Poniedziałek (13.05) - crossfitem tydzień się zaczyna. Nawet się zastanawiałam, czy iść, bo czułam spadek energetyczny po niedzielnym złomotaniu treningowym, a we wtorek czekał mnie debiut na tartanie, czyli 1000 m w Warsaw Track Cup. Ale pomyślałam sobie, że na krótkich dystansach i tak nie mam szans na złotą patelnię, że 1 km powinnam raczej pokonać, a crossfit jest mi potrzebny długofalowo. No i, przede wszystkim, że strasznie lubię te treningi ze względu na walor rozrywkowo-zabawowy. Decyzja zapadła.
Było przyjemnie chłodno, dzięki temu pusto, tylko komary stawiły się w liczbie nieogarnialnej. Cięły przez spodnie, przez koszulki i dopingowały do jak najsprawniejszego wykonywania ćwiczeń. Nowości? A jakże - były. Nowe ćwiczenie na TR(e)Xie - wkładamy nogi w uchwyty, podpieramy się na przedramionach jak do pompki i przyciągamy kolana do brzucha. Ranyboskie... Mistrz wycisku. Już wiem, dlaczego NIEKTÓRZY biwakowicze mieli zdjęcia z twarzą wciśniętą w matę po wykonaniu ćwiczenia. Wróciły rzuty oponami, doszły nowe ewolucje na brzuch - z piłkami lekarskimi. No i klasyka: machanie bombkami (fachowo zwane "kettleswings"), wykroki z bombkami oraz bieg przerywany "burpees" (nie znoszę, nie znoszę, nie znoszę).
Nasza drużyna (Rafał, Kuba i ja) znów zajęła pierwsze miejsce, ale tym razem ex aequo z drużyną "Zajebiste PKSy" (Kasia, Maciek, Łukasz), a po wszystkich hulankach na świeżym powietrzu, czekało na nas przepyszne ciasto czekoladowo - bananowe, upieczone przez Kasię. Gdyby nie liczne ukąszenia komarów - idealny wieczór.
Wtorek (14.05) - mój pierwszy raz na tartanowych wyścigach, ale o tym już było w poprzednim odcinku. W bonusie dostałam jeszcze atrakcje odkręgosłupowe - 3 dni wyjęte ze sportowego życiorysu. Wrrrrr....
Piątek (17.05) - spotkałam się z Agnieszką na oglądanie kręgosłupa i szukanie wyjścia z sytuacji. Trwało to 1 godzinę 40 minut. Mam skrzywiony kręgosłup w odcinku lędźwiowym, napięcia, napięcia, napięcia wszędzie. Mrs Tension. Agnieszka porozluźniała znów najbardziej newralgiczne punkty i dała mi całą listę ćwiczeń do robienia w domu. Ćwiczenia rozciągające mam robić codziennie. Ćwiczenia siłowe - 2 razy w tygodniu (nie licząc crossfitu i ewentualnej siłowni). Wyszłam z poczuciem, że wreszcie wiem, co robić i że może kiedyś będzie dobrze.
Sobota (18.05) - w piątek nie mogłam jeszcze biegać, więc wyszłam w sobotni poranek. Niezbyt wcześnie, gdyż długo mieliśmy w domu koncert z okazji Juwenaliów, pełną mocą niosący się z Pól Mokotowskich przez ciepłą, cichą, majową noc. Dopóki grał Myslovitz było jeszcze całkiem przyjemnie, a potem tak więcej łubudubułubudubu. Nie wiem, o której skończyli, bo zasnęłam, z dudnieniem w uszach, przed północą. Rano było gorąco, więc skoczyłam na Agrykolę, żeby skorzystać z cienia drzew w Łazienkach i nad Kanałem Piaseczyńskim, oraz powiewu od wody. Łazienki opanowane przez biegaczy, na stadionie widziałam wzruszający obrazek - dwoje starszych państwa (myślę, że zbliżających się lub już należących do kategorii K i M 80), truchtających wokół bieżni, bzy kwitną, kasztany kwitną, wszystko kwitnie i pachnie. Najpierw 5 km po 5:30 min/km (wyszło 5:27-5:28), a potem 5 km po 4:52. Pierwsze 3 km za szybko (4:44, 4:49, 4:48), a na czwartym kilometrze poczułam "pyk" w kręgosłupie, spięcie w prawym prostowniku i bolesne spięcie w górze brzucha. Ach, znam to - przepona zablokowana, trudno złapać oddech, boli jak diabli. No więc 4 km po 4:58, 5 - 4:56. Skończyłam ze łzami w oczach, bo potwornie bolało. Ale trening był i tak fantastyczny, ze względu na piękne okoliczności przyrody i niepowtarzalne. W domu zrobiłam ćwiczenia zadane przez Agnieszkę, długo się rozciągałam - pomogło.
Pod wieczór wybraliśmy się jeszcze na rodzinną wycieczkę rowerową po Warszawie. Tak strasznie chciało mi się pojeździć! Mąż wiózł Ironmana w foteliku, ja kręciłam za nimi lub przed nimi - zaliczyliśmy rozrywki gastronomiczne, kulturalne (załapaliśmy się na Noc Muzeów - czy wiecie, że w jednej z kamienic składających się na Muzeum Historyczne m.st. Warszawy ocalał XVI-wieczny strop?) i, rzecz jasna, na radochę z pomykania po ulicach Warszawy. Maj warszawski potrafi być naprawdę urzekający.
Niedziela (19.05) - spokojne wybieganie po Lesie Kabackim. 20 km po 5:35 min/km (zgodnie z planem - jupi!). Jej, jak bardzo mi brakowało takiego biegania! Już się cieszę na zbliżającą się, jeszcze spokojniejszą 30-tkę. Wyjechaliśmy z domu dość późno, robiło się coraz cieplej, więc zabrałam camelbacka z wodą, żeby nie patrzeć pożądliwie na wodę w bajorze jakieś 300 m od zakrętu od strony Moczydłowskiej. Mąż zabrał rower z fotelikiem dla Ironmana, któremu wczoraj bardzo spodobała się jazda w charakterze pasażera (sam pięknie pomyka na rowerku biegowym, jednak, bidulek, nie osiąga takich prędkości jak tata; jeszcze!). Gdy tylko ruszyliśmy od strony parkingu w Powsinie, spotkaliśmy Krassusa, szukającego dobrego miejsca do podbiegów i prezentującego piękne buty New Balance w kolorze blue. Ja też dziś debiutowałam w New Balance'ach - trailówkach, które kupiłam rok temu z myślą o Maratonie Karkonoskim, a które miałam na sobie parę razy w charakterze butów ortopedycznych, gdy zaczynałam kuśtykać po zdjęciu powabnego sandała. Ponieważ Maraton Gór Stołowych zbliża się wielkimi krokami, stwierdziłam, że może czas najwyższy na test butów. Chyba specjalny anioł stróż mnie natchnął tym pomysłem, ale o butach jeszcze za chwilę. Pożegnaliśmy się z Krassusem i pobiegłam dalej, w towarzystwie moich rowerowych chłopaków. Po 7 km poczułam, że testowany obuw obciera mi prawego halluksa. Ojoj. W ogóle przez pierwsze 10 km trochę się męczyłam, mimo dalszych miłych spotkań towarzyskich i obstawy rodzinnej. Po ponownym dobiegnięciu w okolice Polany Powsińskiej, chłopaki pojechały w stronę parkowego placu zabaw, ja pokicałam na drugie okrążenie. Na 11 km odzyskałam życie, choć prawy halluks ugniatany był coraz gorliwiej, a i lewemu zaczęło się obrywać. Po 16 km wiedziałam już, że mam wielki bąbel, ale nadal sobie beztrosko biegłam. Parę razy zatrzymałam się na picie - obsługa camelbacka w biegu, tzn. wyjęcie rurki z "uchwytu", odkorkowanie jej i napicie się, przekracza moje skromne zdolności w zakresie koordynacji ruchowej. Trzeba będzie poćwiczyć. Na samej końcówce spotkałam znajomego, który biega bardzo, bardzo, ale to bardzo szybko i zwolnił do mojego skromnego tempa - zamieniliśmy kilka zdań i on pobiegł dalej po pętli, a ja skręciłam w stronę placu zabaw. Gdy dobiegłam do dębu - pomnika przyrody, Garmin pokazał 20 km. To był sygnał, żeby rzucić się na trawę. Napisałam sms-a do męża i oddałam się miłemu odpoczynkowi w słońcu. Było słodko.
W domu zaliczyłam jeszcze ponad pół godziny rozciągania - jest trochę lepiej, ale jeszcze nie idealnie. Mam nadzieję, że powoli dojdę do stanu bezbólowego. Jeśli chodzi o buty, tak - bąbel jest cudownej urody na prawym halluksie, a na lewym byłby za 10-12 km. Czyli albo pobiegnę w starych Mizunach, albo znajdę odpowiednie buty i zdążę je jeszcze trochę obiegać. A NB zostaną na piesze wycieczki w tempie spacerowym. Za to camelback sprawił się cudnie - żadnych obtarć, mimo że biegałam dziś w koszulce na ramiączkach. Jeszcze tylko podszkolę się w temacie "picie w biegu" i będzie bosko.
Na koniec dzielę się przepisem na przepyszny zielony dip z tahiny (pasta z sezamu), który dziś był dodatkiem do naszego obiadu (przepis pochodzi z książki "Fresh Flavors from Israel" - podaję go po moich modyfikacjach):
1/2 szklanki tahiny
1 łyżka soku z cytryny
szczypta soli
kilka łyżek lodowatej wody
garść posiekanej natki pietruszki
garść posiekanej mięty
garść innej zieleniny (w oryginale była kolendra, której nienawidzę bardziej niż czegokolwiek innego na świecie - zastąpiłam ją szczypiorem czosnkowym, ale myślę, że można użyć zwykłego szczypiorku lub koperku, choć to odmienne smaki)
opcjonalnie: ząbek czosnku
Tahinę wymieszać z sokiem cytryny i solą. Dolewać po łyżce lodowatą wodę, cały czas mieszając. Ilość wody zależy od konsystencji, jaką chcemy osiągnąć. Mój dip przypominał gęsty jogurt. Mieszamy dip z solą i zieleniną, ewentualnie dodajemy czosnek. Gotowe. Pyszne i bardzo zdrowe (przypominam, że sezam zawiera więcej wapnia niż jakikolwiek inny produkt spożywczy, a w dodatku jest on łatwiej przyswajalny niż wapń zawarty np. w nabiale). Polecam!
niedziela, 19 maja 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
9 komentarzy:
Spróbuj stopy przed takim treningiem posmarować sudokremem (powinniście mieć jako rodzice;)), może uchroni przed otarciami i bąblami, mi dobrze robi. Plus, przetestowałbym inne skarpety, bo czasem to one ponoszą winę, a nie buty.
No i S, jedno jedyne S tam w środku u mnie jest, a nie dwa!;) To chyba Olek rozprzestrzenił to podwójne;)
20km w spokojnym tempie 5:35 - też bym tak kiedyś chciała :D a rady Krasusa chyba też zastosuję, bo lubią mi się robić bąble i obtarcia...
@Krasus, przepraszam za dwa "s"! Się więcej nie powtórzy :) Sudokremu nie mamy i normalnie w ogóle nie mam problemów z obtarciami - buty są po prostu ociupinkę za wąskie w tym miejscu, w szczególności na prawej stopie, którą (jak wykazało badanie Asicsa) mam nieco szerszą i większą od lewej. Nie do wykrycia przy mierzeniu! Jest tam jakaś krawędź, czy szew, które dokonują rzeźniczej roboty :( Skarpety są wielokrotnie testowane w różnych butach i nigdy nie zrobiły mi krzywdy.
@Maria, to 5:35 przy 20 km już nie jest dla mnie bardzo spokojne, zwłaszcza w ciepły, słoneczny dzień. Ale jeszcze 3 lata temu w tym tempie przebiegłam Półmaraton Wiązowski i myślałam, że umrę, a wczoraj po paru minutach odpoczynku i litrze picia, mogłam w sumie biec dalej :)
No dobra, wybaczam;)
A jeśli chodzi o stopę to jeśli rzeczywiście jedną masz szerszą to rozwiązaniem mogą być jedynie szersze buty..
A ja akurat mam w domu i pastę tahini i pietruszkę i miętę, więc chętnie dzisiaj ten przepis wypróbuję :-)
Napisz coś więcej o tym stropie ;-)
Fajne treningi :) A jak kręgosłup- cwiczenia od Agi Ci pomogły?
Ile się rozciągasz, niesamowite. Dla mnie 10 minut to górna granica cierpliwości ;)
A co do butów biegowych, to niestety ryzyko jest zawsze i niestety nie zawsze da radę się ustrzec. Oby kolejny zakup był trafiony.
@Emilia, polecam! Wczoraj jedliśmy z młodymi marchewkami i kalarepką - poezja :)
@DrProctor, w jednej z kamienic, składających się na Muzeum Histori m.st. Warszawy zachował się oryginalny, drewniany, rzeźbiony XVII-wieczny (chyba zabrakło mi jednego I w poście ;)) strop kasetonowy. Może nie jest tak piękny, jak to, co widuje się w Krakowie, że o Włoszech nie wspomnę, ale jego przetrwanie graniczy z cudem, ponieważ Muzeum znajduje się przy Rynku Starego Miasta :)
@Ava, jeszcze nie do końca, ale jest lepiej - dzisiaj na 5-kilometrówce w ogóle mnie nie spięło.
@Adam, ja bardzo lubię rozciąganie i mogłabym tak z godzinę codziennie, gdybym miała czas :) Z jogi nie chciało mi się wychodzić po 1,5-godzinnych zajęciach. Inna sprawa, że, jak widać z moich raportów hipochondryka, bez rozciągania już w ogóle bym nie funkcjonowała.
Prześlij komentarz