poniedziałek, 24 czerwca 2013

Bieg Kobiet 2013

Zanim napiszę o tym, jak rośnie poziom Paniki Przedstartowej (w skrócie PP i nie mylić z pożyteczną witaminą), jak było w stronach komisarza Montalbano (cudnie, choć nie spotkałam ani komisarza, ani Catarelli) oraz jak postanowiłam konstruktywnie przytyć, będzie o wczorajszym Samsung Irena Run, zwanym też przez organizatorów Biegiem Kobiet.

Bieg Samsungowy AD 2012 wspominam bardzo dobrze, gdyż zrobiłam wtedy życiówkę na 5 km (22:07), czas, który teraz wydaje mi się nie do osiągnięcia, nie do zbliżenia się, a co tu mówić o prześcignięciu. Zeszłoroczna trasa nie należała do najłatwiejszych - płasko, ale kręto, w dużej części po szutrze, trawie, wydeptanych ścieżkach. Byłam 7 wśród kobiet i pękałam z dumy, licząc na rychłe zejście do poziomu 21:xx. W zeszłym roku bieg był koeduacyjny, w tym - 100% żeński, łącznie z zakonnicą w przebraniu :) Niby miałam nie biec, bo wiem, że krucho u mnie z szybkością, start wypadał następnego dnia po powrocie z wakacji. Wracaliśmy, jakby nie było, z kraju, w którym słowa "lo sciopero" (strajk), warto nauczyć się zaraz po "buon giorno" i "grazie". Wszystko mogło się zdarzyć. Ryzyk - fizyk, zapisałam się.

Oczywiście zdarzyło się "coś" - dotarliśmy z wywieszonymi ozorami do okienka na lotnisku Fontanarossa w Katanii, żeby dowiedzieć się, że "il volo e' in ritardo", innymi słowy mówiąc "jour-a plejn-a łill-a bi lejt-a", czyli lot opóźniony. Odlatuje o godzinie, o której powinniśmy przesiadać się na samolot do Warszawy. Zapytałam, czy to z powodu "lo sciopero", "nie, signora, samolot się zepsuł i jeszcze nie przyleciał". Ironman spojrzał na panią z okienka i posłał jej całusa. Pani wyszła, wróciła za 2 minuty z kartką. "Signora, jaki on piękny, jakie ma occhi azzurri (błękitne oczy)! Lecicie przez Wiedeń i macie tam przesiadkę, usadziłam Was w klasie bizness-a, bo tam były wolne miejsca". Z opadniętymi szczękami zameldowaliśmy się w samolocie, odebraliśmy burę od siedzącej przed nami rodziny austriackiej za to, że ładujemy nasze niegodne torby obok ich, a to jest klasa biznes. Matulu... Dzięki occhi azzurri naszej latorośli byliśmy w Warszawie 2,5 godziny wcześniej.

W niedzielę rano obudził mnie huk - nad Warszawą przechodziła burza. Kiedy wstałam o 8, było praktycznie ciemno, za oknami wisiała kurtyna wodna, a naszą ulicą płynął wartki strumień. Szlag...

Na szczęście około 10 zaczęło się przejaśniać. Szybko ubrałam się w ciuchy biegowe, zebraliśmy naszą trójkę do wymarszu, wyprowadziliśmy rowery z rowerowni i ruszyliśmy na start. Już po drodze wiedziałam, że będzie ciekawie, bo słońce i wilgoć dawały efekt żaru tropików. Mój rower został bezpiecznie zaparkowany na podwórku mieszkającej niedaleko startu rodziny, a mąż z Ironmanem mieli czekać na mnie pod Belwederską. W pobliskiej kawiarni dowiedziałam się, że nie mogę wejść do łazienki, bo jest ona tylko dla gości (kawiarnia, nie licząc opryskliwej kelnerki, była pusta). Na szczęście przy Pl. na Rozdrożu znalazłam błękitną chatkę, zaopatrzoną nawet w takie dobra jak papier toaletowy. Dobiegłam spokojnie na start, ustawiłam się w 3 rzędzie, który po chwili zrobił się 6, gdyż przychodzące dziewczyny bez obciachu ustawiały się przed ścigaczkami. Pewna "celebrytka", która dystans 5 km pokonała w ponad pół godziny i która od lat opowiada o swojej miłości do biegania, a także chętnie fotografuje się z numerami startowymi, również ustawiła się w pierwszym rzędzie. A co!

Odliczanie i start. Ojapierniczę! Wróciły wszystkie wspomnienia z porannego autobusu, jadącego z osiedla wielkopłytowego do centrum oraz z Dworca Centralnego w okresie wakacyjnym, gdy podstawiano pospieszny do Krynicy Górskiej, bez miejscówek. Ktoś mnie pchał, ktoś łokciował, dostałam kopa w kostkę, poleciały jakieś bluzgi - 5 sekund i już byłam wolna.

Pierwszy kilometr prowadził przez Łazienki - pięknie, cieniście, dużo kibiców, tylko po mokrym szutrze biegło mi się ciężko. Za Łazienkami zakręt w prawo w Gagarina - zostaję zepchnięta na trawnik, przez ścinającą zakręt dziewczynę. Jeszcze raz w prawo - Belwederska. Widzę męża i Ironmana. Ironman, bywalec zawodów, klaszcze i woła "Bawo, mama! Bawo!". Rano kazał się wystroić w koszulkę techniczną z H&M z napisem "training", bo mu wytłumaczyłam kiedyś co ten napis znaczy. Na Belwederskiej jest już naprawdę bardzo gorąco. Zwalniam, trzymam swoje tempo - żeby się nie zarżnąć od razu, bo ten podbieg kończy się dopiero na Pl. na Rozdrożu. Dziewczyna, która zepchnęła mnie na trawnik, to zwalnia, to przyspiesza. Wreszcie robi się trochę bardziej płasko, mijamy Belweder i jestem na wysokości Łazienek. Mąż jedzie na rowerze i zachęca ludzi, żeby nam kibicowali. Dwie dziewczyny, które mi uciekały na podbiegu, zaraz za nim słabną. Biegną obok siebie, więc postanawiam się wpasować między nie. Zbliżają się do siebie. Ojeza, no dobra - robię redukcję biegu, wciskam gaz do dechy i je wreszcie wyprzedzam. Spotykam kolegę, który czeka na swoją dziewczynę, przybijam piątki ze stojącymi wzdłuż trasy dzieciakami.  Fajnie jest! Na wysokości Parku Ujazdowskiego zaczynam się zastanawiać, czy już usmażył mi się mózg, czy jeszcze nie. Dochodzę do ostrożnego wniosku, że nie, ale jest tego bliski. Pocieszam się cudnym zapachem lip i tym, że zaraz będzie Piękna i cień oraz zbieg.

Zbieg był, ale z cieniem krucho. Skręcam w Myśliwiecką - ostatnie kilkaset metrów. Gorąco, gorąco, gorąco. Nie ma czym oddychać. Mąż woła, żebym przyspieszała, ale ja już biegnę siłą woli. Gdyby nie ona, wskoczyłabym do Kanału Piaseczyńskiego w poszukiwaniu ochłody. Skręcam w Agrykolę, delikatny podbieg pod mostek z pomnikiem Sobieskiego, zaraz meta. Kilka metrów przed nią wyprzedza mnie dziewczyna, z którą się wymijałyśmy nawzajem na całym zbiegu i na Myśliwieckiej. Za metą podejdzie i podziękuje mi za bieg. Ależ proszę! Przebiegam przez metę. Cień. Pić!! Dostaję medal, uścisk dłoni pani Ireny Szewińskiej, butelkę wody i idę w poszukiwaniu męża, Ironmana i cienia. Spotykamy się wszyscy, za chwilę pojawiają się znajomi, koleżanki, które biegły. Dociera do mnie wreszcie, że to był piękny bieg, że nie najgorzej rozłożyłam siły, że po Belwederskiej miałam jeszcze parę na przyspieszenie zamiast gambe di ricotta (nogi z ricotty) (Agusiu, dziękuję za wszystkie treningi - monstra!!), że moje chłopaki zapewniły mi fantastyczne wsparcie (dzięki, dzięki!) i że to w ogóle przyjemny dzień. I że życiówki są fajne, ale nie najważniejsze.

Szczęśliwe numerki? 23:51, 26 miejsce open, 4 miejsce w K-35.

Powrót na rowerze? Boski, choć mnie znowu spięło i długo wyginałam się w domu na macie.

Mój duch przekracza metę (zdjęcie z naszemiasto.pl)

5 komentarzy:

Aniaha pisze...

Czyli typowy bieg masowy ;)
Ależ Ty, Haniu, piszesz. Jeszcze, jeszcz :)

Krasus pisze...

Opis startu kapitalny;)
Gratuluję wyniku, w takich warunkach liczy się jako dwa razy lepszy!

Hankaskakanka pisze...

@Aniaha, było naprawdę fajnie, ale, jak na każdym biegu masowym, trzeba było uważać na integralność cielesną ;)
@Krasus, :)

drproctor pisze...

Ach te celebrytki... Ale dobiegła na metę, czy tylko chciała mieć fotkę na starcie?

Dota Szymborska pisze...

super relacja:) tak fajnie sie to czytalo:)))