poniedziałek, 10 września 2012

Monotonia

Przygody z nogą wpadły w pewną monotonię, tzn. przez kilka dni: ból rano, ból w południe, ból wieczorem.

Poniedziałek - rehabilitacja. Przyszłam z bólem pięty i rozcięgna podeszwowego, a w trakcie okazało się, że boli mnie również duży palec z przyległościami, z którego zrobił się halluks. Cudownie. Jeździłam na rowerku stacjonarnym, przetaczałam stopą wałek do ciasta, rozciągałam rozcięgno podeszwowe i prostownik dużego palucha, stałam na jednej nodze na piankowej równoważni, przytrzymując dwa końce taśmy, miałam terapię manualną. Z ulgą usiadłam na materacu, mając na nodze lodową skarpetę, a w rękach prehistoryczny numer jakiegoś tygodnika. 

W poniedziałek byłam naprawdę zniechęcona do wszystkiego - 11 tygodni od złamania, noga znowu puchnie, ciągle coś nowego mnie w niej boli - kiedy to się skończy?

Wtorek - dla odmiany znowu rehabilitacja. O 7 rano. Coś drgnęło, tzn. w ciągu dnia przeszłam się "po mieście" i zdecydowanie mniej utykałam. Niemniej jednak, ćwiczenia na odwodzenie palucha oraz rozluźnianie go będą do mnie powracały w koszmarach sennych.

W środę rano rodzinnie ruszyliśmy w Pieniny. Odliczałam tygodnie i dni do tego wyjazdu, choć wiedziałam już od jakiegoś czasu, że nie poszaleję sportowo. Nieważne. Najważniejsze, że miałam być w górach. Nawet, jeśli po niecałych 100 km prowadzenia samochodu oddałam kierownicę mężowi, bo noga nie wytrzymała ciągłego ruchu wahadłowego - hamulec, gaz, hamulec, gaz i dal capo al fine. Szczęśliwie dojechaliśmy.

W czwartek rano pogoda była marna - siąpił deszcz, wiał wiatr. Poszliśmy więc tylko na spacer, po którym Ironman padł na długie godziny, co pozwoliło mi na zakopanie się pod kołdrą i nadgonienie zaległości w lekturze apetycznego kryminału. Po południu wyszło słońce, więc pojechaliśmy na obiad do lubianej przez nas karczmy w Jaworkach i poszliśmy na kolejny spacer (nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle się naspacerowałam, co w ciągu ostatnich 2 miesięcy!). Tym razem do Rezerwatu Białej Wody. Pisałam już o nim tu i tu. Było jak zwykle bardzo pięknie, spotkaliśmy zaledwie kilka osób, wyszliśmy stamtąd już prawie o zmroku.

W piątek, po raz pierwszy od wielu dni, obudziłam się bez przykrego bólu w pięcie oraz śródstopiu. To był nieomylny znak, że czas na wycieczkę rowerową. Mąż odrobił z rana trening biegowy (podbiegi) i  po śniadaniu pojechaliśmy trasą prowadzącą ze Szczawnicy na Słowację. Ścieżka biegnie najpierw wzdłuż Grajcarka, a później - Dunajca. Olaliśmy opcję minimum, tzn. wycieczkę do słowackiej Leśnicy, tylko wybraliśmy dłuższą trasę - do Czerwonego Klasztoru (również po słowackiej stronie). Widoki zapierały dech w piersiach, wielkiego tłoku nie było, jechało się naprawdę przyjemnie. Postanowiliśmy zjeść obiad właśnie w Czerwonym Klasztorze, ale miny nam zrzedły, kiedy weszliśmy do wyglądającej całkiem zachęcająco karczmy "Pod Lipami". W środku okazało się, że karczma specjalizuje się w kuchni nie do końca light: grillowane kiełbasy, żeberka wieprzowe, skrzydełka kurczaka w pikantnej (a jakże) panierce, frytki, hot-dogi, a z warzyw - bigos czy kapuśniak. Emmm. Dzięki. Pojechaliśmy dalej i zostaliśmy nagrodzeni przyjemną knajpką, z której widać było Trzy Korony i Tatry (trzeba było tylko trochę się wychylić) i która serwowała znacznie bardziej odpowiednie węglowodanowo dania, typu knedliki czy haluszki (ziemniaczane kluseczki, podawane z bryndzą). Po obiedzie pojechaliśmy jeszcze kawałek w stronę panoramy Tatr i zawróciliśmy. Jechaliśmy żwawo, pokrzepieni tysiącami słowackich kalorii. Z przodu mąż z Ironmanem w foteliku, a ja za nimi, bo zwalniałam ostro na każdym zjeździe (na jednym nawet sprowadzałam rower, bo miałam atak paniki pt. zaraz spadnę, złamię rękę, nogę i już nigdy nie będę mogła biegać). Nagle mąż zatrzymał się, zaczął badawczo oglądać nogę Ironmana, a następnie podzielił się ze mną wynikiem oględzin - dziecię zgubiło but.

Omatko.

Zgłosiłam się do ekspedycji poszukiwawczej, tzn. zawróciłam i, jadąc znacznie wolniej niż poprzednio, omiatałam wzrokiem przydrożne rowy i zarośla. Coś a la Terminator. But znalazł się po mniej-więcej 3 kilometrach. Przywiązałam go sobie do kierownicy i szybko wróciłam do chłopaków. Dojechaliśmy do Szczawnicy już bez większych przeszkód, a cała wycieczka, łącznie z tropieniem buta, wyniosła ponad 30 km. Nie pozostawało nic innego, jak tylko pójść po południu na basen. Pływanie z moją nogą wcale nie jest przyjemne, tzn. ruchy pod wodą sprawiały mi ból, ale w końcu dałam radę trochę poprzemieszczać się dostojną krytą żabką. Zaryzykowałam też dwa wejścia do sauny, choć podobno nie powinnam, bo to dla nogi niedobre. Za to dla reszty mnie niezwykle miłe.

Następnego dnia mąż miał do wybiegania 20-minutówki, w których, wobec braku protestów ze strony nogi, postanowiłam towarzyszyć mu na rowerze. Terminatorem był tym razem mąż, który, nie bacząc na zbiegi, podbiegi i inne atrakcje terenowe, szurał te swoje 20-minutowe serie dobrze poniżej 4:30 min/km. Pod górkę zostawiał mnie z rowerem daleko z tyłu. Z górki zresztą też. Wyszło tego biegania / rowerowania ponad 16 km. Późnym popołudniem zrobiliśmy jeszcze rodzinną wycieczkę do Rezerwatu Zaskalskie, ale to był krótki wypad, bo Ironmanowi ciężko było chodzić po kamienistych ścieżkach pod górę, a nam ciężko było go nosić. Największą atrakcją (dla Ironmana, rzecz jasna) okazał się traktor ciągnący drzewa z wyrębu. Na szczęście nie wyraził chęci wejścia do kabiny i poprowadzenia pojazdu.

W niedzielę jeszcze tylko przeszliśmy się trochę po Szczawnicy i trzeba było wracać. Noga w tak fantastycznej formie, że prowadziłam samochód przez ponad 250 km (prawa noga używana jest dość często - do hamulca i gazu) BEZBOLEŚNIE.

Moje bezbolesne szczęście było krótkie. Dzisiaj poszłam wesoło na zakupy, ciągnąc za sobą wózeczek a la babcia, a po dziesięciu minutach ciągnęłam nie tylko wózeczek ale i swoją nogę, która zaczęła koszmarnie boleć. Tym razem nie w pięcie i rozcięgnie, tylko w palcach i po wierzchu. Bomba.

Na szczęście miałam zamówioną wizytę u Cudotwórcy, ponieważ od krzywego chodzenia zaczęłam mieć znowu problemy z biodrem i szyją. Trochę mi teraz lepiej, zwłaszcza na duchu, bo Cudotwórca polecił robienie ćwiczeń na nogi oraz stwierdził, że "nie jest źle". Tylko potwierdził, że do biegania jeszcze niezbyt krótka droga.

No i tak to. Mówiłam, że nic ciekawego?

PS. Na koniec coś ciekawszego dla mieszkańców Warszawy - może ktoś z Was będzie zainteresowany akcją Nike, poprzedzającą "Biegnij Warszawo"?

"Aplikacja Leva vs Prawa ma zachęcać do rywalizacji biegaczy mieszkających po obu stronach Wisły. Po zalogowaniu się i wyborze swojego brzegu użytkownicy mogą dodawać trasy biegów, nazywać je i oznaczać na nich najciekawsze punkty oraz dołączać ich zdjęcia. Trasy te będą następnie umieszczane na interaktywnej, biegowej mapie Warszawy oraz oceniane przez ekspertów Nike Running Poland, zaś autorzy najciekawszych z nich wezmą udział w specjalnych treningach przygotowujących do startu w Biegnij Warszawo.


Aplikacja dostępna jest na stronie http://www.biegnijwarszawo.pl/pl/ oraz na funpage’u Nike Running Poland na Facebookuhttps://apps.facebook.com/biegnij_waw/. Równolegle w serwisie Facebook utworzone zostały dwa wydarzenia:  Biegam dla Lewejhttps://www.facebook.com/events/219654394830275/ oraz Biegam dla Prawej https://www.facebook.com/events/409814182410579/które umożliwiają przekazywanie kilometrów przebiegniętych w ramach przygotowań do Biegnij Warszawo dla wskazanej przez siebie strony miasta."

5 komentarzy:

Kasia pisze...

Haluszki to zdecydowanie mój nr 1 w słowackiej kuchni. Tuz za nim vyprazany syr, dużo kalorii ale pycha!;)

Anonimowy pisze...

Twoja monotonia jest pełna ciekawych zwrotów akcji. Dzieje się w niej tyle, że masz materiał na thrillera medycznego :)

Ava pisze...

No właśnie, niby nuda ale jak ciekawie o niej piszesz :) Oj masz z tą nogą użerania się, ale powoli wszystko chyba idzie w dobrym kierunku a wsparcie Cudotwórcy, fizjo, męża i wlasne doświadczenia biegowo-ćwiczeniowe na pewno ci w tym pomagają. Tak więc cierpliwości (łatwo powiedzieć, wiem ;-P ). A tak w ogóle to Twoje posty z wyjazdów ciągle mi "robią smaka" na wyjazdy w te miejsca - wyobraziłam sobie wlaśnie jak pięknie musi być tam teraz w Pieninach :)

tete pisze...

wiem Haniu co czujesz i bardzo Ci współczuję. Nie poddawaj się! Wkrótce będziesz biegać jak kozica;)Wiem to trudne, ale staraj się nie myśleć o tej stopie;) Mówią jak Cię boli głowa, uderz się młotkiem w palec to przestanie;( Dużo zdrówka:) Trzymaj się! Zaraz będzie lepiej :)pozdrawiam serdecznie:)

Hankaskakanka pisze...

@Kasia, uwielbiam vyprazany syr!! Podzieliliśmy się sprawiedliwie z mężem - on dostał połowę haluszek, a ja sera :)
@Ultrasetka, coś w stylu "Morderstwo na SORze?" :)
@Ava, cierpliwość jest mi niezbędnie konieczna, bo bez tego można zwariować. Pocieszam się, że przechodzę szkołę doskonalenia duchowego :))))
@Tete, ojoj, żadnych młotków ;))) Pozdrawiam!!