Nasza trójka wzięła dziś udział w Biegu Firmowym, charytatywnej imprezie w Lesie Kabackim. Startowały 4-osobowe sztafety, teoretycznie na dystansie 4,2 km. W praktyce okazało się, że na trasę spadło drzewo i organizator w ostatniej chwili poprowadził ją nieco inaczej i na krótszym dystansie (3,2-3,3 km).
Mąż i ja biegliśmy w jednej drużynie, a Ironman wziął udział w Biegu Krasnala.
Pogoda zachęcała raczej do miejskiego spaceru albo leżenia na trawie w cieniu, a nie do ścigania się na trasie przełajowej. Było duszno i gorąco, bo słońce odbijało się od chmur, z których od czasu do czasu coś pokropiło na i tak wilgotną ziemię.
Pierwszy wystartował Marcin. Jeszcze nie wiedziałam, że trasa została skrócona o prawie kilometr, więc spokojnie rozmawiałam sobie w strefie zmian z kolegą, gdy zorientowałam się, że Marcin już przybiegł i na mnie czeka. Ruszyłam z kopyta, po 200 metrach stwierdzając, że po 3:40 min/km raczej długo nie pociągnę. Jeden zakręt, drugi - stał przy nim miły pan, który uprzedził mnie, że dalej są korzenie, że jestem siódma w ogóle i pierwsza wśród kobiet. Pomachałam mu wesoło i pobiegłam dalej, dysząc jak miech kowalski, bo powietrze w lesie osiągało wilgotność tropików. Kolejny zakręt "Super, leć, jesteś siódma! Pierwsza kobieta! Dajesz! Jeszcze tylko 1500 metrów!". Eeeee, co? Jakie 1500?! Według mnie jeszcze 2500. Po co ja się tak oszczędzam? Przyspieszyłam. Długa prosta, z naprzeciwka biegnie kolega ze studiów i macha do mnie, więc odmachuję, jednocześnie przyglądając się, za którym krzakiem znikają ci biegacze, których mam w zasięgu wzroku. Aha - mam. Za chwilę i ja skręcam w krzaki i wybiegam na ścieżkę prowadzącą przez polanę. Biegnący przede mną facet skręca w lewo, wolontariusz kieruje go w prawo, dzięki czemu muszę odskoczyć, żeby nie wpaść na zagubionego biegacza. Za chwilę wbiegam w kopny piach, potem jest zakręt, znowu zakręt, piach, zakręt i, trochę skołowana, znajduję się wreszcie na ostatniej prostej. Ilu kibiców! Jaki doping! Oddaję pałeczkę Pawłowi i przechodzę przez metę do strefy z medalami i izotonikami. Nie mam pojęcia, z jakim czasem przybiegłam. Spotykam znajomego, odnajduję męża i Ironmana. Mąż idzie do strefy zmian.
Cała historia skończyła się tak, że nasza drużyna zajęła II miejsce w klasyfikacji składów mieszanych (były osobne klasyfikacje dla składów żeńskich, męskich i mieszanych), a ja, ku swemu ogromnemu zaskoczeniu, zgarnęłam jeszcze statuetkę za II miejsce w generalce kobiet (nadal nie wiedząc, z jakim czasem przybiegłam). Errata: Moje zaskoczenie było o tyle uzasadnione, że organizatorzy przypisali mi czas męża (zresztą pierwsza kobieta również okazała się mężczyzną) - dowiedziałam się o tym dzień później, po zapoznaniu z opublikowanymi wynikami i po wymianie korespondencji z organizatorem oraz firmą zajmującą się pomiarem czasu. Sytuacja o tyle nieprzyjemna, że, odbierając nagrodę, upewniałam się z panem od pomiaru czasu i przedstawicielem organizatora, czy na pewno biorą pod uwagę mój wynik, a nie wynik męża. Jeśli chodzi o czas, podobno wyniósł on 15:08, co jest fizycznie niemożliwe, ponieważ Gacek, wyłączony już w strefie medali i izotoników (czyli z dużym opóźnieniem), pokazał 14:52, zatem spodziewałam się czegoś w okolicach 14:40-45. Rozumiem, że Garmin może przekłamywać tempo, odległości, ale czas? Firma pomiarowa twierdzi, że wynik jest poprawny. W sumie jest mi wszystko jedno, tylko... Niezbyt profesjonalnie wyszła wtopa z nagrodami za miejsca dla niewłaściwych osób.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo w międzyczasie nasz młody (dwuletni) zawodnik - kategoria "chłopcy do 5 lat" - przebiegł samodzielnie, przy gorącym wsparciu 2 zająców (mąż i ja), calutki dystans 150 metrów. Jako nadopiekuńcza matka truchtałam ze łzami w oczach i wzruszeniem dławiącym gardło, patrząc na przejętą i szczęśliwą buzię, tupiące równo nóżki i pracujące elegancko łapki. Na mecie debiutant dostał medal i samochodzik (oraz cukierki i Vibovit, ale te zostały natychmiast schowane), po czym stwierdził, że chce jeszcze biec. Wyglądało to na udany debiut startowy!
W sumie - bardzo miły dzień i fajnie zorganizowana impreza. Errata: wyjąwszy pomiar czasu i bałagan w nagradzaniu oraz wynikach.
sobota, 8 czerwca 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Gratuluję Wam udanego startu, a największe gratulacje należą się debiutantowi!
Gratuluję pudła.
Sympatyczna impreza, też biegłem :)
Ironman na ironmana! Bohater weekendu bez dwóch zdań:)
@Emilia i Krasus, Ironman dziś rano znów stroił się w koszulkę techniczną i wybierał na "tening" :)
@Adam, o, szkoda, że się gdzieś nie zgadaliśmy!
Prześlij komentarz