środa, 5 czerwca 2013

Zmiany

Zaledwie 2 miesiące temu opisałam swoje pierwsze wspomnienie biegowe <klik>, a zapewne nie raz opowiadałam o tym, jak zaczęłam chodzić na siłownię i okazało się, że po dwóch minutach truchtu mam stan przedzawałowy. Potem było 5 minut, 7, 10, 20 i wreszcie pierwsze biegi w terenie, pierwszy start (bieg Nike, teraz znany jako "Biegnij Warszawo", październik 2007).

Minęło kilka lat, w trakcie których nie tylko ja zmieniłam się z lekko przygarbionej pani zza biurka w lekko wychudzoną panią z kratą na brzuchu (buhaha), ale zmieniło się prawie wszystko, co dotyczy biegania. Zacznijmy od podstaw, czyli od butów.

Póki truchtałam sobie na bieżni elektrycznej, a potem przerzucałam żelastwo (dosłownie - sprzęt na siłowni, również nie oparł się zmianom) w nieistniejącym już klubie na G., miałam na nogach jakieś tam trampko-juniorko-adidaski, kupione na wyprzedaży gdzieś tam, jako wybitnie sportowe obuwie do wszystkiego (poza chodzeniem po górach). Wytworności sportowej dopełniały bawełniano-sztucznościowe spodnie od dresu i bawełniana koszulka. No ale, kiedy już wyszłam w teren, okazało się, że trampko-itakdalej są mocno niewygodne. Mąż, jako ten bardziej wysportowany, stwierdził, że potrzebuję butów biegowych. Objechaliśmy parę popularnych sieciówek sportowych - fiasko. Stwierdziłam, że raz się żyje i poszłam do sklepu jednej z Bardzo Znanych Marek. Stanęłam przed półkami z butami, ale nie bardzo umiałam odróżnić te do tenisa od tych do biegania. Poprosiłam o pomoc pana, wyłuszczając, że chodzi o zakup butów biegowych damskich. Pan wskazał dwie pary i powiedział, że te z prawej się nazywają tak, a te z lewej są bardzo ładne i panie sobie chwalą. Poszłam do drugiego sklepu o podobnym profilu - ta sama historia. W trzecim, po podobnie wyrafinowanej konsultacji, skapitulowałam i kupiłam swoje pierwsze w życiu buty biegowe. W złym rozmiarze (za małe, bo ani ja ani sprzedawcy nie wiedzieliśmy, że powinny być większe). Kto słyszał o pronacji, supinacji, stopie neutralnej? Kto zastanawiał się nad butami na asfalt, trailowymi, z membraną, bez membrany, z kieszonką na sznurówki, z systemem śmakim lub owakim, do biegania naturalnego, do biegania ze śródstopia, z kolcami. Uffff...

Dobrze, że jesienią spotkałam Agnieszkę (tak, tak - TĘ Agnieszkę), która w odpowiednim czasie wykierowała mnie do sklepu specjalistycznego, a w nim zostałam dokładnie obejrzana, przesłuchana i kupiłam swoje pierwsze właściwie dobrane buty biegowe.

Teraz? Buty do biegania w Lidlu, Tchibo, Go Sport, Decathlonie, outletach, sklepach firmowych, sklepach specjalistycznych, sklepach internetowych. Wideoanalizy, możliwość przetestowania butów na bieżni - wybierać, wybierać, wybierać.

Skoro przeszliśmy przez pionierskie przygody w krainie butów, idźmy dalej - trzeba się ubrać, bo bawełniane spodnie od dresu i bawełniana koszulka zrobiły się niewygodne, a zimą już w ogóle w nich nie teges. Może biegacze mieli łatwiej, ale znalezienie ubrań biegowych dla biegaczek graniczyło wtedy z cudem. Nie mówię o fanaberiach typu - ta koszulka nie pasuje mi do sznurówek, a w tych spodenkach mam za gruby / za chudy tyłek. Nienienie. Mówię o dostępności podstawowych sztuk odzieży w mniej-więcej dobranym rozmiarze, tzn. żeby spodnie nie spadły z rzeczonego tyłka, a koszulka nie poszła w szwach przy głębszym oddechu. Jakim szczęściem była pierwsza kolekcja biegowa w Tchibo! Koleżanka koleżanki leciała do Stanów - wysyłałyśmy jej linki do zdjęć potrzebnych ubrań, rozmiary i kody. Cóż to była za radość, kiedy odbierało się reklamówkę z pięknymi, kolorowymi, dopasowanymi ubraniami, a zwłaszcza z krótkimi spodenkami, w poszukiwaniu których zjechałam pół Warszawy. W jednym ze sklepów Bardzo Znanych Marek (tym, w którym panie chwaliły sobie buciki z lewej) dowiedziałam się w maju czy czerwcu, że sprowadzono tylko kilka sztuk spodenek w kolorze czarnym, ale dawno się sprzedały i więcej nie będzie. W innym zaproponowano mi legginsy 3/4 z doszytą spódniczką osłaniającą pupę. Pewnie, żeby przy 25 stopniach żaden zdradliwy powiew nie wyziębił cennych 4 liter biegaczki.

Czy przypuszczałam, że nadejdą czasy, w których nawet na wyprzedaży będę mogła przebierać w fasonach, kolorach i rozmiarach? Jedna rzecz pozostała niezmienna - Tchibo zatrzymało najmniejszy rozmiar na poziomie 36/38, przez co ich bardzo fajne kolekcje biegowe ograniczyły się dla mnie do skarpetek, czapek i buffów. No, może jeszcze rękawiczek.

Byłam ubrana, obuta. A tu pierwsza kontuzja - boli kolano. W Warszawie było jeszcze dobrze, bo działał Ortoreh, a w nim Ewa Witek - Piotrowska poradziła sobie sprawnie z moimi dolegliwościami, które minęły bez śladu. Biegaczy jednak przybywało i kolejki do Ortorehu rosły. Jak było w innych miastach, w mniejszych miejscowościach?

Jako członkini-fundatorka Klubu Hipochondryka od czasów Ortorehu przeszłam jeszcze przez ręce Cudotwórcy oraz skalpel i śrubokręt Pana Doktora od Stóp, że o konsultacjach z Agnieszką nie wspomnę. Co jakiś czas ktoś opowiada mi o nowych gabinetach fizjoterapii, rehabilitacji. W Warszawie można diagnozować się w specjalistycznych, prywatnych klinikach ortopedycznych. Szkoda, że "cywilni" ortopedzi nadal ograniczają się do wręczania ulotek ("jak się pani powoła na moje nazwisko, dostanie pani 10% zniżki na ten preparacik") i zabranianiają jakiejkolwiek aktywności fizycznej (poza spacerami), gdy pacjent zgłosi się do nich ze swoimi dolegliwościami. Może to kiedyś ulegnie zmianie na lepsze?

Skoro mamy sprzęt, nic nam nie dolega - można startować. Przychodzi weekend, patrzymy w kalendarz - o, tu 10 km, tam 5 km. Zapisujemy się na miejscu lub zdalnie. Żadnego problemu typu "Boże, żeby tylko nie padło wi-fi, bo zanim zresetuję router, jak nic rozdrapią 500 miejsc". Mój pierwszy maraton (XXX Flora Maraton Warszawski w 2008 roku) ukończyło 2640 osób, w tym 206 kobiet. Pamiętam takie odcinki trasy, na których biegłam z mężem, przy nas mój brat na rowerze, a następna osoba ze 100 metrów za nami lub przed nami. I tylko wnerwieni kierowcy w bocznych uliczkach.

A jeśli o uliczkach mowa, pamiętam czasy, w których mogłam obiec rano albo wieczorem całe centrum i nie spotkać nawet jednego biegacza. Teraz wystarczy, że popatrzę przez 30 sekund przez okno o dowolnej porze dnia - jest 9 szans na 10, że ktoś przebiegnie.

Zmieniły się zwyczaje kierowców - kiedy biegam, jestem przepuszczana na pasach wielokrotnie częściej niż zdarzało mi się to, gdy stałam przy przejściu z Ironmanem w wózku lub nosidle. Wolę nie myśleć, że wszyscy zatrzymujący się są, niezależnie od płci, amatorami rozczochranych kobiet w lajkrach.

Zmiany, zmiany, zmiany.

Dlaczego o tym wszystkim napisałam? Niedawno widziałam z drogi obrazek, który poprawił mi humor na resztę dnia - na spłachetku zieleni, przy zjeździe z ruchliwej trasy, w gorący i słoneczny dzień, samotny sportowiec ćwiczył... burpees.

5 komentarzy:

Krasus pisze...

Jeszcze jedna wielka zmiana to jest zima. Dwa lata temu jak biegałem zimą to przez miesiąc potrafiłem ani jednej osoby nie spotkać biegającej. W tym roku za każdym razem kogoś!:)

Hankaskakanka pisze...

@Krasus, masz rację! W tym roku nie mogłam uwierzyć w to, ilu biegaczy nie wystraszyło się śniegu ani lodu :)

Gapa pisze...

Zdecydowanie jestem biegową świeżynką - zaczynałam w październiku 2011.
I nawet ja zauważyłam w tym roku wysyp biegaczy - tych bardziej "pro" i tych sprintujących po betonie w trampkach.

Uwielbiam Cię czytać:)

Hankaskakanka pisze...

@Gapa, w tym roku jest ich ze 2 razy więcej niż w zeszłym, a już w zeszłym zdawało się, że więcej się nie da ;)

Ironwoman pisze...

Ciekawy tekst! Mój ojciec zaczął biegać w latach 70-tych. Wtedy patrzono na niego jak na zupełnego wariata.