Bociany odleciały. Wróciłam pod podlaskie lipy i od razu zauważyłam, że zniknęli sąsiedzi zza okna. Zauważył to też Ironman, który, patrząc w stronę pustego gniazda, rozkłada rączki i mówi "nie ma". Podobno odfrunęły 15 sierpnia. Ciekawe, gdzie są teraz?
Mijający tydzień był chyba najbardziej intensywny sportowo od 10 tygodni: 2 rehabilitacje, 1 siłownia, 2 wycieczki rowerowe i sporo chodzenia "przełajowego", w tym ganianie za Ironmanem po Łazienkach podczas środowego clubbingu. Wiem, że to brzmi jak dowcip dla tych z Was, którzy właśnie zaliczają szczyt kilometrażu przed jesiennymi maratonami. No ale.
Rehabilitacje: każda po prawie 2 godziny, bardzo męczące. Zaczynamy zawsze od terapii manualnej, która jest nieprzyjemna, ale po niej czuję się, jakbym nigdy nie miała złamania i mogła wyskoczyć natychmiast na bieżnię. Wrażenie pryska po pierwszej serii ćwiczeń z gumami, poprzedzonych rozgrzewką na rowerze stacjonarnym, które to ćwiczenia mają poprawić stabilizację i wzmocnić mięśnie stopy, oraz przyzwyczaić mnie do obciążania zewnętrznej krawędzi. Po gumach dostaję "beret" i dalej ćwiczę stanie na jednej nodze (raz na prawej, a raz na lewej). W czwartek 4 x 10 po 10 sek na każdej nodze. Potem jest chodzenie po piankowej równoważni - już bez żadnego podpierania się - do przodu i do tyłu. Śmierć w oczach! W czwartek dostałam jeszcze step i ćwiczyłam wspięcia na palce, z powolnym opadaniem, po których łydki bolały mnie do soboty. Wreszcie rozciąganie i ulubiony fragment rehabilitacji: lodowa skarpeta + gazeta.
Na razie nie wolno mi ćwiczyć nóg poza tym, co robię na rehabilitacji, więc postanowiłam zająć się górą. Poleciałam w czwartek na siłownię, na porządny trening na barki, bicepsy, klatkę i brzuch. Zwłaszcza na brzuch, bo woła o pomstę do nieba. Za to rozciągnięta jestem jak za czasów, w których nie biegałam, za to regularnie chodziłam na jogę. Coś za coś.
W piątek rano pojechaliśmy na Podlasie. Ślicznie tu, choć widać, że lato odchodzi. Na nadbużańskich łąkach nie słychać już ptaków, bociany nie klekocą za oknem, zniknęły poziomki i leśne maliny. Pola pachną świeżo zaoraną ziemią, a z lip polatują żółte listki. Nie martwi mnie to, bo lubię jesień.
Zorganizowaliśmy sobie dwie krótkie wycieczki rowerowe (jedna godzinna, druga 1,5-godzinna), dłuższą zostawiając na niedzielę. Hankiskakanki odkrycie Ameryki: tu jeździ się inaczej niż po Warszawie, bo w górę i w dół, mamy też ulubione trasy gruntowe (miejscami piaszczyste lub kamieniste); jednym słowem - program rolling hills na żywo. No i trzeciej wycieczki nie odbyliśmy, bo noga zastrajkowała - chyba trochę za dużo obciążeń jak na pierwszy tydzień nauki chodzenia.
Jeszcze 3 tygodnie rehabilitacji i zobaczymy, co dalej. Zwłaszcza, że mam już nieśmiały plan na przyszłoroczne starty. W tym roku startować na 100% nie będę.
Miłego tygodnia!
PS. Tym razem zabrałam książkę o bieganiu: "Biegać mądrze" Richarda Benyo (Emilko, dziękuję!). Bardzo mnie pociesza czytanie o doniosłości odpoczynku i przerw w bieganiu.
PS2. Spełniło się moje marzenie - przytyłam dwa kilogramy.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
7 komentarzy:
Dobrze przeczytać, że są postępy w rehabilitacji. Trzymam kciuki za szybki powrót do biegania.
A książka jest całkiem sympatyczna i dobrze napisana :)
No właśnie już chciałam napisać że ostro zaczęłaś używać nogi, kiedy doczytałam że zastrajkowała. Nawet taki ze zdrowym kopytem by się zmęczył po crossie rowerowym i tylu siłowniach i rehabilitacjach. A uchylisz rąbka tajemnicy dot. sezonu 2013, czy nie chcesz zapeszać? :-)
Z jednej strony to straszne ile czasu nam potrzeba żeby wrócić do formy po kontuzji a z drugiej zadziwia mnie ile mamy możliwości regeneracji! Żadna maszyna by tak nie potrafiła - trzeba by jej komponenty wymieniać :) a człowiek potrenuje, ponosi fantazyjnego buta i będzie jak nowy :)
Powodzenia w rehabilitacji i czekamy na plany na przyszły rok no i liczymy na doping 30-go za miesiąc!
@Adam, ja też się cieszę z wszelkich postępów :)
@Ava, zdecydowanie za ostro. Jak szczerbaty na suchary, zgodnie z ludowym porzekadłem. Plany? Na razie wolę nie zapeszać, ale tak ogólnikowo: mocny półmaraton na wiosnę, brak wiosennego maratonu, a potem trochę gór i porządny, asfaltowy maraton na jesieni. Oczywiście, zakładając, że nic sobie nie złamię, nie zwichnę, nie urwę, itepe ;)
@Leszek, prawda - niesamowite, jak to w naturze jest urządzone! Doping będzie na bank. Jeszcze nie ustaliliśmy szczegółów z mężem, ale pewnie co najmniej połowę trasy przejadę na rowerze, więc będę objazdowym punktem dopingowym :))
Cieszę się, że rehabilitacja przynosi efekty i już planujesz przyszłoroczne biegi. Zobaczysz jakie będą życiówki!
Co do książki, polecam się na przyszłość :-)
podziwiam za cierpliwość do 2 godzin rehabilitacji, dobrze że jest coraz lepiej, szkoda że to musi tyle trwać i trwać i trwać :/
@Emilia, będę pamiętać :) Dziękuję!
@Artur Bednarek, zawsze to jakaś forma ruchu. Najgorsze było siedzenie z gipsem ;)
Prześlij komentarz