piątek, 15 marca 2013

Epoka lodowcowa

Zacznę od mantry - czy ta zima kiedyś się skończy? Jeśli wierzyć obrazkowi z FB - niekuniecznie.

Zdjęcie z Facebookowej strony "Rosyjski na wesoło"

To chyba szósty marzec biegania z planem i pierwszy, w którym musiałam zrejterować z interwałami na bieżnię elektryczną, bo na myśl o bieganiu po świeżo napadanej bieli w mocniejszym tempie, w trailówkach i paru warstwach ciepłych ubrań, robiło mi się słabo. A jeszcze tydzień wcześniej było tak pięknie...

Po kolei, bo zaległości raportowe mam duże:

Niedziela, 3 marca: pierwsze poobozowe bieganie, czyli 8 km w tempie 5:28 min/km. Na więcej nie miałam czasu.

Poniedziałek, 4 marca: crossfit. Już po rozgrzewce, w ramach której trzaskaliśmy burpees i pompki, miałam mroczki przed oczami. Kiedy zaczęliśmy obwody, w które wchodziły: skakanka, tureckie wstawanie (zwane też turecką łaźnią), podnoszenie kettli, odbijanie piłki lekarskiej od ściany, 3 rodzaje brzuszków i sztanga, zrobiło się jeszcze bardziej wesoło.

Wtorek, 5 marca: kontrola palucha u PDoS. Paluch się zrósł, ale mniej niż powinien, więc trzeba na niego jeszcze uważać. Nic sobie nie uszkodziłam, tzn. stawy w porządku, nie ma odłamków kości ani przemieszczeń. Uffffff.... Życzyliśmy sobie z PDoS wesołych Świąt i żebyśmy długo się nie widzieli. Aha, PDoS zapytał jeszcze o przebieg obozu, gdy powiedziałam mu o opuchliźnie i bólach. Podsumował moją opowieść pytaniem "Pani była na obozie przetrwania?".

Środa, 6 marca: cudowny dzień! Najpierw wytytłaliśmy się z Ironmanem w kabackim błocie, miałam WOD (workout of the day, zgodnie z terminologią crossfitową) w postaci znoszenia Ironmana po zbiegu od Polany Powsińskiej w stronę parkingu przy pętli autobusowej w Powsinie, przemykając pomiędzy kałużami, lodem i bagienkiem. Świeciło słońce, ćwierkały ptaszki - wiosna w zasięgu ręki! Wieczorem do atrakcji dnia doszedł clubbing, na którym ćwiczyliśmy technikę, a potem biegaliśmy kilometrówki. Nie bardzo wiedziałam, jak je biegać, bo, zgodnie z instrukcją, miały być robione w tempie biegu na 10 km. Problem polega na tym, że ostatnią dychę biegłam w Biegu Niepodległości AD 2011. I w ogóle cokolwiek żwawszego, tzn. w tempie poniżej 5 min/km, biegłam w maju AD 2012, więc nawet nie wiedziałam, czy utrzymam tempo z ostatniej dychy (4:42 min/km). Tak się przejęłam, że 6 kilometrówek pobiegłam, bez wielkiego silenia się, w tempie od 4:31 do 4:36 min/km. Powiało optymizmem i stwierdziłam, że może przebiegnę półmaraton.

W czwartek ktoś ukradł wiosnę. W piątek dmuchnęło śniegiem.

Sobota, 9 marca: wybrałam się na poranne bieganie - 7 km + 10 x 100 m ze stumetrowymi przerwami. Kiepsko trafiłam z porą treningu. W nocy spadł śnieg i większość mojej trasy prowadziła po bielutkich chodnikach. Albo po brei solno-śniegowej, nachlapanej przez samochody. Trafiłam na 300 m odśnieżonego chodnika na Koszykowej, więc dwie 100-metrówki trzasnęłam w cywilizowanych warunkach, a całą resztę - walcząc o integralność cielesną. Fajnie było.

Poniedziałek, 11 marca: piękne wieczorne bieganie po zaśnieżonym mieście, czyli wolniutkie 15 km. W dodatku czepnęła się mnie piosenka Coldplay (<klik>) - pisałam o tym na Facebooku - wyjątkowo pasująca do tego treningu. Jedynym mrocznym punktem programu był podbieg pod Belwederską. Może po asfalcie będzie łatwiej niż po zaśnieżonym chodniku, ale wolę Agrykolę. Doszłam do wniosku, że nie wiem, czy przebiegnę półmaraton.

Środa, 13 marca: zamiast na clubbing i pokrytą śniegiem agrykolową bieżnię, poszłam na siłownię. Tak, to właśnie wtedy zaliczyłam swój pierwszy marcowy raz - pierwsze 10-minutówki na bieżni elektrycznej, żeby uniknąć trailówek i śniegu. Nie wiem, czy był to dobry wybór, bo biegło mi się fatalnie, choć tempo nie było przerażające (4:45 min/km). Mogę gdybać co do przyczyn - może było za duszno, może głupio zrobiłam biorąc izotonik do testowania (o tym za chwilę), a może po prostu nie mam formy. Z ciekawostek: kiedy przyszłam na rozgrzewkę CNN podało informację o tym, że z Kaplicy Sykstyńskiej poleciał biały dym, a przy schłodzeniu usłyszałam "habemus papam". Zestawienie wielowiekowych obrzędów, związanych z wyborem papieża, z wnętrzem siłowni i dudniącą muzyką, było jedyne w swoim rodzaju. Stan duchowy po środzie: nie dam rady przebiec półmaratonu.

A propos izotoniku - tak jak pisałam w relacji z obozu biegowego, dostaliśmy do testowania produkty firmy Powergym. Spodobał mi się płyn zawierający węglowodany złożone, który pije się na 40 minut przed wysiłkiem. Może nie najsmaczniejszy, ale przed górskimi wycieczkami dawał dodatkowe zapasy mocy (albo działał efekt placebo). W środę zabrałam do wypróbowania izotonik. No nieeee... Nie dosyć, że czułam po nim niemiłe kłucie i lekkie palenie w żołądku, to jeszcze jest okropny w smaku. Zdołałam wypić około 350-400 ml i nie byłam w stanie więcej - z podobnym stężeniem słodyczy mierzyłam się chyba tylko podczas badań krzywej cukru, kiedy wypija się (bez popitki) bodaj 100 g glukozy, lekko rozrobionej wodą. Rozczarowanie.

Dzisiaj uciekliśmy z Ironmanem z lasu po 45 minutach - wywiani i zziębnięci do szpiku kości. Poczekam z wolną dyszką do jutra. Na niedzielę mam wielkie plany, o których kiedy indziej.

Na koniec zapraszam do przeczytania artykułu o blogujących biegaczkach lub, jak kto woli, biegających blogerkach, który ukazał się na portalu stylzdrowia.pl (<klik klik>).

No i życzę Wam miłego weekendu oraz rychłego przyjścia wiosny!

3 komentarze:

Leszek Deska pisze...

Dziękujemy za życzenia i nawzajem tego samego!

Adam pisze...

Jak to nie przebiegniesz półmaratonu, przebiegniesz z pieśnią na ustach ;)
Nogi, płuca, układ krążenia i cała reszta niezbędnego oprzyrządowania nie zapomina treningu tak łatwo. I jeszcze te kilometrówki poniżej 4:40. Dasz radę:)

Hankaskakanka pisze...

@Leszek, :)
@Adam, po takiej przerwie w startach, trudno mi uwierzyć, że coś z siebie wycisnę. Dziękuję za słowa pocieszenia :)