Tak, tak - blisko, coraz bliżej!
Emocje rosną, a ja, w tzw. międzyczasie, zafundowałam sobie prawie że roztrenowanie. Pisałam już o trudnym tygodniu, który zakończyłam bardzo przyjemną prawie-trzydziestokilometrówką? W następnym tygodniu zebraliśmy się nieomal w parę godzin na wyjazd na Hel. Mogliśmy skorzystać z wolnego mieszkania i nieprawdopodobnie pięknej pogody.
Podczas całego 5-dniowego wyjazdu wyszłam na jeden trening biegowy. Bardzo fajny i w ogóle, ale jeden. Na jakiś czas straciłam motywację i chęć do trenowania. Nie do biegania - do trenowania. Patrzyłam na kartkę z planem treningowym, na cyferki, symbole i zastanawiałam się "po co mi to?". Lubię biegać - po prostu biegać. Dlaczego zmuszam się do biegania w tempie X, kiedy mam ochotę albo siłę biec w tempie Y? Względnie tupać sobie spokojnie, podziwiając okoliczności przyrody? Próbowałam zmobilizować się do pracy w różny sposób. Wizualizacja wariant I - siedzę sobie na jakimś głazie czy pniaku około 30 km MGS i chlipię we własny rękaw, bo nie mam siły ciągnąć dalej. Wizualizacja wariant II - przebiegam (to jest wariant hiper-optymistyczny) przez linię mety MGS i nie jestem ostatnia. Wizualizacja wariant III - w Lozannie sięgam po królową życiówek, tzn. urywam z zaplanowanego czasu jeszcze kilka minut, a na mecie mówię, że gdybym się tak nie wlokła przez pierwsze 20 km, stałabym na podium.
I tak dalej.
Nie działało. Im bardziej się mobilizowałam, tym bardziej nie byłam w stanie. Nie wiem, dlaczego. Czy kiedyś też tak mieliście?
Zrobiliśmy dwie wycieczki rowerowe (36 i 21-22 km), przeczytałam 3 kryminały i 1 nie-kryminał, rozciągałam się, wyspałam za wszystkie czasy (no, bez przesady). A jeśli chodzi o trening biegowy, była to fantastyczna 40-minutówka crossowa, którą miałam pobiec w 4:52 min/km, a wyszło 4:50 min/km. Piękny poranek - słońce, lekki wietrzyk, las sosnowy, ja i moje nowe, fantastyczne trailówki.
Wycieczki rowerowe były cudne, jednak, po otrzymaniu na FB wielu cennych wskazówek od doświadczonych rowerowców, zdecyduję się chyba na tzw. bike fitting. Bardzo, bardzo lubię jeździć na rowerze, ale nie chcę przypłacać każdej przejażdżki, dłuższej niż 5 km, bólem kręgosłupa i spięciami.
W poniedziałek (03.06) wstałam przed moimi chłopakami. Wskoczyłam w ciuchy biegowe, przegryzłam co-nieco i ruszyłam na Agrykolę, na której, bez dalszego rozmemłania intelektualno-emocjonalnego, po prostu ruszyłam z 1600-metrówkami (ble). Zrobiłam ich 5 (z dwuminutowymi przerwami) - 3 na stadionie, 2 wokół Kanału Piaseczyńskiego, gdyż dostawałam kręćka od krążenia wokół bieżni. Na której, zresztą, zaroiło się od dzieci i młodzieży. 1600-metrówki wyszły tak: 4:41, 4:38, 4:39, 4:46, 4:43. Miały być po 4:45, ale na bieżni wybitnie nie szło mi trzymanie tempa. Nad Kanałem Piaseczyńskim już bardziej się pilnowałam, co widać po wynikach.
Wieczorem, żeby zrobić sobie jakąś nagrodę za te 1600-tki, które wreszcie zrobiłam, choć tak bardzo nie chciałam, poszłam na Pola Mokotowskie na cross fit. Tak, tak, nasza drużyna (chwaliłam się już na FB) "Worki" - Rafał, Kuba, ja - była znowu pierwsza, dzieląc podium z drużyną Kettle Szwindle (Kasia i Łukasz). Nie biegaliśmy z oponami, ani też nimi nie rzucaliśmy, za to biegaliśmy z workami z piachem. "Idzie Grześ przez wieś, worek piasku niesie..." Oczywiście nie obyło się bez burpees (ble ble ble, choć chyba wolę od 1600-tek), machania bombkami (jednoręczne kettle swings - wspaniała sprawa, tylko zgięcia łokci przestały mnie boleć dopiero wczoraj), TRXa i innych fajnych ćwiczeń. I deszcz nas ominął!
We wtorek miałam takie zakwasy w czworogłowych (na rozgrzewkę robiliśmy tzw. spacer krasnala, czyli chodzenie w kucki) i w różnych innych częściach ciała, że ledwo się ruszałam. W ramach treningu przytaszczyłam tylko dużo warzyw z targu i zabrałam się za gotowanie na parę dni na zapas. Trochę się porozciągałam.
Środa (05.06) - clubbing, a na nim niespodzianka. Nie ma interwałów! Były podbiegi (nareszcie! amore mio!), podbiegi po schodach (trudno, co zrobić), ćwiczenia ogólnorozwojowe i bieg z narastającą prędkością. Ja: 10 minut po 5:15-5:20, 7 minut po 4:48 (ale nie szybciej niż 4:43), 3 minuty jak najmocniej. Wyszło 10 minut po 5:15 (bravissima!), 7 minut po 4:44 (kto jest mistrzynią trzymania tempa?) oraz 3 minuty po 4:21. Byłoby szybciej, gdybym nie zwolniła przed przejściem dla pieszych (wracałam znad Kanału Piaseczyńskiego, bo 20 minut krążenia wokół Agrykoli przerasta moją odporność psychiczną) i przed furtką do Agrykoli. Tzn. wyhamowałam, że aż się ABS włączył, bo, nie wiedzieć czemu, leciałam prosto na sztachety. Skręt na pięcie i wcelowałam w furtkę. Skończyłam swoje 3 minuty już na bieżni. Niestety nie wzięłam żadnego szpreju antykomarowego, z czego bestie skwapliwie skorzystały przy ćwiczeniach i rozciąganiu.
Czwartek (06.06) - jeżumalusieńki, miesiąc (MIESIĄC!) do MGS. Spojrzenie pełne zadumy, skierowane ku nieboskłonowi i pytanie "czy ja dam radę?". Już prawie stwierdziłam, że nie dam, ale się zmobilizowałam wieczorem (po nieco ciężkim dniu) do wybiegnięcia w plener i odrobiłam ostatni trening z majowego planu. 10 km po 5:35 min/km, 8 x podbieg na schody pod Zamkiem Ujazdowskim, 6 km po 5:35. Automatycznie ruszyłam w stronę Pól Mokotowskich, Placu Unii, Łazienek. W Łazienkach przekwitły bzy, kasztany (na Helu kwitły do spółki z polnymi różami - co za zapachy!), tulipany. Na większości alejek było już pusto, od czasu do czasu mignął jakiś biegacz lub biegaczka, za to co obiekt to impreza i tłumy garniturowo-garsonkowe. W okolicach Agrykoli spotkałam drużynę Accenture oraz Agnieszkę i Olka, z którymi chwilkę pogadałam. A potem schody. Raz, dwa, trzy, na tarasie pod Zamkiem znowu siedzą, jedzą i piją, a ja cztery, pięć, też bym coś wypiła, sześć, siedem, jeszcze osiem i w domu będzie morze picia. Pod domem trasa skończyła mi się nieco wcześniej, niż na zakładanych 6 km, choć nie biegłam najprostszą trasą. Wyszło 4,2 km. Mogłam dokręcić kółko wokół kwartału, ale machnęłam ręką i wstukałam kod do domofonu. Minusem kończenia treningu prawie o 10 wieczorem jest to, że nie można zjeść tyle, na ile by się miało ochotę, bo szkoda obciążać wątrobę. Plusem - można szybko iść spać, a wcześniej rozciągnąć się bez synka na plecach czy tchawicy. W nosie długo czułam zapach czarnego bzu, którym obsadzone są schody pod Zamkiem Ujazdowskim. Doszłam też do wniosku, że może jednak dam radę.
W sobotę (08.06) był Bieg Firmowy, o którym już pisałam. Dziś miałam poprowadzić koleżankę w debiucie na 5 km w ramach She Runs the Night. Wolniutko, spokojnie, więc idealnie przed czekającym mnie jutro długim wybieganiem. Cieszyłam się na spotkanie z wieloma koleżankami - i doświadczonymi, i początkującymi biegaczkami - które zdecydowały się na start. Niestety bieg został odwołany przez Nike, ze względu na ekstremalne warunki atmosferyczne, które zaszczyciły dziś Warszawę, zamieniając wiele ulic (m.in. Wisłostradę) w rzeki, teren miasteczka biegowego w bagno, zalewając stacje metra, wyłączając z ruchu tramwaje i autobusy. Oczywiście, byłam rozczarowana, ale na miejscu organizatora podjęłabym taką samą decyzję.
Mieliśmy, zresztą, okazję załapać się na jazdę rowerami (z Ironmanem w foteliku) w ulewie. Wracaliśmy do domu z miłej przejażdżki, gdy na Krakowskim Przedmieściu uderzyły w nas pierwsze krople o objętości łyżek stołowych. Krzyknęłam do męża, żeby pruł do Domu Bez Kantów, bo tam są podcienia. W ciągu niecałej minuty dzielącej nas do schronienia, zdążyliśmy oberwać wiadrami wody lejącej się z nieba. Tak, jakby ktoś, tam wysoko, przechylił gigantyczny cebrzyk. Postaliśmy w tych podcieniach 10, 15 minut. Wiało, było zimno. Zaczęliśmy truchtać, podskakiwać. Kiedy wreszcie przestały walić pioruny w najbliższym sąsiedztwie, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do domu. Ostatnio tak zmokłam i zmarzłam na maratonie w Sztokholmie. Mieliśmy i tak szczęście, bo trafiliśmy na 3-4 minuty przerwy w deszczu, ale, kiedy tylko wstawiliśmy rowery do rowerowni, już znów lunęło. Ironman był rozczarowany, że tak szybko przerywamy atrakcyjną wycieczkę - całą drogę śpiewał sobie w tym swoim foteliku rowerowym, a przed domem oświadczył, że "domu nie".
Kręgosłup mi się zablokował od roweru - mata do rozciągania już czeka.
Mam nadzieję, że na jutrzejszym długim wybieganiu nie zmoknę, ani nie trafi we mnie piorun.
Miłego tygodnia!
niedziela, 9 czerwca 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
Im bliżej startu, tym większe wątpliwości, a potem najczęściej jest całkiem przyjemnie. Przynajmniej ja tak sobie powtarzam ;)
Ja tam się Ironmanowi nie dziwię - moknięcie na rowerze jest suuuper ;-)
@Adam, podoba mi się to podejście :)
@DrProctor, biegacze są jednak zboczeni - prawie każdy twierdzi, że lubi deszcz ;)
Prześlij komentarz