poniedziałek, 25 marca 2013

Najlepszy na świecie

Kilka miesięcy temu, kiedy po raz kolejny zalałam się łzami na widok butów biegowych i dowlokłam się o kulach w objęcia wyrozumiałej kanapy, mąż powiedział: "Nie martw się. Niedługo wrócisz do biegania, a na wiosnę poprowadzę Cię w Półmaratonie Warszawskim na 1:40."

Minęło lato, jesień, w okolicach października rozpoczęła się zima, która nie może się z nami rozstać, wróciłam do biegania, ale z każdym tygodniem ogarniały mnie coraz większe możliwości co do tego 1:40. W ostatnim czasie zaczęłam nawet powątpiewać, czy dam radę w ogóle przebiec dystans półmaratonu, czy zmieszczę się w 2h 30, itp. itd. Kiedy w ubiegłym tygodniu prognozy pogody twardo pokazywały mróz i inne atrakcje w dniu startu, straciłam ostatecznie wiarę w życiówkę i, po prostu, przestałam się denerwować niedzielą. No, prawie przestałam, ale nawet mąż powiedział, że jak na siebie byłam nadnaturalnie spokojna.

Wczoraj wstaliśmy o 6:30, żeby beznerwowo przygotować się i zdążyć na pociąg z Dworca Ochota na Dworzec Stadion. Była rytualna jaglanka z jabłkiem i bananem, były bułki żytnie z miodem - wypas. Za oknem padał śnieg, termometr pokazywał -11. W końcu trzeba było wyjść, zostawić Ironmana pod dobrą opieką i zmierzyć się z żywiołami. Na peronie spotkaliśmy sporą grupę biegaczy - kolejni wsiadali na Dworcu Śródmieście i Powiśle. Deja vu ze Sztokholmu i z Wiednia. Z dworca podreptaliśmy do przebieralni, które zorganizowane były w namiotach. Dobrze, że ktoś wstawił do nich gazowe ogrzewacze, bo, w połączeniu z podłogą z udeptanego śniegu, sprawiały wrażenie więcej lodówkowe.

Oddawanie rzeczy do depozytu poszło sprawnie - żadnych kolejek, żadnego tłumu. Pobiegliśmy w stronę Parku Skaryszewskiego na drużynową rozgrzewkę, po której udaliśmy się na start. Stanęliśmy bliżej tyłu strefy na 1:40, zagrał "Sen o Warszawie", zostawiliśmy na płocie stare bluzy, które mieliśmy na sobie i chwilę później już przekraczaliśmy linię startu. Pierwsze 2-3 kilometry były raczej tłoczne. Nie wszyscy zastosowali się do zaleceń organizatora co do wyboru strefy, ale i tak wyglądało to o niebo lepiej niż w trakcie Biegu Niepodległości.

Rozczarowanie na Pl. Piłsudskiego - nie ma reprezentacyjnej orkiestry policji, która tak pięknie przygrywała co roku.

Na Krakowskim Przedmieściu wdaliśmy się w rozmowę z panią i panem, którzy, podobnie jak my, z rozrzewnieniem wspominali finiszowanie pod Kolumną Zygmunta, oprawę, atmosferę. "To se ne wrati" skwitowała z westchnieniem pani.

Na Bonifraterskiej widzę kolegę, który nam dopinguje. Biegniemy w stronę Cytadeli, przy której decyduję się na łyknięcie pierwszego żelu. Na Wisłostradzie przechodzę do marszu, bo picie w biegu jest umiejętnością, która przekracza moje zdolności w zakresie koordynacji ruchu. Połykam całą tubkę owocowych glutów (tych, których się nie popija) i ruszamy żwawo dalej. Nie ma mojego ulubionego tunelu i chóru śpiewającego a capella, ale pod Mostem Poniatowskiego i za nim czeka na nas najbardziej żywiołowy doping i Justyna, która tym razem nie biegła, ale kibicowała i dodała mi tym kolejnej porcji energii.

Kawałek dalej widzę Agnieszkę - macham do niej, a ona krzyczy "Hania, nie ma to-tamto, dawaj, bardzo ładnie wyglądasz." Zaczynam się śmiać, a biegnący obok panowie potwierdzają, że rzeczywiście. Mąż na to rzuca coś o 3 godzinach przed lustrem i mówi "Super wyglądasz i biegniesz na super życiówę". Jeden z potwierdzających panów pyta, na jaką, więc odpowiadam, że "Jak Bozia da" i lecimy dalej.

Skręcamy z Wisłostrady w stronę Podchorążych. Tam postanawiam wypić drugi żel. Przechodzę do marszu, łykam szybko zawartość tubki i po chwili czuję, że zaraz puszczę pawia. Kombinuję z głębokim oddychaniem, mówię sobie w duchu "spokojnie, spokojnie", ale jest kiepsko. Wybiegamy na Gagarina. Na punkcie pomiaru na 15 km okazuje się, że zrobiłam życiówkę na 15 km (1:13:45), więc od razu zapominam o pawiu i przyspieszam. Błąd. Bo przyspieszenie pod górkę kończy się szybko, a paw wraca. No więc drepcę sobie pod tę nieszczęsną Belwederską, tęskniąc za Agrykolą, na której znam każdy metr i wiem, jak rozłożyć siły, walczę z pawiem i, o dziwo, wyprzedzam kolejnych ludzi. Na górze mam wrażenie, że podbiegłam właśnie na Kasprowy, ale powolutku się ogarniam i zaczynam przyspieszanie. Cały czas jest mi niedobrze, więc czynię sobie wyrzuty, że zrobiłam odstępstwo od reguły i łyknęłam dwa żele zamiast jednego. A tu mąż zaczyna mi opowiadać o makaronie... Ostatkiem sił proszę go, żeby nie mówił o jedzeniu, bo się porzygam. Święty człowiek zmienia temat na ciuchy.

Zaczyna wiać wiatr, w Alejach Ujazdowskich szaro, smutno, mało kibiców. Tylko niektórzy dopingują, reszta stoi. Mąż próbuje ich rozruszać "Kibice, podopingujcie trochę, to się rozgrzejecie!". Na Placu Trzech Krzyży znów kolega z Bonifraterskiej - jego żona zrobiła wczoraj kosmiczny wynik. Widać palmę, która, w zestawieniu z syberyjskimi podmuchami, wygląda komicznie. Skręcamy w Aleje Jerozolimskie. Znów Justyna, tym razem z koleżanką, dopingują gorąco. Zaraz widzę Agnieszkę, która krzyczy co sił "Hania, jest super, leć!". Choć już mam dosyć, bo od walki z pawiem (1:0 dla mnie) dostałam kolki, przyspieszam. Czy Most Poniatowskiego kiedyś się skończy?? Zbieg po ślimaku. Przed zbiegiem stoi sporo kibiców. Wszyscy jacyś smutni, speszeni. Mąż znów ich namawia do dopingu, ale tylko jakaś dziewuszka żwawiej macha proporczykiem czy flagą i na tym koniec. Więcej nie pamiętam - wiem, że była prosta, a potem skręciliśmy w stronę mety i skończyły się luksusy w postaci równego, suchego asfaltu. Rozdyźdany śnieg, kałuże, dziury w asfalcie - to ma być finisz?? Przełamuję obawę przed widowiskowym poślizgiem i przyspieszam jak mogę, bo mąż popędza, ale niewiele mogę. Ostry zakręt w lewo (fantastyczny pomysł na ostatnich 200 metrach) i biegnę w stronę mety. Wydaje mi się, że się strasznie wlokę, ale w domu sprawdzam - ostatnie 1097 m pokonałam najszybciej. Mąż chce mnie wziąć za rękę, zagrzewa, żebym przyspieszała, ale jestem w swoim małym świecie i nic do mnie nie dociera. Zaczynam się tylko śmiać, kiedy mąż ryczy do kibiców "Doping! Nie spać!". Meta. Garmin pokazuje 1:43:32. To nie jest złamane 1:40, ale rzucam się mężowi na szyję i ryczę jak głupia. Nie mogę uwierzyć, że zrobiłam jakąkolwiek życiówkę (zeszłoroczna to 1:44:56) po dwóch złamaniach i wszystkich związanych z nimi atrakcjami. Jestem taka szczęśliwa!

Schodzę szybko na ziemię, bo za metą panuje totalny chaos. Nie wiadomo, gdzie oddawać chipy, o - folia, o - medale, a gdzie woda, herbata? Wodę znajdujemy, ale jest tak zimna, że tracę ochotę. Idziemy szybko do depozytów (tam, na szczęście, znów sprawnie i bez kolejek) i do szatni. Mam tak zmarznięte palce u rąk, że z trudem się przebieram. Spotykam Olę z zimowego obozu, która zrobiła życiówkę, potem znajomą z treningów. Bardzo miło.

Mąż czeka na mnie ze zdobycznym kubkiem herbaty, zabieram jeszcze jabłko ze skrzynki i daruję sobie zimny makaron. Idziemy do najbliższej kawiarni przy Rondzie Waszyngtona, w której wypijam jeszcze więcej gorącej herbaty, dzielimy się sokiem z cytrusów i szarlotką, po czym wracamy na dekoracje w kategoriach branżowych. Niestety, koleżanki z branży tak się rozhulały, że do pudła zabrakło mi 24 sekund, a w zeszłym roku łapałam się z gorszym wynikiem. Trudno. Kolega z drużyny dostaje puchar za 3 miejsce branżowe, więc bijemy mu brawo, robimy zdjęcia, a mąż mówi mi, że i tak zdobyłam pierwsze miejsce w kategorii "Dwa złamania w ciągu 9 miesięcy".

Mam najlepszego męża na świecie.

Finisz - mąż organizuje doping, a ja się śmieję (foto Ula z obozybiegowe.pl)

13 komentarzy:

Unknown pisze...

Haniu, błyskawicznie wróciłaś do formy. I to jeszcze z życiówką! Aż strach pomyśleć, jaki czas wykręcisz przy następnej okazji. Gratuluję!

Gohs pisze...

Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego super spektakularnego powrotu do formy, GRATULACJE!

Bo pisze...

Ogromne gratulacje! I pozdrowienia dla najlepszego męża na świecie!

alasiesciga.blogspot.com pisze...

I wynik i powrót robi wrażenie! Gratuluję!

Ava pisze...

To lecąc na 1:40 można z kimś po drodze gawędzić? ;-) Mistrzostwo! Haniu, wielkie gratulacje - za to że się nie poddałaś po kontuzjach tylko harowałaś jak już tylko było można. Fantastyczny comeback i fantastyczny mąż. Normalnie bym ci go zazdrosciła, gdyby nie to że mój też jest fantastyczny ;-) Ja chyba byłam wczoraj bardzo pokojowo nastawiona bo nic mi nie przeszkadzało poza dodatkową bramą która zrobiła mnie w konia i błotem za metą w momencie kiedy w nie wpadłam i mi sie nalało do buta.

Ava pisze...

Dla jasności dodam że pisząc o zazdrości miałam na mysli męża, a nie wynik czyli comeback bo tego zazdroszczę zdecydowanie :)

Anonimowy pisze...

Naprawdę fajnie przeczytać pozytywne zakończenie Twojej ubiegłorocznej historii :)

1:40 połamiesz w ciągu roku :)

Leszek Deska pisze...

Super relacja :) ! Szczególnie że z takim dobrym zakończeniem. Ja mam tak że podczas biegu nie za bardzo mogę się skupić na rozmowie, jak ktoś mnie dopinguje to i tak nie daję rady czasami nawet się uśmiechnąć (ale się staram!) :)
To podobno Zatopek tak miał że robił straszne miny podczas biegu a na pytanie czemu mówił że nie jest dość uzdolniony żeby jednocześnie dobrze biec i dobrze wyglądać :D Ja chyba mam tak samo.
Gratulacje jeszcze raz! Najbardziej cieszy że po kontuzjach nie ma śladu!

Mauser pisze...

Ogromne gratulacje! Taki bieg mocno podnosi na duchu - szczególnie po Twoich perypetiach. Pomyśl, że to ledwie początek sezonu :)

Krasus pisze...

Twoja determinacja będzie inspiracją dla innych, brawo!

Adam pisze...

Gratulacje, pesymizm z ostatniego postu przed startem okazał się szczęśliwie odrobinkę przesadzony ;)
Jak na kogoś, kto właśnie kończy szybki półmaraton na zdjęciu jesteś całkiem uśmiechnięta.

Anonimowy pisze...

Gratuluję. I męża :) i wyniku. Błyskawicznie doszlaś do siebie po tych ortopedycznych problemach

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, bardzo dziękuję! Sama jestem pozytywnie zaskoczona tym wynikiem :)
@Gohs, dziękuję :)
@Bo, dziękuję i przekażę - ucieszy się :)
@Ala się Ściga, dziękuję :)
@Ava, na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie lecieliśmy na 1:40 nawet przez chwilę ;) Dlatego stanęliśmy z tyłu stawki. Ta pierwsza brama też mnie zrobiła w bambuko ;)
@Przemekimaraton, będę się starać, ale nie za bardzo, bo wtedy nic mi nie wychodzi tak jak chcę ;)
@Leszek, ja jestem straszną gadułą, ale w Alejach Ujazdowskich naprawdę już na ostatnim tchu leciałam ;)
@Mauser, bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że ten sezon, w przeciwieństwie do poprzedniego, będzie udany startowo i treningowo :)
@Krasus, :)
@Adam, to już nawet nie był pesymizm, tylko rezygnacja ;) A uśmiechnięta jestem, bo mnie mąż, zaganiający kibiców do dopingowania, rozbawił ;)
@Ultrasetka, dziękuję ;)