poniedziałek, 4 marca 2013

Turnus wśród turni odc. 3 (i ostatni)

Dzień nr 4 - środa

Nie ma rozruchu, dla chętnych są biegówki, a wieczorem - zajęcia z rozciągania. Rano stwierdzam, że paluch podwoił objętość i strasznie boli, więc utwierdzam się w decyzji, że biegówki zamienimy na wyjazd do term w Białce Tatrzańskiej. Tak też robimy, po drodze gubiąc się (dzięki mojej paplaninie) i orientując w terenie tuż przed granicą słowacką. Lepiej późno niż wcale. W termach od razu rezygnujemy z tzw. strefy głośnej, gdyż jej nazwa zgadza się ze stanem zastanym. Przechodzimy, z Ironmanem, który stanowczo oznajmia, że będzie się kąpać, do strefy cichej. Znajduje się w niej basen z wodą termalną - wewnątrz i, o radości, na zewnątrz. Na zewnątrz jest bosko - człowiek siedzi w cieplutkiej, parującej wodzie, nad nim mroźne powietrze, wokół leży śnieg. Można na niego wyskoczyć, energicznie ponacierać obolałe gnaty i chlupnąć z powrotem do rozkosznego ciepła, czując jak krew krąży żwawiej, a zmęczenie wyparowuje. Ironmanowi też najbardziej podobało się na zewnątrz, zwłaszcza, kiedy zapoznał koleżankę w różowych pływaczkach. Skorzystałam jeszcze z tzw. sauny góralskiej (temp. 70 stopni + zapach ziół), jeszcze raz wyskoczyłam na śnieg i powoli zebraliśmy się w drogę powrotną, po drodze zaliczając bardzo duży obiad.

W połączeniu z wieczornym rozciąganiem, był to bardzo relaksujący dzień.

Po rozciąganiu odbyliśmy jeszcze krótkie spotkanie informacyjne na temat pakietów odżywek, które każde z nas dostało w prezencie od partnera obozu, firmy PowerGym. W pakiecie znaleźliśmy 2 saszetki i fiolkę. Jedna saszetka zawierała czerwony proszek, który, po rozpuszczeniu w wodzie, stawał się płynem zawierającym węglowodany złożone - paliwo do łyknięcia na około 40 minut przed treningiem i zawodami. Druga saszetka - izotonik, a w fiolce była powerbomba. Podobno daje niesamowitą ilość energii np. na krótkich zawodach (do 10 km) albo na ostatnich 10 km maratonu. Zawiera taurynę, guaranę i ileśtam innych składników. Ponieważ unikam jak ognia wszelkich substancji energetyzujących (poza poranną kawą i ewentualnym, sporadycznym espresso dla poprawienia humoru), nie sądzę, żebym z powerbomby miała kiedyś skorzystać. Ale... Może na jesiennym maratonie lub w Górach Stołowych zmienię zdanie?

Ponadto, wzięłam do testowania zegarek Timex Ironman, ale poległam na ustawianiu go - czegokolwiek bym nie zrobiła i tak pokazywał się tylko stoper albo godzina i data. Szkoda.

Dzień nr 5 - czwartek

Najpiękniejsza wycieczka biegowa obozu. A może i najpiękniejsza wycieczka biegowa wszechczasów. Poranek, hurrraaa,  znów bez rozruchu (jeśli kadra obozowa czyta, bardzo przepraszam, ale ja nie cierpię wysiłku fizycznego bez śniadania). Busiki wiozą nas w stronę Łysej Polany i wysadzają kolejno - grupę kontuzjowaną lub inaczej niedomagającą  - przy drodze transportowej do Murowańca, grupę średnią - przy szlaku prowadzącym przez Wiktorówkę do Rusinowej Polany, grupę zaawansowaną - nawet nie wiem, gdzie.

Ruszam truchcikiem i biegnę, biegnę, biegnę. Dogania mnie Olek z pytaniem, czy łyknęłam powerbombę. A mnie po prostu niosą nogi. Przy Wiktorówce spowalniam na wylodzonym podejściu i, sprawdzonym sposoboem spod skoczni, trzymam się mocno poręczy. Na Polanie Rusinowej jest cudownie - poza wydeptaną ścieżynką widać połacie śniegu, a za nimi - Tatry w całej swojej krasie. Czekam na dobiegającą Basię i robimy sobie zdjęcia. Dobiegają kolejne osoby, robimy dalsze fotki i w końcu ruszamy ostrym podejściem w stronę Gęsiej Szyi. Idziemy też gęsiego, po wydeptanych śladach, zapadając się w nie po kolana albo i lepiej. Dogania nas grupa zaawansowana i tak sobie razem tupiemy - wyżej, wyżej, wyżej. Na Gęsiej Szyi, w popadującym śniegu, zaliczamy sesję foto i w końcu schodzimy, znów gęsiego. Jest stromo, ślisko i bardzo wąsko, ale pięknie. Wąziutką ścieżynką biegniemy na Równień Waksmundzką. Tam żegnamy wyjeżdżającą po południu koleżankę i przekonujemy się, że z zielonego szlaku został tylko słupek. Jacek kieruje nas szlakiem czerwonym do Psiej Trawki. Wychodzi słońce, a my biegniemy, znów gęsiego, przez zaśnieżony las. Największą niespodzianką jest mostek - calutki zasypany śniegiem. Tak, że przechodząc przez niego mam barierki na wysokości kolan. Czuję się jak w Shire albo Krainie Liliputów. Od Psiej Trawki zaczynamy najmniej ciekawy fragment podróży - podbieg duktem (drogą transportową), dosyć ruchliwym i poprowadzonym przez gęsty las, w którym trudno wypatrywać ciekawych widoków. Mimo łykniętego po drodze żelu, robię się straszliwie głodna. Biegnę z Olkiem pytając go co paręset metrów "Daleko jeszcze??". W końcu docieramy do Murowańca, w którym czeka już grupa zaawansowana, szykując się do podbiegu na Kasprowy. Oj, poszłabym z nimi, ale palec znowu boli, bo bieganie w głębokim śniegu nie działa terapeutycznie.

W schronisku zabawiamy dłuższą chwilę, pilnując plecaków grupy z Kasprowego. Jakoś z dawien dawna wydawało mi się, że schronisko nie jest miejscem, w którym grasują złodzieje, ale ponoć czasy się zmieniły i - nie zapominajmy o panu, któremu spodobały się nakładki z kolcami. W końcu pojawia się pierwszy "Kasprowicz", czyli mój mąż. Bardzo z niego dumna pakuję swoje podeschnięte na kaloryferze rzeczy, opatulam się szczelnie i wybiegamy na zewnątrz. Olek prowadzi nas bodaj niebieskim szlakiem do Kuźnic. Znów biegnie mi się cudownie, podziwiam widoki, zbiegam rączo, żal mi, że już koniec wycieczki. Z Kuźnic do pensjonatu niedaleko. Oglądamy jeszcze po drodze najstarszą góralską chatę i - długa!

Wieczorem meldujemy się na basenie COS-u, a raczej przy brodziku. W nim Agnieszka urządza nam najpierw aqua-running i aqua-aerobic, a potem rozciąganie. Oj, dobrze, dobrze.

Dzień nr 6 - piątek

Paluch znowu boli i spuchł. Waham się mocno, czy iść na bieg w drugim zakresie, czy odpuścić. Mąż kusi - najpierw biegniemy wszyscy, a potem jest podbieg, na którym można się ścigać. Hm... Jeszcze przed wyjściem mamy spotkanie z przedstawicielem PowerGym, ale uciekam z niego, bo mi niedobrze. Nie z powodu meritum spotkania, ale mści się ciężka kolacja (jedzenie w pensjonacie było z tych, emmm, treściwych, a z posiłków wegetariańskich zrezygnowałam po 2 dniach jedzenia kaszy lub ryżu z ugotowanymi warzywami z mrożonki - ani to smaczne, ani sycące; potem dania wegetariańskie były bardziej urozmaicone, ale my przerzuciliśmy się na jedzenie, w miarę możliwości, w pobliskiej karczmie) i śniadanie. Bo rano był rozruch i przyszłam na śniadanie bardzo, bardzo głodna.

Poleżawszy chwilę w pokoju, decyduję się jednak na OWB2, pamiętając, jakie fajne wyścigi urządził nam Jacek 1,5 roku wcześniej w Szklarskiej Porębie. Biegniemy znowu do Drogi pod Reglami a nią do Doliny Małej Łąki. Biegnie mi się fatalnie. Boli palec, jest mi niedobrze, boli mnie żołądek. W Dolinie Małej Łąki Jacek puszcza mnie w pierwszej grupie, czyli kontuzjowanych i niedomagających. Na podbiegu odzyskuję rezon i truchtam coraz wyżej, trochę maszeruję i znów truchtam. Skręcam w wyznaczonym miejscu na czarny szlak, który prowadzi do Doliny Strążyskiej. Cały czas pod górę - najpierw łagodnie, a potem ostro. Tuż przed końcem podejścia wyprzedza mnie jeden z kolegów z grupy zaawansowanej i za chwilę mknie w dół. Ja zaciskam zęby i staram się nie mówić głośno brzydkich wyrazów, gdy ześlizguję się po kopnym śniegu, przytrzymując pomocnych gałązek i czując jak strasznie nie podoba się to mojemu paluchowi, dla którego najgorsze są zbiegi i kopny śnieg. No nic - przynajmniej przestało mnie mdlić, więc jest jakaś korzyść. Dogania mnie mąż i biegniemy już razem, prosto do miłej herbaciarni, w której wypijam doskonałą herbatę z konfiturą z borówek i zjadamy na pół z mężem niezbyt dobrą szarlotkę. Przebieramy się w suche ciuchy i wychodzimy jako jedni z ostatnich. Mąż przegania mnie z Doliny Strążyskiej po 4:20 min/km, pilnując, żebym dobrze wyciągała nogi na zbiegach. Lecimy Drogą pod Reglami, mijamy kolejnych obozowiczów i dobiegamy w końcu do pensjonatu. OWB2 okazało się być kolejną wycieczką górską.

Wieczorem, w hali COSu, mamy zajęcia z techniki biegowej, zakończone bieganiem przez płotki. Zapominam po 5 sekundach, że boję się skakać i kicam jak nakręcona. Trochę asekuracyjnie, co widać później na zdjęciach, ale co się ubawiłam, to moje.

Dzień nr 7 - sobota

Dzień ostatniej wycieczki, której trasa nie była znana do ostatniej chwili, ze względu na niespodziankę pogodową. Nagle dmuchnął halny i przyszła odwilż, niosąca ze sobą śnieżycę. Trenerzy wybrali nam zatem wariant najłatwiejszy - bieg do Morskiego Oka i z powrotem.

Dzięki brzydkiej pogodzie i w miarę wczesnemu startowi uniknęliśmy tłumów spacerowiczów, choć i tak było ich najwięcej z wszystkich dotychczasowych miejscówek. Truchtałam sobie spokojnie najpierw z Basią, a potem z Ewą. Zresztą z Ewą tak się zagadałyśmy, że przeszłyśmy do marszu. Pod schroniskiem porobiłyśmy sobie z dziewczynami zdjęcia i, zachęcone coraz mocniejszymi uderzeniami wiatru, weszłyśmy do schroniska. Kiedy zebrała się cała grupa, zapadła decyzja o tym, że nie biegniemy do Doliny 5 Stawów (TOPR stanowczo to odradził) i wracamy tą samą drogą. Widokami też nie dało się nacieszyć, bo góry kryły się w chmurach i śniegu. No nic to.

Wracałam z mężem, który znów pilnował, żebym wyciągała nogi. Omamuniu, tym razem po 4:40 min/km. Po półmetku rozbolała mnie łydka i paluch, bo śnieg pokrywający szlak nieco rozmiękł, więc trochę się w nim grzęzło. Parę razy przeszłam do marszu. W końcu dotarliśmy do busika i wróciliśmy do domu.

Wieczór upłynął na zajęciach ze stabilizacji, siły oraz rozciągania. A po sportowych rozrywkach, wszyscy przebrani i bardzo głodni, zasiedli w przybytku gastronomicznym,  mającym w nazwie młyn (bardzo dobre placki ziemniaczane z rydzami) na pożegnalnym spotkaniu. Dostaliśmy dyplomy, a ja wstawiłam się jednym kubeczkiem grzanego wina. W tej sferze zdecydowanie brakuje mi zarówno wydolności jak i wytrzymałości.

Dzień nr 8 - niedziela

Pakujemy się i wracamy do domu.

Całe szczęście, że kolejne góry już niedaleko w kalendarzu!

4 komentarze:

drproctor pisze...

Planujesz jakieś specjalne treningi celem poprawy wydolności i wytrzymałości w spożywaniu napojów wyskokowych?

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, wiesz co, na razie nie wybieram się na żadne zawody, więc chyba raczej nie przewiduję ;) Zwłaszcza, że łatwo o przetrenowanie!

Aniaha pisze...

czytalo sie baaardzo milo

Hankaskakanka pisze...

@Aniaha, :-*