Spędziłam 3 dni w odwiedzinach u przyjaciółki w Wiedniu. Była to wizyta przekładana z czerwca, ponieważ, kiedy już miałyśmy wszystko dokładnie zaplanowane, na 4 dni przed wyjazdem się połamałam i tak dalej, i tak dalej. Na szczęście udało się, za stosunkowo niewielką opłatą, uratować bilety dla mnie i Ironmana, przesuwając datę wylotu o prawie 3 miesiące.
Po raz pierwszy miałam lecieć sama z Ironmanem, więc byłam tym faktem nieco podekscytowana
Lot bez przygód, przyjaciółka odebrała nas z lotniska, dzieląc się informacją, że młodsze dziecię jest zakatarzone. Zaczęło się zapowiadać tak więcej lazaretowo, no ale nie martwmy się na zapas. Po południu wybraliśmy się odebrać dzieci z przedszkola i szkoły. Dzieciaki poleciały na plac zabaw, a ja przeszłam się ze śpiącym Ironmanem po wzgórzach Grinzingu. Nie wiem, czy jest inna stolica europejska, z której na wyciągnięcie ręki widać pagóry porośnięte winoroślami. Szkoda, że nie mam takich widoków ze swojego warszawskiego okna.
Noga zniosła zarówno lot jak i wycieczkę z wózkiem zaskakująco dobrze.
W sobotę Ironman miał znowu stan podgorączkowy, młodsze dziecko przyjaciółki również (do tego potworny, bulgocący katar), więc trochę trwało zanim poukładałyśmy plany na resztę dnia. Najpierw była wizyta na sobotnim targu i kolejne chodzenie w systemie góra - dół. Potem pojechaliśmy do czegoś, co zapowiadało się świetnie, a było (przynajmniej dla mnie) mocno rozczarowujące - XVI-wieczny zamek z inscenizacjami dla dzieci. Emmm.... Zamek potężny, położony w mieszkalno-przemysłowej wschodniej dzielnicy, mocno zniszczony, a w środku jarmark niby-to-średniowieczny, choć XVI wiek to chyba raczej już nie średniowiecze, nieprawdaż. Czegóż tam nie było! Kolczugi, kilty (!!!), szaty damskie i męskie, panie prząśniczki i tkaczki, kowal z warsztatem, zespoły grające na "starych" instrumentach, zielarz z magicznymi miksturami, pan wypiekający chlebki z nutellą, itepe itede. Ironman był zainteresowany głównie siedzeniem na środku drogi i przesypywaniem żwiru (zapewne też średniowiecznego) z rączki do rączki. Młodsze smarkało, starsze pytało czy może kręcić filmy moim telefonem. Uffff.... Wiadomo, gdzie następnym razem NIE jechać.
W niedzielę Ironmanowi gorączka skakała z dołu do góry. Wybrałyśmy zatem bezpieczną opcję pt. park po sąsiedzku i obiad tamże. Park jest cudownej piękności - był jednym z trzech, które obiegałam dwa lata temu. Znów, tak jak 2 lata temu, roił się od biegaczy. Ale ja tym razem nie biegałam, tylko krążyłam po pagórkach ze śpiącym Ironmanem, podczas gdy pozostała dwójka, pod czujnym okiem swojej mamy, bawiła się na parkowych placach zabaw. Wróciłam do domu eskortując 4-latkę, która na 300 metrów przed metą obraziła się na mnie, stanęła przy drzewie i udawała, że nie słyszy, co się do niej mówi. Krótka konsultacja telefoniczna z jej mamą sprawiła, że po raz pierwszy posunęłam się do przekupstwa jako metody wychowawczej - jeśli pójdziesz ze mną do domu, mama da ci "jelly goodies". Widzę, że jeszcze wiele mnie czeka...
Po 3 dniach chodzenia noga bolała jak sto diabłów. Nie przewidziałam jeszcze tego, że: na 10 minut przed odjazdem na lotnisko termometr pokaże, że Ironman ma 38,9 C, że nasz lot będzie opóźniony o ponad godzinę, że Ironman będzie sobie życzył zwiedzać lotnisko w wózku, co sprawiło, że chodziłam w tę i z powrotem przez prawie 2 godziny. A i tak byliśmy wywoływani jako osoby opóźniające lot samolotu (!!!), gdyż musiałam skoczyć na awaryjne przewijanie, które trwało 2 minuty.
Na szczęście w samolocie Ironman był najspokojniejszym i najpogodniejszym pasażerem. Czarował siedzącą z tyłu parę Austriaków, co okazało się być wielce pożyteczne - kiedy wyszłam na płytę lotniska z plecakiem, torbą i Ironmanem na rękach, nasz wózek leżał sobie złożony, a panowie z obsługi Okęcia życzliwie przyglądali się z daleka, jak próbuję go rozłożyć przy pomocy jednej ręki, na której dyndała mi torba. Mili Austriacy podeszli i pomogli.
No i takie to były przygody.
Skrótowo jeszcze o zeszłotygodniowych aktywnościach sportowych: jedna rehabilitacja i jedno wyjście do pieczarkarni.
Na rehabilitacji sporo czasu poświęciliśmy palcom u feralnej stopy, bo są zesztywniałe, zblokowane i nie dam rady robić naturalnego "przetoczenia" w takim stanie. Przetaczam stopę od pięty, po wewnętrznej krawędzi, przez halluks, co powoduje dośrodkowanie z prawego kolana i nie jest dobre. Jeszcze dwa tygodnie temu nie potrafiłam usiąść na piętach, opierając stopy na palcach. Na lewej nodze tak, na prawej - nie ma mowy. W zeszłym tygodniu wreszcie się udało, ale nie bezboleśnie. Chodziłam też po równoważni piankowej na palcach, po materacu na palcach, robiłam akrobacje na berecie, jeździłam na rowerku, i tak dalej, i tak dalej.
W pieczarkarni, po raz pierwszy od 3 miesięcy, zrobiłam delikatne ćwiczenia na nogi i pupę - m.in. suwnicę z zaledwie 30-kilogramowym obciążeniem - oraz dużo różnych wygibasów na piłce. Poza tym: klatka, bicepsy, obręcz barkowa, plecy i brzuch. Uch uch. Ku mojemu zdziwieniu nie miałam zakwasów!
Miłego tygodnia.
Średniowieczny bufet
Fontanna z tęczą
Parkowe biesiadowanie
2 komentarze:
Ja nie wiem o chodzi, ale dzieci tak jakoś mają że lubią się rozchorować albo właśnie mieć gorączkę tuż przed wyjazdem. Jakaś podświadomość u nich działa czy co? :)
Powodzenia w rehabilitacji - to niestety strasznie pracochłonne zajęcie robienie tych wszystkich małych ćwiczonek w nieskończonej ilości powtórzeń. Ale wkrótce będzie dobrze z Tobą, wierzę w to!
No właśnie - to jest przedziwna prawidłowość z tym chorowaniem tuż przed wyjazdem. Sama kiedyś wycięłam mojej mamie numer: jechała ze mną i moim młodszym bratem nocnym pociągiem (bez miejscówek ofkors) do Krynicy. Miałam wtedy 7 lat. W pociągu, zatłoczonym do granic możliwości, dostałam 40 stopni gorączki i wymiotowałam. Na miejscu okazało się, że to piękna angina ;)
Prześlij komentarz