Zamiast zanudzać Was moimi wynurzeniami na temat poczucia braku czasu i blablabla, wreszcie napiszę, co zrobiłam przez ostatnie dwa tygodnie. Nnnnnooo... dwa tygodnie z okładem.
Voilà:
Tydzień 20.02 - 26.02
Tylko jeden trening: w niedzielę 26.02.
We wtorek i środę zmagałam się z podgryzającym wirusem, dzięki któremu bolał mnie żołądek i osiągnęłam ciepłotę karpia: 35,6 w porywach do 36,0. Co, oczywiście, powodowało, że czułam się mocno podle i miałam problemy z wykonywaniem najprostszych czynności (np. wyciąganiem Ironmana z pralki lub zmywarki, które są stałymi obiektami dzikich żądz zabawy). Środowy clubbing spędziłam w łóżku, z książką (przyjemny kryminał) i kubkiem herbaty. Aż ozdrowiałam z tego luksusu.
Od czwartku zabrałam się za organizowanie kinderbalu, który odbył się w sobotę (bardzo miło, strat w ludziach ani sprzęcie nie było).
W niedzielę rano poczułam wreszcie, że obrastam mchem i paprociami i po prostu muszę, niezależnie od wszystkiego: pogody, niechcieja, snuja i innych okoliczności, muszę wyjść na trening. I wyszłam. Zafundowałam sobie wycieczkę po mieście. Wyjątkowo opustoszałym ze względu na niezbyt piękną pogodę. Było pochmurno, momentami wietrznie, zacinał lekki śnieg. A mnie się tak dobrze biegło! 10 km spokojnie (wyszło zaskakująco: 5:31 min/km) plus 4 x 5 min po 5 min/km z 1-minutowymi przerwami. Pierwszą pięciominutówkę zrobiłam w Parku Ujazdowskim, ale ścieżki były błotniste i zapełnione spacerowiczami. Poleciałam sobie zatem po wyludnionych ulicach, aż na trzeciej pięciominutówce Gacek pokazał "Lost satellite reception" i odmówił współpracy (o Gacku jeszcze za chwilę). Co robić - trzeba biec na czuja, czyli trochę raźniej. Wróciłam do domu w szampańskim nastroju. Rozciągnęłam się porządnie i spędziłam resztę popołudnia na cieszeniu napływem endorfin.
Tydzień 27.02 - 06.02 (tak, tak - dziewięciodniowy)
W poniedziałek (27.02) byłam tytanem pracy, niemającej nic wspólnego z moim obecnym etatem, czyli byciem kurą domową. Odświeżające intelektualnie, ale na sport nie wystarczyło czasu.
We wtorek przygotowywałam nas do podróży.
W środę ruszyliśmy w Pieniny - przywitały nas rozgwieżdżonym niebem i jasno świecącym księżycem.
Po smacznie przespanej nocy, w czwartek rano wyleciałam jak na skrzydłach. Postanowiłam, że zbiegnę do głównej drogi i ścieżką pieszo-rowerową pobiegnę w stronę słowackiej granicy, tłukąc zaległe 10-minutówki. Pomysł ten wywietrzał mi z głowy, kiedy po raz 10 zatańczyłam na lodzie na 200-metrowym odcinku. Dałam susa w bok i offroadowo wspięłam się po mokrym śniegu do drogi, na której latem tłukłam podbieg. Przy okazji, po cichu modliłam się o brak lodu. Moje modlitwy zostały częściowo wysłuchane - asfalt był w miarę suchy, tylko miejscami poprzecinany zamarzniętymi strumyczkami spływającego poprzedniego dnia śniegu. Musiałam na nie bardzo uważać na zbiegach. Jeśli Agrykola ma nachylenie 3-4%, to tamten podbieg oceniam na około 8. W sumie wyszło: 200 m tańca na lodzie w dół, około kilometra off-roadu i asfaltu pod górę, 7 x 350 m podbiegu po asfalcie i niecały 1 km zbiegu w stronę śniadania. Jako dodatkową atrakcję miałam zacinający śnieg z deszczem. No ale był to naprawdę fajny trening!
Aha, aha, była jeszcze jedna atrakcja: Gacek nie złapał w ogóle satelity, więc biegałam kompletnie na czuja i na pamięć. O tym, że podbiegi miały 350 m dowiedziałam się dopiero następnego dnia, kiedy wracałam z mężem z malutkiej górskiej wycieczki, a pozostałe odległości pamiętam mniej-więcej z letniego biegania. Dalej niż te 350 m (czyli wyżej) bałam się biec, bo droga robiła się mocno oblodzona.
Iiiii jeszcze jedno - to był mój "autorski" trening, zamiast clubbingu, na którym mnie nie było.
Po południu wybraliśmy się z Ironmanem w trójkołowcu na wycieczkę po Rezerwacie Białej Wody, o którym już pisałam i który pod koniec sierpnia wyglądał tak. Tym razem brnęliśmy z wózkiem w mokrym śniegu, padał deszcz i w ogóle było interesująco. Niemniej jednak, ze względu na całkowity brak innych zwiedzających oraz piękne okoliczności i niepowtarzalne, wycieczka miała wiele uroku. A jak sobie wzmocniłam tyłek od pchania wózka w tej śnieżnej brei!
Malutką wycieczkę zrobiliśmy w piątek, bo plan nakazywał 12 km crossu. Udało nam się zagospodarować Ironmana, spojrzeliśmy na mapę i wybraliśmy sobie trasę na Bereśnik (843 m npm), szczyt w Beskidzie Sądeckim, z którego pięknie widać Pieniny. O widokach za chwilę. Na razie o pogodzie: na plusie, delikatna mżawka oraz porywy mocnego wiatru. Cudowność. Z centrum Szczawnicy na Bereśnik jest około 3 km. Wyliczyliśmy w domu, że przewyższenia wychodzi 300 m. Nachylenie? Rachunek jest raczej prosty: 10%, a przecież po drodze trafiały się jakieś tam krótkie, nazwijmy to, wypłaszczenia. Najpierw łatwo, bo po asfalcie, ale wyżej już po śniegu, a czasem po śniegu z lodem lub lodzie z wodą. Kiedy już blisko schroniska znaleźliśmy ścieżkę prowadzącą przez las i PRAWIE płaską, miałam wrażenie, że frunę po tym mokrym śniegu, bo wcześniej wypluwałam płuca. Widoki niezapomniane, mimo przewalających się chmur i mżawki. Chcieliśmy jeszcze zbiec do Wodospadu na Sopotnickim Potoku, jednak widok stromego zbocza i znikomej ścieżynki, przetartej w głębokim śniegu, wiodącej ostro w dół, trochę nas odstraszył. Może dlatego, że mieliśmy już nieźle przemoczone buty. Zabraliśmy się za zbieganie z powrotem do Szczawnicy. Po 100 czy 200 m zbieganie zmieniło się w walkę o niezjechanie na zębach po mokrym lodzie. Mąż wszedł w zakamuflowaną kałużę, zanurzając w niej nogę mniej-więcej do połowy łydki. Fajnie było. Już w samej Szczawnicy pokrążyliśmy trochę po uliczkach i, nieco zmarznięci i przemoczeni, wspięliśmy się do hotelu. Wyszło 9.5 km w oszałamiającym tempie 1:12. Pomiary dzięki Gackowi męża, gdyż mój... nie złapał satelity.
To nie kadr z filmu "Władca Pierścieni", przedstawiający Mordor zimą, tylko Małe Pieniny przedwiosenną porą
Po południu dołożyłam 2 sesje w saunie i rozciąganie w basenie. Pełna kurorcikowa rozpusta.
Sobota przywitała nas prześliczną pogodą. Zabraliśmy Ironmana do trójkołowca i poszliśmy na stateczny spacer trasą, po której chciałam w czwartek robić 10-minutówki. Może i dobrze, że zawróciłam, bo to był tor łyżwiarski, a nie ścieżka pieszo-rowerowa. Dopiero na terenie Pienińskiego Parku Narodowego, na wysokości Sokolicy, lód zamienił się w śnieg. Chyba 50 razy obiecaliśmy sobie, że przyjedziemy latem i zrobimy całą trasę, aż do Lesnicy na Słowacji, albo na rowerach albo biegiem z wózkiem. Było bajkowo pięknie. Zawróciliśmy, niestety, w okolicach ujścia Lesnickiego Potoku. Droga powrotna była o tyle łatwiejsza, że słońce zdążyło stopić część lodu. Wyszło nam tego, mmm, nie bójmy się tego słowa, spaceru, może pod 10 km.
Po południu znowu wymknęłam się na luksusy: 3 sesje w saunie, trochę pływania i rozciąganie w basenie. Ajajaj... Dobrze było.
W niedzielę połaziliśmy jeszcze tu i ówdzie po Szczawnicy i z wielkim żalem wróciliśmy do Warszawy.
W poniedziałek wstałam z budzikiem i zaczęłam szykować się do wyjścia na trening. Niestety, zanim wyszłam, obudził się Ironman. 2 godziny wcześniej niż przez ostatnie dni... A mąż musiał wyjść do pracy o konkretnej godzinie. Ponieważ doskonale wiem, jak wygląda wybieranie się gdziekolwiek, gdy obok szaleje mały tajfun, zostałam i obiecałam sobie solennie, że pobiegam wieczorem.
Obietnicę zrealizowałam we wtorek rano. Pożyczyłam mężowego Garmina, gdyż, po konsultacji z serwisem i próbie domowej reanimacji (wgranie aktualizacji i reset urządzenia), Gacek nadal nie chciał złapać satelity. Zapadł wyrok: trzeba go odesłać do serwisu. Nawiasem mówiąc, stareńki Garmin męża działa bezusterkowo od samego początku, a mój szwankuje po całości już drugi raz w ciągu 1,5 roku naszego wspólnego biegania. Albo nie mam szczęścia do zaawansowanej technologii, albo raczej nie polecam inwestowania w model 310XT.
Wracając do treningu - 15 km w tempie 5:45 min/km, w tym wycieczka po bardzo wietrznych i zimnych Łazienkach, podbieg Oboźną, kółka po Ogrodzie Saskim i inne atrakcje. Zmarzłam, bo rano było -5, a zimny wiatr potęgował uczucie chłodu.
Jeżeli nie sprawdzą się prognozy pogody, zapowiadające na weekend deszcz i ogólny syf, może zbiorę się na Grand Prix Warszawy (10 km). Z naciskiem na może.
Miłego tygodnia!
5 komentarzy:
Widoki przepiękne. Co do 310XT dużo zależy jaki egzemplarz trafisz. Mateusz z runblog.pl miał takie problemy a mój działa wzorcowo. Znając Garmina - wymienią ci od ręki na nowy egzemplarz.
Hmmm, właśnie wybieram sobie Garmina, od wczoraj obejrzałam ich w intenecie ze 100 rodzajów, nie pocieszyłaś mnie, już mi się od nich kręci w głowie. Jak na razie najbardziej podoba mi się Garmin Forerunner 405. Co do Twojego, sądzę, że po prostu nie miałaś szczęścia i trafiłaś na pechowy egzemplarz :-/
fajnie:) ja lubie wawoz homole mimo tych schodow i poreczy tam jest fajnie:)
Relacja super :) widoki fantastyczne a co do Garmina to tzw złośliwość rzeczy martwych Haniu ;) pozdrwowaśki;)
@Mauser, na to liczę, bo Garmin jest jeszcze na gwarancji. Dzisiaj wysyłam go do serwisu.
@Emilka, nie widziałam jeszcze 410 w akcji. Mąż ma 305 - egzemplarz nie do zdarcia ;)
@Dota, Wąwóz Homole jest piękny! Byliśmy w nim na początku czerwca, z Ironmanem na klacie :)
@Tete, pewnie tak ;)
Prześlij komentarz