Dlaczego, ni z gruszki ni z pietruszki, o podbiegach? Dlatego, że treningiem z podbiegami zaczęłam kolejny tydzień przygotowań. To był zaległy trening z tygodnia 10-tego. W teorii wyglądał tak: 6 x 200 m podbiegów / 200 m przerwy w truchcie, 1 km wolnego biegu, 20 min po 4:48 min/km. W praktyce (wtorek, 30.04) wszystko pokręciłam - w pośpiechu spojrzałam na kartkę z rozpiską, nie zabrałam jej ze sobą i było trochę inaczej. To znaczy: stawiłam się na Agrykoli już o zmierzchu. Zrobiłam kilka minut rozgrzewki, po czym ruszyłam najpierw z 20-minutówką. Nie potrafiłam wyczuć tempa, ale biegło mi się znacznie przyjemniej niż w niedzielę. Czy dlatego, że tempo miało być o 6 sek wolniejsze, czy dlatego, że w niedzielę przełamałam w sobie jakąś barierę zmęczenia? Nie wiem. Mimo problemów z wyczuciem tempa oraz Gackowych fanaberii z gubieniem satelity, udało mi się pobiec w 4:49 min/sek. Wzorcowo (jak na mnie i moje skłonności do robienia "zapasu" tempowego albo wmawiania sobie, że tak szybko to nie dam rady). Ale najpiękniejsze były 200-metrówki pod górę. Na porównywalnym zmęczeniu biegałam je w okolicach 5 min/km, najszybszą w 4:59 min/km - była niestety szósta i ostatnia, a mnie się chciało jeszcze i jeszcze i jeszcze.
Pomyślałam sobie jednak, że mogę zmienić zdanie, gdy przyjdzie do robienia podbiegów na kolejnym treningu typu "monstrum". I potulnie przeszłam do schładzającego truchtu.
Ciekawe, jak by wyglądał trening, gdybym zrobiła go zgodnie z rozpiską?
Środa, 1 maja (już??? maj???) - Ironman dawał dziadkowi wycisk na placu zabaw, a my z mężem skorzystaliśmy z kolejnej okazji do pobiegania we dwoje. Zrobiliśmy spokojne (po 5:40 min/km) 12 km, głównie po Lasku Bemowskim, w którym nie byłam od zamierzchłego dzieciństwa. Miejscami było fioletowo od kwitnących fiołków, konwalie rozwijają liście, musieliśmy zawracać z jednej ścieżki, gdyż na drodze stanęło nam ogromne bajoro z rozlewiskami, śpiewały ptaszki, spotkaliśmy mało ludzi - było wspaniale. Co prawda na pierwszym kilometrze nie mogłam wycisnąć z siebie tempa poniżej 6:00 min/km, bo nogi miałam dziwnie (?) zdrewniałe, ale potem było tylko coraz lepiej i żwawiej. Ironman tym razem nie zmuszał dziadka do ćwiczenia podbiegów, ale nauczył się chodzić, a nawet biegać, po równoważni i wspinać po drabinkach.
Piątek, 3 maja - Bieg Konstytucji, w którym nie wystartowałam, bo... poprzedniego dnia zabrałam się za porządki. I, być może daję radę machać kettlami (zwanymi przez jedną z koleżanek "bombkami", co uważam za urocze pod każdym względem), wyciskać pompki oraz składać się w 50 scyzoryków na minutę, ale dopiero odkurzanie wykończyło mój kręgosłup. Po prostu nagle coś zabolało, a potem to już poszło po całości - ból w górze pośladka, idący po przywodzicielu do łydki, przez Achillesa i piętę, a na górze - przez brzuch do barku i szyi. Bardzo naokoło, ale dosadnie. Próbowałam to wieczorem rozciągnąć - nic z tego. Napisałam zrozpaczonego sms-a do Agnieszki, która zasugerowała ćwiczenie rozluźniające - trochę pomogło, ale nie do końca. Rano było tak samo, w dodatku padał deszcz, więc zrezygnowałam z pomysłu na trucht z wózkiem. Ja to ja, ale mąż biegł, zatem odstawiliśmy Ironmana do mieszkającego w okolicy wujka. Mąż potruchtał na start, ja poszłam sobie powolutku myśląc, że może pochopnie zrezygnowałam, bo przecież nic nie boli. Dopóki nie zrobiłam 5 kroków w truchcie.
Stanęłam kilkaset metrów od startu, pokibicowałam zawodnikom na wózkach (wszyscy stojący obok zachowali pełną godności ciszę), pojawili się pierwsi biegacze. Ach, jak pięknie biega Michał Kaczmarek! Jak bardzo bym chciała tak ładnie technicznie (o ułamku szybkości nawet nie śmiem marzyć)... Sąsiedzi wpatrzeni smętnie w biegaczy, ja klaszczę, krzyczę "brawoooo", najgłośniejszy doping, zostawiając, a jakże, dla męża. Wyłuskuję z tłumu znajome twarze i kibicuję im "imiennie", sąsiedzi wciąż patrzą w dal, niczym Anna Maria z romantycznej piosenki Seweryna K. W końcu nie wytrzymałam i mówię do sąsiada z lewej - "A może tak zrobimy hałas?". Pan się zacukał, bo może zaraz poproszę go o pieniądze albo o przyłączenie się do programu lojalnościowego czy też podpis pod petycją, i odparł, że on nie może, bo trzyma aparat. Sąsiad z prawej powiedział, że on trzyma parasol i na wszelki wypadek odszedł. A potem przyszły dwie starsze panie z kołatkami i pokazały jak się dopinguje. Kiedy przebiegli ostatni zawodnicy, przeniosłam się z kibicowaniem bliżej mety, gdzie znów miałam okazję podziwiać lot Michała Kaczmarka nad asfaltem. Kibicowałam wypatrując męża, który ostatecznie zameldował się z czasem 19:58, osiągając wymarzony wynik poniżej 20 minut. O mało nie pękłam z dumy. Potem długo nie mogliśmy się znaleźć, dzięki czemu miałam okazję spotkać dużo znajomych, aż w końcu wypatrzyliśmy się i można było wyzwolić wujka spod jarzma siostrzeńca, a następnie udać się na celebracyjny obiad.
Jednostkę treningową pt. start zamieniłam na bitą godzinę rozciągania, która wyraźnie pomogła. Ćwiczenia od Agnieszki również. Niestety, w sobotę rano znowu było gorzej, więc po południu zrobiłam okrojoną powtórkę z piątku (40 minut). Byłoby więcej, gdyby nie to, że Ironman postanowił mi uatrakcyjnić ćwiczenia. Siad płotkarski z 2-latkiem na plecach - co to za jednostka treningowa? Zastosowałam również okłady z celulozy - dotarł do mnie, dzięki importowi indywidualnemu podróżującej rodziny, nowy numer "Correre", a Poczta Polska zapewniła przed weekendem majowym dostawę świeżutkiego "Trail Runner. Po rozciąganiu i leżeniu z lekturą czułam się bardzo dobrze. Niestety, 2 godziny w fotelu kinowym zniweczyły wszystkie starania. Auć, auć, auć.
Niedziela (05.05) - czas na kolejny trening typu monstrum - ostatnim z 4-tygodniowego planu. Na wszelki wypadek spisałam sobie wszystko na kartce, postanowiłam olać bóle wędrujące, za namową męża wystroiłam się w krótkie spodenki, pożegnałam rodzinę przy Parku Ujazdowskim i poleciałam na Agrykolę. Trening od strony teoretycznej: rozgrzewka, 2 km po 4:42 min/km, 1 km wolno, 6 x 100 m podbiegu (100-metrowa przerwa w truchcie), 1 km wolno, 2 km po 4:42 min/km, 1 km wolno, 6 x podbieg na 4-5 piętro, 2 km po 4:42 min/km, schłodzenie. Kartka była niezbędna, bo ferworze walki mogłabym wszystko pokręcić. Pierwsza dwukilometrówka wyszła za szybko - 4:39 min/km, podbiegi po 29-31 sekund, druga dwukilometrówka - jak marzenie: 4:42 min/km, schody - jak to schody - masakra. Pot zalewał mi oczy, starałam się nie patrzeć w stronę ludzi siedzących nad jedzeniem i piciem (zwłaszcza piciem!!) na tarasie przed Zamkiem Ujazdowskim. Wreszcie wbiegłam ostatni raz i ruszyłam z dwukilometrówką. No i to było dopiero wyzwanie, bo nogi miałam jak z ołowiu. Rozpędziłam się do 5 min/km na pierwszym kilometrze i dopiero na drugim osiągnęłam docelowe średnie tempo 4:42 min/km. Odebrałam rodzinę z Parku Ujazdowskiego i, syta chwały, wróciłam do domu.
Ciekawe, co na to mój kręgosłup? Jutro i tak sprawię mu łomot na crossficie.
Miłego tygodnia!
Piątek, 3 maja - Bieg Konstytucji, w którym nie wystartowałam, bo... poprzedniego dnia zabrałam się za porządki. I, być może daję radę machać kettlami (zwanymi przez jedną z koleżanek "bombkami", co uważam za urocze pod każdym względem), wyciskać pompki oraz składać się w 50 scyzoryków na minutę, ale dopiero odkurzanie wykończyło mój kręgosłup. Po prostu nagle coś zabolało, a potem to już poszło po całości - ból w górze pośladka, idący po przywodzicielu do łydki, przez Achillesa i piętę, a na górze - przez brzuch do barku i szyi. Bardzo naokoło, ale dosadnie. Próbowałam to wieczorem rozciągnąć - nic z tego. Napisałam zrozpaczonego sms-a do Agnieszki, która zasugerowała ćwiczenie rozluźniające - trochę pomogło, ale nie do końca. Rano było tak samo, w dodatku padał deszcz, więc zrezygnowałam z pomysłu na trucht z wózkiem. Ja to ja, ale mąż biegł, zatem odstawiliśmy Ironmana do mieszkającego w okolicy wujka. Mąż potruchtał na start, ja poszłam sobie powolutku myśląc, że może pochopnie zrezygnowałam, bo przecież nic nie boli. Dopóki nie zrobiłam 5 kroków w truchcie.
Stanęłam kilkaset metrów od startu, pokibicowałam zawodnikom na wózkach (wszyscy stojący obok zachowali pełną godności ciszę), pojawili się pierwsi biegacze. Ach, jak pięknie biega Michał Kaczmarek! Jak bardzo bym chciała tak ładnie technicznie (o ułamku szybkości nawet nie śmiem marzyć)... Sąsiedzi wpatrzeni smętnie w biegaczy, ja klaszczę, krzyczę "brawoooo", najgłośniejszy doping, zostawiając, a jakże, dla męża. Wyłuskuję z tłumu znajome twarze i kibicuję im "imiennie", sąsiedzi wciąż patrzą w dal, niczym Anna Maria z romantycznej piosenki Seweryna K. W końcu nie wytrzymałam i mówię do sąsiada z lewej - "A może tak zrobimy hałas?". Pan się zacukał, bo może zaraz poproszę go o pieniądze albo o przyłączenie się do programu lojalnościowego czy też podpis pod petycją, i odparł, że on nie może, bo trzyma aparat. Sąsiad z prawej powiedział, że on trzyma parasol i na wszelki wypadek odszedł. A potem przyszły dwie starsze panie z kołatkami i pokazały jak się dopinguje. Kiedy przebiegli ostatni zawodnicy, przeniosłam się z kibicowaniem bliżej mety, gdzie znów miałam okazję podziwiać lot Michała Kaczmarka nad asfaltem. Kibicowałam wypatrując męża, który ostatecznie zameldował się z czasem 19:58, osiągając wymarzony wynik poniżej 20 minut. O mało nie pękłam z dumy. Potem długo nie mogliśmy się znaleźć, dzięki czemu miałam okazję spotkać dużo znajomych, aż w końcu wypatrzyliśmy się i można było wyzwolić wujka spod jarzma siostrzeńca, a następnie udać się na celebracyjny obiad.
Jednostkę treningową pt. start zamieniłam na bitą godzinę rozciągania, która wyraźnie pomogła. Ćwiczenia od Agnieszki również. Niestety, w sobotę rano znowu było gorzej, więc po południu zrobiłam okrojoną powtórkę z piątku (40 minut). Byłoby więcej, gdyby nie to, że Ironman postanowił mi uatrakcyjnić ćwiczenia. Siad płotkarski z 2-latkiem na plecach - co to za jednostka treningowa? Zastosowałam również okłady z celulozy - dotarł do mnie, dzięki importowi indywidualnemu podróżującej rodziny, nowy numer "Correre", a Poczta Polska zapewniła przed weekendem majowym dostawę świeżutkiego "Trail Runner. Po rozciąganiu i leżeniu z lekturą czułam się bardzo dobrze. Niestety, 2 godziny w fotelu kinowym zniweczyły wszystkie starania. Auć, auć, auć.
Niedziela (05.05) - czas na kolejny trening typu monstrum - ostatnim z 4-tygodniowego planu. Na wszelki wypadek spisałam sobie wszystko na kartce, postanowiłam olać bóle wędrujące, za namową męża wystroiłam się w krótkie spodenki, pożegnałam rodzinę przy Parku Ujazdowskim i poleciałam na Agrykolę. Trening od strony teoretycznej: rozgrzewka, 2 km po 4:42 min/km, 1 km wolno, 6 x 100 m podbiegu (100-metrowa przerwa w truchcie), 1 km wolno, 2 km po 4:42 min/km, 1 km wolno, 6 x podbieg na 4-5 piętro, 2 km po 4:42 min/km, schłodzenie. Kartka była niezbędna, bo ferworze walki mogłabym wszystko pokręcić. Pierwsza dwukilometrówka wyszła za szybko - 4:39 min/km, podbiegi po 29-31 sekund, druga dwukilometrówka - jak marzenie: 4:42 min/km, schody - jak to schody - masakra. Pot zalewał mi oczy, starałam się nie patrzeć w stronę ludzi siedzących nad jedzeniem i piciem (zwłaszcza piciem!!) na tarasie przed Zamkiem Ujazdowskim. Wreszcie wbiegłam ostatni raz i ruszyłam z dwukilometrówką. No i to było dopiero wyzwanie, bo nogi miałam jak z ołowiu. Rozpędziłam się do 5 min/km na pierwszym kilometrze i dopiero na drugim osiągnęłam docelowe średnie tempo 4:42 min/km. Odebrałam rodzinę z Parku Ujazdowskiego i, syta chwały, wróciłam do domu.
Ciekawe, co na to mój kręgosłup? Jutro i tak sprawię mu łomot na crossficie.
Miłego tygodnia!
6 komentarzy:
mimo wszystko Haniu, bradzo pracowity tydzien.
A podbiegi są fajne. Ja obię podchody, czyli podchodzę pod górkę pod którą kiedyś podbiegałam, nudzę się strasznie, ale na końcu... i tak czuję mięśnie w tyle. Czyli coś daje :)
@Aniaha, na pewno daje! Czy w biegu, czy w podchodzeniu to jest super ćwiczenie na nogi i pupę. I dla serca bardzo dobre.
Twoja opowieść o kibicowaniu znowu przypomniało mi pierwszy kilometr tegorocznej Maniackiej Dziesiątki. Czułem się jak na pogrzebie co najmniej...
Bardzo ładny tydzień :-)
@DrProctor, tak, tak - właśnie! Atmosfera jakby przechodził kondukt pogrzebowy. Z czego to wynika?
Te kombinowane treningi szybko
+ podbiegi wyglądają tym bardziej zachęcająco, im bardziej są wymagające. Przynajmniej z punktu widzenia czytelnika ;)
@Adam, są potwornie męczące, ale je lubię :)
Prześlij komentarz