Wczoraj wieczorem wróciliśmy ze śnieżnych wyżyn na deszczowe niziny.
Przez 7 dni pracowicie jeździliśmy na nartach, opychaliśmy się różnymi rodzajami makaronu i nadrabialiśmy zaległości w spaniu. Udało nam się również zrobić trzy przebieżki - każda po 8 kilometrów według tego samego schematu. Start na wysokości ponad 1400 m, 4 km pod górę i 4 km w dół. Plan treningowy, niestety, poszedł do kąta i przegrał w starciu z nartami oraz przyzwyczajaniem się do wysokości.
Pierwszego dnia, po 6 godzinach wyżywania się na stokach, wróciłam z treningu biegowego zlana potem i z sercem wyskakującym przez uszy. Następnego dnia obudziłam się z katarem i bólem głowy, a za oknem, mimo oślepiającego słońca, mroził przenikliwy i silny wiatr. W poszukiwaniu zacisznego miejsca wybraliśmy się na wycieczkę narciarską do sąsiedniej doliny, z której uciekliśmy co sił w nogach, bo wiatr zatrzymywał nas nawet na stromych zboczach. We wtorek wiatr osłabł, mój katar zadomowił się na dobre, a do domu wróciłam na czworakach po nauce carvingu pod okiem instruktora. Zaliczyłam też pierwszą wywrotkę: ćwicząc carving na oślej łączce (nisko na nogach, pięści między kolanami i pilnujemy krawędzi) nagle klapnęłam boleśnie na cztery litery. Po powrocie odpuściłam bieganie i intensywnie leczyłam katar oraz bolące siedzenie przy pomocy bulionu i spaghetti aglio e olio. Kuracja pomogła i, w środę, korzystając z bezwietrznej pogody i słońca, pojechaliśmy ze znajomymi na dłuższą wycieczkę na nartach wokół sąsiedniego masywu. Wróciliśmy tak zmordowani, że mowy nie było o bieganiu. To już dwa treningi w plecy. W czwartek szaleliśmy na wspaniałej, długiej czarnej trasie i wróciliśmy do domu na tyle wcześnie, że udało nam się powtórzyć niedzielny trening. Za to z jaką różnicą! Pobiegliśmy nieznacznie szybciej, a średnie tętno wyszło niższe o 10 uderzeń na minutę. W sobotę, po ostatnim dniu na nartach, znów zrobiliśmy 8-kilometrową przebieżkę. Tym razem o 2:30 min szybciej niż w czwartek, z tym samym tętnem. Strach się bać, co by się działo gdybyśmy zostali jeszcze przez tydzień.
W sobotę zaliczyłam też malowniczą wywrotkę. Tym razem nie na oślej łączce, tylko stromej, czarnej ścianie, którą pokonałam bardzo ostrożnie, a pod koniec zachciało mi się rozpędzić. Nie przewidziałam, że na dole będzie miękki, mokry śnieg, o który zahaczę krawędzią, siądę na tyłach, a następnie polecę jak z procy, koziołkując w dół stoku. Narty wypięły się jedna po drugiej, a ja wywinęłam parę malowniczych fikołków przez prawy bark. Tylko dlaczego od soboty boli mnie lewy bark i lewa strona karku? Ot, zagadka.
Szkoda, że do następnego sezonu narciarskiego jeszcze tak daleko!
poniedziałek, 22 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Gdybym to ja bardziej zimę lubił mógłbym docenić, a tak? Piękne zdjęcia, wierzę że było wspaniale!:)
W marcu to już taka oszukana zima - w dolinie temperatura na plusie, dużo słońca ;) Było naprawdę wspaniale!
Jak patrzę na te zdjęcia i porównuję z szarzyzną za oknem, to nawet mi trochę żal, że już nie ma zimy ;)
A jazda na nartach jest świetnym treningiem dla biegacza, zwłaszcza na tydzień przed połówką warto zastosować jakieś inne bodźce, bo intensywnego biegania już nie warto. Będę za Ciebie trzymać kciuki :)
Midi, dziękuję - kciuki się przydają. W zeszłym roku zrobiliśmy tak samo, tzn. pojechaliśmy na narciarski tydzień przed PMW. Miałam nieśmiałe marzenie o urwaniu paru sekund z 2 godzin, a przebiegłam w 1:55 :) Wszystkie moje najlepsze wyniki z zeszłego roku pochodzą z wiosny. Im bliżej jesieni, tym forma była gorsza, choć sumiennie trenowałam do maratonu.
Prześlij komentarz