Kiedyś musiał się przydarzyć tydzień "pod górkę", czyli taki, w którym następuje kumulacja spraw, kiepskiego samopoczucia własnego i członków rodziny oraz przedziwnego dołka treningowego. Jeśli dodać do tego deficyt snu, mamy gotowy przepis na marny moment treningowy. W skrócie: nie licząc treningów domowych (wzmacnianie brzucha + ćwiczenia od Agnieszki + codzienne rozciąganie), udało mi się upakować 2 (słownie: dwa) treningi biegowe. Ale przynajmniej bardzo mi się podobały.
Środa (22.05) - poranek na Agrykoli: 6 x podbiegi po schodach, 4 km po 5:30 min/km, 5 km po 4:52 min/km. Testowałam nowe trailówki, kupione zaledwie dzień wcześniej New Balance WT610BB2. Nazwa ogromnie skomplikowana, lecz mimo to buty chwyciły mnie za serce - lekkie, sprężyste, z agresywnym bieżnikiem. Dawały radę i na asfalcie, i na kostce, i na ubitych alejkach w Łazienkach, i na 5-kilometrówce. Można w nich przyspieszać, nie mając uczucia, jakby się próbowało robić to w kaloszach albo chodakach. I, co najważniejsze, wróciłam bez bąbli. Jeśli chodzi o trening, chyba pierwszy raz robiłam 5-kilometrówkę po podbiegach z taką łatwością. Nie, to jeszcze nie było tak, że stwierdziłam nonszalancko "phi, to ma być drugi zakres?!", ale było lżej niż do tej pory podczas podobnych treningów.
Niedziela (26.05 - tak, tak - mówiłam, że tydzień był wyjątkowy) - czas na 30-kilometrówkę. Jak na odpowiedzialną matkę dziecku i biegaczkę z ponad 6-letnim stażem przystało, podeszłam bardzo poważnie do regeneracji. Do 1 w nocy znakomicie bawiłam się na koncercie Beyonce, o której istnieniu do tej pory tylko wiedziałam i potrafiłam rozpoznać może 5 piosenek z całego koncertowego repertuaru. Wcześniej, na koncertach np. U2 albo RHCP, zdzierałam gardło na każdej piosence, a tu czułam się trochę jak kołek-matołek, ale Beyonce ma taki głos, jest tak utalentowana muzycznie i dała tak piękny koncert, że w którymś momencie po prostu zaczęłam się kiwać w rytm muzyki i cieszyć każdą piosenką. Wyszliśmy ze Stadionu po 1 i zaczęliśmy akcję "powrót do domu". Nie było łatwo - pociągi z Dworca Stadion już nie jeździły, Mostem Poniatowskiego nie jeździło nic, a tam, gdzie jeździło cokolwiek, utworzyły się wielkie korki. Na szczęście nasi przewidujący znajomi zamówili taksówkę PRZED koncertem, więc wystarczyło pokonać parę kilometrów w celu jej odnalezienia, podjechać do stacji Veturilo, w której były rowery i z wiatrem we włosach, basami dudniącymi jeszcze w klacie i "to the left, to the left" pobrzmiewającym w głowie, podjechać prawie pod własne drzwi. A potem regenerujące 4,5 godziny snu i dziecięcy głosik wołający donośnie "mamusiu!!". Koniec spania.
Po rodzinnym śniadaniu zaczęłam zbierać się na swoją wycieczkę biegową, a szło mi to więcej opornie ze względu na pozostawanie w stanie zbliżonym do śpiączki. Wypiłam szklankę czerwonej mikstury Powergym (tej z węglowodanami złożonymi), tylko dzięki temu, że mąż wpadł na pomysł, jak sprawić, żeby była mniej ohydna w smaku - wcisnąć pół cytryny. Z cytryną można to wypić bez uczucia większej przykrości. Zabrałam camelbacka z wodą, 1 żel, bluzę z długimi rękawami, parę złotych i wybiegłam z domu. Postanowiłam pobiec do Lasu Kabackiego i tam dokręcić brakujące kilometry. Mąż z Ironmanem mieli mnie zgarnąć z parkingu w Powsinie.
Pierwsze kilometry były średnio przyjemne. Dopiero po 5-6 rozkręciłam się i poczułam, jak słodko jest biec sobie niespiesznie przez miasto, nie spinać się z trzymaniem tempa, patrzeniem na Garmina. Zbiegłam Belwederską, podreptałam Sobieskiego do przejścia przez Wilanowską, z perspektywą na Wyciskarkę do Cytrusów, łyknęłam żel, dobiegłam do Powsińskiej, przy której spotkałam jadącą z naprzeciwka na rowerze koleżankę. Chwila przerwy na wymianę serdeczności i nowin i pobiegłam dalej. Wbiegłam do Lasu od strony parkingu przy Parku Kultury i Rozrywki. Kiedy znalazłam się przy Polanie Powsińskiej, miałam na liczniku ponad 18 km. Dołożyłam 11 i zameldowałam się na parkingu z wynikiem 29.2-29.3 (wynik mniej-więcj, bo Garmin długo nie mógł złapać satelity i kawałka trasy w ogóle nie doliczył). Średnie tempo z obliczonego przez Garmina odcinka - 5:45 min/km, z czego jestem bardzo szczęśliwa, bo nigdy wcześniej nie udało mi się zrobić tak szybkiego długiego wybiegania. Co najciekawsze, kiedy już nadrobiłam wszystkie (mam nadzieję!) straty kaloryczne, wzięłam prysznic, czułam się znakomicie. Jakbym zrobiła znacznie krótszy trening.
Zobaczymy, co będzie w tym tygodniu.
Miłego!
poniedziałek, 27 maja 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Tydzień z 30-kilometrowym wybieganiem nie może być słabym tygodniem :-)
Bardzo jestem ciekawa jak Ci pójdzie ten start i mocno trzymam kciuki.
brzmi bajecznie :)
Ta przebieżka brzmi strasznie, prawie 30km po takich atrakcjach! Szacun jak to mówi dzisiejsza młodzież :)
No proszę Cię - dwa treningi biegowe? Ale za to jakie! 30-tka liczy się podwójnie, szczególnie poprzedzona takimi atrakcjami. Będzie dobrze :) fajnie że nowe buty od razu ci przypasowały, ja się rozglądam za nowymi na asfalt, może poprzymierzam własnie New Balance'y :)
@Emilia, ja też jestem ciekawa i bardzo dziękuję za kciuki :)
@Aniaha, :)
@Leszek Deska, nigdy nie wiadomo, co organizmowi posłuży ;)
@Ava, na asfalt też będę mierzyć NB :)
Prześlij komentarz