szortach. Na wierzch założyłam luźne spodnie od dresu, dwa polary - średni i gruby "klubowy" i wio!
Bardzo, bardzo lubię Warszawę przed biegiem. Przez Plac Teatralny ciągną gromadki biegaczy, na Krakowskim Przedmieściu zaczynają się pierwsze rozgrzewki, spotykamy kolejnych znajomych, popatrujemy na elitę. Kiedy i my zaczęliśmy swoją rozgrzewkę, widzieliśmy biegnącą z naprzeciwka jedną z faworytek biegu - maleńką jak 10-letnia dziewczynka Kenijkę, która rozgrzewała się wspólnie ze swoim trenerem lub pacemakerem, wyglądającym przy niej jak Guliwer w krainie Liliputów. Ładny obrazek.
Po rozgrzewce pozostało już tylko zostawienie rzeczy w depozycie i przejście na start. Słońce przygrzewało tak mocno, że nawet zrezygnowałam z owijania się folią. Na starcie ustawiłam się razem z moim nieocenionym kolegą-holownikiem i dwoma kolegami klubowymi. Dostaliśmy od wolontariuszki białe baloniki, zaczął grać "Sen o Warszawie". Zawsze, kiedy ma nastąpić warszawski start, czy w maratonie, czy w półmaratonie, kiedy tylko słyszę tę piosenkę i stoję w tłumie biegaczy na Krakowskim Przedmieściu, nawet moja zołzowata dusza nieco się rozkleja. I wreszcie: strzał! Wypuszczam balonik, który leci ku niebu razem z tysiącami innych, włączam stoper, a po kilkudziesięciu sekundach przekraczam linię mety.
Pierwsze kilometry mijają szybko. Kolega-holownik nadaje tempo, ale i sprawdza, czy wszystko ze mną w porządku. Kiedy po 4 km oświadczam mu, że moje tętno wynosi 92% HR max nieco blednie, ale pocieszam go, że pewnie zaraz spadnie, a ja czuję się świetnie. I rzeczywiście czułam się bardzo dobrze aż do 7 kilometra, kiedy złapała mnie kolka. Na początku nie mogłam w to uwierzyć, ponieważ kolki nie miałam od... no, nawet nie pamiętam od kiedy. Chyba od pierwszego sezonu treningowego. Zwolniliśmy na chwilę i znów ruszyliśmy. Przy podbiegu na Most Świętokrzyski zatankowałam żel energetyczny, jednocześnie o mało nie puszczając (excusez le mot) pawia, jednak kilka łyków wody zapobiegło nieszczęściu. Most Świętokrzyski, Powiśle, a na Rozbrat nagle czuję, że paw wraca, za chwilę otworzy dziób i ze skrzekiem wyfrunie z gniazda. Nieśmiało zwierzam się koledze z problemu, więc zwalniamy do marszu. "Wiesz, że na 1:50 już nie dobiegniemy?", "Wiem", "Ale, jak przyciśniesz, będzie życiówka." Dobra, tłumaczę pawiowi, że ma siedzieć, bo z Rozbrat nie dojadę na Krakowskie Przedmieście za 10 zł, które mam w kieszonce spodni. A dojechać na metę karetką, z powodu rzygania w krzakach, to byłby obciach.
Jakoś się zbieram w sobie i znów przyspieszamy. Przy stadionie Legii wypijam kubek wody i wbiegamy na Wisłostradę. Byle do tunelu! Marzy mi się dłuższa chwila w zacienionym miejscu, bo od początku biegu w zasadzie ciągle biegniemy w pełnym słońcu. Wreszcie 15 km i wymarzony tunel. Spoglądam na zegarek - o, madunnuzza santa!! Przebiegłam 15 km w półmaratonie w czasie swojej życiówki na tym dystansie :) Humor poprawia mi się natychmiast, a za chwilę euforia rośnie, bo w tunelu znów śpiewa chór a capella. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego maratonu warszawskiego i tego, jak na ostatnich nogach dowlokłam się do tunelu, a tam przywitało mnie "Moon river" pięknie śpiewane a capella i dodało mi sił na piękny finisz.
Z tunelu jednak wychodzę, bo pawiowi śpiewanie dodało animuszu. Wstrętne ptaszysko. Kilka metrów za tunelem udaje mi się go jednak spacyfikować i znów przyspieszamy. Kolega pociesza: "Ładnie biegniesz. Dociskasz! I widać, że jeszcze trzymasz formę - zobacz jak ludzie wyglądają." Emm, nieładnie jest się porównywać do współtowarzyszy niedoli na siedemnastym kilometrze, ale... faktycznie. Nieszczególnie wyglądają. Upiorny podbieg ulicą Sanguszki, kostka na Placu Krasińskich i wołanie "Hania! Hania". Rozglądam się półprzytomnie i widzę klubowego kolegę z żoną, którzy przyszli kibicować. Krzyczą, że mój mąż śmignął na rekord. Biegniemy ul. Miodową, Senatorską, Moliera. Na Moliera stoją moi teściowie i głośno kibicują. Trochę im odmachuję i biegnę dalej. Kolega mówi "Finiszuj w swoim tempie. Nie oglądaj się na mnie. Ten ostatni kilometr przebiegniesz nawet na oparach." Wbiegam na Krakowskie Przedmieście, zbierając siły na finisz. "Ej, finiszuj!! Za dobrze wychodzisz na zdjęciach, więc jeszcze nie dałaś z siebie wszystkiego!". Kolega - złoty człowiek - jeszcze robił zdjęcia na trasie!
Biegnę, biegnę i widzę moich rodziców pod kinem "Kultura" krzyczą "Brawo!", za chwilę widzę mojego męża - już owiniętego szykowną folią z logo sponsora strategicznego. Krzyczy ile sił w płucach "Hanka!!! Finisz!!! Dajesz!!!". Zaraz znów "Hanka, dawaj!!!" - to kolega, który już skończył bieg. "Hania!! Brawo" - koleżanka, która przyszła z dziećmi kibicować mężowi. "Hania! Hania" - tkoboska, mój szef, który kibicował żonie. I jeszcze ktoś krzyczy i dopinguje, ale ja już wbiegam na metę i tylko to się liczy. Zaraz za mną wbiega kolega-holownik, któremu rzucam się na szyję z podziękowaniami za to, że mnie dociągnął na życiówkę i nie pozwolił zrezygnować.
Jeszcze owijam się folią, łapię dwie butelki wody i idę po swoje rzeczy. W domu dowiaduję się, że przybiegłam 25 w swojej kategorii wiekowej, w której bieg ukończyło 115 zawodniczek.
Za pół roku Maraton Warszawski. Pobiegnę :)
PS. Canarinhos sprawdziły się znakomicie - czułam się, jakbym biegła w miękkich kapciach.
PS2. Więcej zdjęć wkleję w ciągu tygodnia. Na razie tylko złapane komórkowym aparatem obrazki sprzed startu.



8 komentarzy:
Paw nie paw, ważna życiówka - GRATULACJE! To był super start! Jestem z Ciebie dumny jak ... paw :-)
Haniu, świetna relacja! Też jestem z Ciebie (z Was:) bardzo dumna:) Myśl o Waszych zmaganiach dodała mi dziś skrzydeł na rowerze.
Brawo! Wspaniale się spisaliście:) Bardzo dobrze się czyta twoją relację...siedząc na wygodnej sofie;)
Brawo! trzymałem kciuki:)
Kochani, dziękuję Wam bardzo!
Quinoamatorko, bardzo się cieszę z Waszej wycieczki rowerowej :)
LidKo, :-*
Michu, kciuki na pewno pomogły!
Stasiu, dumny jak paw powinieneś być ze swojego wyniku :)
Gratulacje! Mam nadzieję, że to będzie dla Ciebie dobry sezon po takim udanym starcie.
Pięknie uchwyciłaś atmosferę :) czytałam z leciutką zazdrością, że ja tym razem po drugiej stronie barierek...
Midi, znam to uczucie stania po drugiej stronie barierki - smutno mi wtedy było. Ale trzeba wyleczyć, co trzeba wyleczyć, żeby jeszcze lepiej biegać :) Życzę Ci jak najszybszego doprowadzenia stopy do poziomu startowego :)
Haniu ja to czytam i cierpię z Tobą z powodu tego wrednego ptaszyska!
Jesteś Wielka!
Ściskamy Ciebie i drugą połowę
PS Jak to dobrze, że ja nigdy nie lubiłam biegać… ;D
Prześlij komentarz