Przetrenowałam się.
Nie, nie żartuję, ani nie znajduję się pod wpływem substancji odurzających.
No bo tak. W poprzednim odcinku pisałam, że noga zastrajkowała. Bolała mnie pięta i rozcięgno podeszwowe. Odpuściłam wycieczkę rowerową do Janowa Podlaskiego - pojechaliśmy tam, jak prawdziwe obiboki, samochodem. No to był jeden dłuższy spacer, drugi po południu, bo przestało padać i było takie fajne powietrze do oddychania, a następnego dnia wróciliśmy do domu. Poszłam z Ironmanem na jakieś małe zakupy w okolicy, Ironman nie chciał być w wózku, za rękę też nie chciał iść, więc albo go niosłam, albo biegałam za nim, kiedy dawał dyla na swoich rączych odnóżach (zawsze w stronę ruchliwej ulicy / kosza na śmieci / kałuży / psiej kupy / zdeptanego peta). Kiedy dowlokłam się do domu, stopa bolała po całości, a najbardziej zaniepokoiło mnie nieprzyjemne kłucie w miejscu złamania.
Załamka.
We wtorek pojechałam świtem na rehabilitację i od razu zwierzyłam się miłemu panu rehabilitantowi ze swoich poczynań sportowych oraz z dolegliwości. Nie podzielił mojego entuzjazmu dla wzmożonego wysiłku sportowego oraz planów na najbliższą przyszłość (Pieniny).
Nie mogę biegać za Ironmanem. Nie powinnam jeździć na rowerze w terenie. Chodzić mogę tylko do granicy bólu - jeśli coś tylko zapika: stop i noga do góry. Chodzenie po górach? Buchachachacha.
Motyla noga. Myślałam, że wreszcie mogę powoli odkręcać wentyl z nagromadzonej energii, a tu taka siurpryza.
Po rehabilitacji (terapia manualna + rowerek + nowe ćwiczenie z taśmą + chodzenie po piankowej równoważni + beret + rozciąganie) i oklejeniu nogi błękitną taśmą ból ustąpił, ale też moje szaleństwa sportowe ograniczyły się we wtorek do wycieczki do najbliższego warzywniaka i z powrotem. Zresztą niedługo sama zamienię się w jakieś bulwiaste warzywo. Albo w beczkę kiszonej kapusty.
W środę byłam z Ironmanem na ponadgodzinnym spacerze po Łazienkach. Jak wytłumaczyć 1,5-rocznemu dziecku, że nie może się wykąpać w parkowym stawie?
W czwartek poszłam na trening siłowy. Zgodnie z nową maksymą ukutą przez Agnieszkę, kto nie ma w nogach, ten musi mieć w rękach. Przez prawie godzinę pracowałam nad barkami, bicepsami, tricepsami, plecami, klatką i brzuchem. Rozkoszne rozciąganie na deser.
W piątek rano znów rehabilitacja, czyli rowerek, terapia manualna, ćwiczenia z taśmą.
M.in. 75 x wstawanie z krzesła i siadanie na nim, bez wypuszczania taśmy przytrzymywanej w napięciu dwoma punktami stopy i rękami plus, co piąty raz, wytrzymywanie 10 sek w pozycji "na Małysza" - dawno nie ćwiczyłam przysiadów, więc po tej serii byłam mocno zmachana. Były też figury baletowe na berecie i rozciąganie.
W niedzielę, po raz pierwszy od 11 tygodni, Las Kabacki. Ale, spokojnie, spokojnie, jeszcze bez fanfar, bez czerwonego dywanu - mąż stukał 10-minutówki, a ja towarzyszyłam mu na rowerze. Wyszło tego jakieś 13,5 km. Dziwnie było mi jechać po pętli kabackiej, mijać biegaczy i NIE BIEC. Gdyby 11 tygodni temu ktoś powiedział mi "To Twój ostatni trening biegowy w Lesie Kabackim na długie, długie miesiące" postukałabym się w głowę.
Im bliżej Maratonu Warszawskiego, im dłużej pracuję nad swoją stopą, tym mi smutniej.
No ale.
Najważniejsze, że w ogóle mogę coś robić.
Miłego tygodnia!
niedziela, 2 września 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
20 komentarzy:
Pomyśl, że im bardziej będziesz się teraz oszczędzać, tym szybciej wrócisz do biegania. A w warzywo się nie zamienisz, bo naprawdę zapewniasz sobie sporo aktywności. Bardzo mi się podoba pomysł wzmacniania ramion - to chyba optymalne wykorzystanie sytuacji, a pożytek będzie.
@Emilia, stwierdziłam, że COŚ trzeba wzmacniać :) Postanowiłam też porządnie zająć się brzuchem, bo strasznie osłabł od leżenia / siedzenia.
"Najważniejsze, że w ogóle mogę coś robić" - i to się liczy :)
Swoją drogą pomysł zamieniania się w beczkę kiszonej kapusty jest intrygujący ;)
najgorsze jest właśnie to czekanie by wszystko wróciło do pełnej sprawności i znów można wejść na pełne obroty. Zgadzam się z Emilią że trzeba się oszczędzać by szybciej wyzdrowieć, czego Tobie życzę :)
to milego tygodnia:) tak po prostu bo przeciez moze byc mily prawda?:)
Kiedyś wszystko wróci do normy, tego możesz być pewna, tylko musisz być cierpliwa :)Dużo zdrowia życzę :)
Gratki za wytrzymałość! Trenuj na ręce, brzuch i co się da bez obciążania stopy, to pomoże nie zwariować a w dodatku zaprocentuje potem! Podobno to bardzo pomaga, w bieganiu Danielsa czytałem że swojej podopiecznej z kontuzją zalecił ćwiczenie rąk (rowerek obsługiwany rękami) i to się sprawdziło. Acha no i pływanie by było super bo wyrabia aerobowo a nie obciąża stopy (chyba).
@Adam, nnnnooo, w taką baryłeczkę ;)
@Artur Bednarek, tak, ja też się teoretycznie zgadzam, ale po 11 tygodniach oszczędzania się mam już lekki przesyt ;)
@Dota, no pewnie. W górach :)
@3chani, dziękuję! :)
@Leszek, muszę odzyskać swojego Danielsa i poczytać te pocieszające historie :) Pływanie na pewno jest super, ale ja nie przepadam :( Obiecuję sobie trochę taplania w basenie podczas pobytu w górach.
Dokładnie wiem co czujesz. I im bliżej maratonu tym jest mi coraz bardziej smutno. Zwłaszcza, że przede mną jeszcze długa droga powrotu do biegania.
Cierpliwości Ci życzę. Nie daj się :)
@Kinga, a można zapytać, co Ci się stało? Tobie też życzę cierpliwości i szczęśliwego powrotu :)
Haniu tylko pomalutku i do przodu;)nic na siłę. Wiem co czujesz, ale już niedługo... jeszcze trochę cierpliwości:) Dużo zdrówka:)A z Ironmana może będzie Mors?;)Pozdrawiam i trzymam za Ciebie kciuki:)
@Tete, z Ironmana na bank będzie Mors - kiedy był bardzo malutki płakał, jeśli woda w kąpieli miała więcej niż 34 stopnie. Zasada ubierania "jedna warstwa więcej niż sobie" również się nie sprawdzała w jego przypadku ;) Pozdrawiam!
75x wstań z krzesła, ileś tam Małyszów? Dziewczyno będziesz mieć czworogłowe ze stali :) A tak na poważnie, to doskonale cię rozumiem - mamy w ciele tyle fajnych mięśni że zawsze można coś poćwiczyć jak jedna strefa jest w remoncie. Mysle że robienie góry i brzucha również świetnie się przyda, na przykład do twoich przyszłych biegów górskich (TAK!:), kiedy trzeba będzie mocno pracować rękami żeby wbiec na szczyt. Tak więc walcz Haniu, tylko bez zajeżdzania się :)
Jesteś zupełnie niesamowita. Znam sporo osób, które z dużo mniejszymi urazami są "obłożnie chore"a Ty się nie dajesz i ćwiczysz to, co możesz. Brzuch będziesz miała stalowy :)
@Ava, liczę na stalowe czworogłowe, bo zima za pasem i trzeba się szykować na narty ;)
@Ultrasetka, oj, zarumieniłam się po kokardę :)
Miałam wypadek samochodowy 1 października zeszłego roku. I tak się bujam z rehabilitacją do tej pory. Już miałam nadzieję na powrót do biegania, bo lekarz i rehabilitant twierdzili,że jeśli wszystko pójdzie dobrze to rok po wypadku to dobry czas...a tu się okazało, że biodro, które ucierpiało w wypadku trzeba będzie operować. No więc znowu klops i wszystko przesuwa się o kolejne tygodnie :-/
Haniu, doskonale znam te uczucie gdy w trakcie rehabilitacji dopada te znużenie. Nie widać światełka w tunelu do którego można podążać. Na pocieszenie powiem, że zwykle był to okres poprzedzający poprawę stanu zdrowia.
Wzmacnianie brzucha to świetny pomysł. Trzymam kciuki za Twój kaloryfer :)
@Kinga, oj, strasznie mi przykro. Życzę Ci, żebyś jak najszybciej wróciła do zdrowia i biegania!!
@Mauser, pocieszyłeś mnie :))
Dzięki :) no i wzajemnie. Może któregoś dnia spotkamy się gdzieś na trasie.
Oby :)
Prześlij komentarz