niedziela, 12 maja 2013

8 tygodni do MGS

Biegam już z kolejnym, 4-tygodniowym, odcinkiem planu. Agnieszka, po przeanalizowaniu poprzedniego miesiąca, doszła do wniosku, że trzeba mi jeszcze więcej pracy w systemie mieszanym (to te treningi, po których widzę w stop klatkach). W międzyczasie przyszły pierwsze upały, zaczęło pylić wszystko (nie mam stwierdzonych żadnych alergii wziewnych, ale szczypanie w oczach i drapanie w gardle odczułam), w domu zaraza. Trzeba było to wszystko zabiegać.

Poniedziałek (06.05) - crossfit, o którym już pisałam (ten z T.Rexem i Gollumem). Szukam okazji cenowej na T.Rexy, bo takie urządzenie niezmierne przydałoby mi się na wyjazdy wakacyjne. Zabiera mało miejsca, można sobie to podwiesić na pierwszej lepszej grubej gałęzi i nie odpuszczać treningów siłowych.

Środa (08.05) - clubbing na Agrykoli, ale w jakiej oprawie! Spóźniliśmy się z mężem dosłownie o 10 sekund i nasz pojazd nie został wpuszczony na Myśliwiecką. Zaparkowaliśmy gdzie indziej, po czym galopem udaliśmy się w stronę miejsca zbiórki. Zanim tam dotarliśmy, zostaliśmy zatrzymani przez rosłych policjantów "A państwo dokąd?" "Na trening" "Musicie akurat teraz?" "Musimy, bo mamy treningi w środy o 18:30, na stadionie. Już i tak jesteśmy spóźnieni." Policjanci spojrzeli na nas i chyba stwierdzili, że nie stanowimy zagrożenia dla autokaru pełnego kibiców Lechii Śląska Wrocław*, którzy właśnie wysiadali przy Myśliwieckiej. Puścili i jeszcze powiedzieli, że nasza grupa już pobiegła prosto na stadion. Zatkało mnie z wrażenia.

Na stadionie zrobiliśmy rozgrzewkę, kolejną porcję ćwiczeń z techniki i pliometrii (kilka razy o mało nie dostałam zawału, gdyż przy "Źródełku" strzelały petardy), a następnie Agnieszka rozdała nam zadania i tempa. Dla mnie 4 x 200 m na 200-metrowych przerwach + 200 m z 400-metrową przerwą + 800 m. Tempa łagodne: 49-50 sek na 200 m i 3:24 na 800 m. Dwusetki pobiegłam 48-49 sek - to tempo przychodziło mi naturalnie i, rzeczywiście, bez większej napinki. Z 800-tką było gorzej - w ogóle nie mogłam wyczuć tempa i raz biegłam stanowczo za wolno, innym razem stanowczo za szybko. W sumie wyszło 3:27, ale przy akompaniamencie śpiewanym "Puchar jest nasz". Rozciąganie i do domu. Ja, bo mąż, prosto po treningu, poleciał na stadion po drugiej stronie Myśliwieckiej.

Piątek (10.05) - bardzo ciekawy dzień. Po trzeciej nocy, prawie nieprzespanej z powodu bólu odkręgosłupowego, nastał ciepły, słoneczny dzień. Miałam zaplanowany milion spraw do załatwienia, ale... nagle się okazało, że większość się zdezaktualizowała lub może poczekać. Korzystając z luksusu podarowanego czasu, wyrwałam się z domu na trening. I to do Lasu Kabackiego (bo i tak miałam coś do załatwienia na Ursynowie). Było gorąco, w poprzek ścieżki, prowadzącej w przeciwnym kierunku do trasy GPW, napotkałam prawdziwe bajoro, ale tak dobrze się biegało! 12 km, które miały być po 5:30 min/km, a były, z wrażenia, po 5:26 min/km. Nogi robiły co chciały! Lekki, przyjemny, radosny trening.

Późnym popołudniem oddałam swój kręgosłup w ręce Cudotwórcy i, okazuje się, że przeprowadziłam słuszną autodiagnozę - zablokowany odcinek piersiowy od... stopy. Tak, tej pechowej prawej (o pechu jeszcze za chwilę), a stopa cała pospinana od... złamanego zimą małego palca. Kiedy Cudotwórca zabrał się za jego rozluźnianie, prawie się popłakałam - ból chyba gorszy niż przy złamaniu. Prawie 40 minut katuszy i wyszłam jak nowa.

Pocieszyłam się tym stanem przez jakieś 10 minut. Kiedy mąż oddawał swoje kolano w ręce Cudotwórcy, ja ganiałam za Ironmanem po okolicznym placu zabaw. Aż do czasu, kiedy Ironman, siedząc na pięterku jednej z piekielnych konstrukcji zabawowych, spuścił mi na palce u prawej stopy (tak, tak, tej pechowej!), obutej jedynie w fikuśny klapek kauczukowy, jakiś plastikowy walec, który ważył ze 2 kg. Pokazały mi się wszystkie gwiazdy na firmamencie, obroty ciał niebieskich i układ słoneczny, gdyż syneczek precyzyjnie trafił krawędzią walca w drugi palec (licząc od dużego palucha). Pół godziny później dokuśtykałam do Cudotwórcy, który obejrzał paluch i stwierdził, że nie złamany, ale mocno zbity lub pęknięty. Zalecił plastrowanie, okład z lodu i kieliszek czerwonego wina. No to z 5 palców do złamania lub rozpęknięcia zostały jeszcze 3. Myślicie, że do końca roku się wyrobię?

Niedziela (12.05) - zaatakowany palec prawie nie boli, ładnie zsiniał, opuchlizna prawie zeszła. Przy niedzieli został mi podarowany kolejny luksus, tzn. bieganie z mężem. To był jeden z "tych" treningów: mocniejsze bieganie zakończone wbieganiem po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim. Teoria: 2 x (25 minut po 4:48 min/km + 20 minut po 5:48 min/km) + 5 x schody. Patrząc smętnie na kartkę z rozpiską, wiedziałam, że nie będzie łatwo. I nie było, zwłaszcza, że jakieś ciężkie nogi miałam. Rozgrzewka, ruszamy z pierwszą 25-minutówką - wg mojego Garmina wyszła średnio po 4:51, ze względu na strasznie wolny pierwszy kilometr, bo pozostałe 4 z hakiem były żwawe. Potem 20 minut truchtania po Łazienkach i okolicach - bzy i kasztany kwitną jak szalone. Wracamy na Kanał Piaseczyński na kolejne 25 minut - w ogóle nie mogłam się rozpędzić, choć mąż zagrzewał mnie do boju. Tylko jeden kilometr (czwarty) przebiegłam poniżej 4:50 (w 4:45) - średnie tempo takie, jak z pierwszej 25-minutówki. Już miałam naprawdę dosyć wszystkiego, a tu jeszcze 20 minut wolnego biegu i schody... Mąż poleciał przejąć Ironmana, ja pokrążyłam sama po Łazienkach, przybiegłam na ostatnich nogach pod schody i po prostu po nich wpełzłam na górę. Drugie podejście - to samo. Dopiero na trzecim się pozbierałam i zaczęłam podbiegać, a nie podchodzić. Czwarte, piąte - już siłą rozpędu. Na górze rozciągnęłam łydki i poleciałam do męża i Ironmana. Potrzeba było wiele wody, izotoniku i fury makaronu z rozmaitymi wiosennymi zielonościami, żebym w ogóle doszła jako tako do siebie. Byłam bardziej zmęczona niż po ostatnim półmaratonie.

No więc, wykorzystując chwilę wolnego popołudnia, zabieram się za jednostkę regeneracyjną, czyli za drzemkę. Nikt nic lepszego w dziedzinie regeneracji nie wymyślił.

A skoro o regeneracji i wiosennej zieleninie mowa, przy okazji podzielę się przepisem na wiosenne risotto (wersja bezalkoholowa ze względu na Ironmana), proporcje na 2 osoby dorosłe i 1 dziecko, które nie narzeka na brak apetytu:

1 szklanka i 2-3 łyżki białego okrągłego ryżu
1 spora cebula
2 łyżki oliwy
0.7 litra bulionu warzywnego
5-6 garści umytego, osuszonego i z grubsza poszatkowanego szpinaku
Kilkanaście listków czosnku niedźwiedziego lub 2 garście szczawiu lub botwinki (umytych, osuszonych i ewentualnie poszatkowanych)
Spora garść posiekanego szczypiorku
2 łyżki stołowe koziego twarożku (można zastąpić 2 łyżkami gęstej, kwaśnej śmietany)
1 łyżka masła
Zmielony czarny pieprz
Sól do smaku

Obraną i poszatkowaną cebulę szklimy na oliwie, dodajemy ryż i smażymy parę minut, mieszając. Zalewamy zawartość patelni 2 szklankami gorącego bulionu (obok patelni z risotto mam rondelek z bulionem, który "mruga" na małym ogniu) i gotujemy, od czasu do czasu mieszając, do momentu wchłonięcia bulionu, dolewamy kolejną szklankę, gotujemy do wchłonięcia, dolewamy i tak dalej. Po 15 minutach dodajemy szpinak i drugi rodzaj listków. Po 1-2 min dodajemy kozi twarożek (lub śmietanę), mieszamy. Dodajemy masło, szczypiorek, pieprz i, jeżeli risotto jest za gęste (powinno mieć lekko lejącą się konsystencję), dodajemy jeszcze tyle bulionu, ile potrzeba. Doprawiamy, w razie potrzeby, solą i podajemy natychmiast. Smacznego!

*Errata: mąż się nieco oburzył, że nie odróżniam Lechii od Śląska Wrocław. 

7 komentarzy:

Leszek Deska pisze...

Mam nadzieję że palec przeżyje jakoś ten zamach :) treningi ciekawe, chyba trochę inspirowane Danielsem? Bo mi trochę podobnie wyglądają do moich zaplanowanych na późniejszy okres. Ciężkie ale na pewno dużo dadzą w MGS'ie!

Hankaskakanka pisze...

@Leszek, tak, pisałam o tym już nie raz, że plany, które układa dla mnie Agnieszka są inspirowane Danielsem. Obydwu nam bardzo podoba się Daniels' formula :)

drproctor pisze...

To może i ja tego Danielsa przeczytam ;-)

Adam pisze...

Zdolne dziecko, z tym trafieniem w palec. Taka precyzja w tak młodym wieku. Nic tylko podziwiać :)

@Drproctor - warto przeczytać. Użyteczna książka.

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, dla mnie to najlepsza książka o metodach treningowych :)
@Adam, bardzo zdolne - koordynacja ruchowa na 6 z plusem :)

Ava pisze...

O, a jutro kupuję składniki i robię powyższe risotto - bardzo smakowicie się zapowiada :) A jak zrobię taki trening jak twój, to jeszcze na deser się miejsce znajdzie ;-)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, polecam risotto :) Bardzo dobrze w nim "idą" również listki kalarepy. Jeśli chodzi o trening, jak sama widziałaś, deser był nieodzowny ;)