piątek, 3 sierpnia 2012

Wirtualne pagórki pod nieistniejącymi kołami

Jak miło zameldować, że w środę pojechałam na clubbing! Niestety tylko w charakterze obserwatorki oraz tej-która-ogarnia-Ironmana, co nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie.

Czynni uczestnicy wbiegali po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim, robili wykroki i przysiady wchodząc po nachyleniu Agrykoli (w przysiadach ochoczo towarzyszył im Ironman), tłukli podbiegi (Ironman też - ze szczególnym upodobaniem ścieżek rowerowych, po których śmigali profesjonalnie wyglądający kolarze, a ja miałam narastający stan przedzawałowy, bo nie nadążałam za młodym zawodnikiem). Na zakończenie pograłam z Ironmanem w piłkę na stadionie, usiłując stanowczo zniechęcić go do traktowania bieżni jako boiska. 

Wróciłam z nogą spuchniętą jak bania. Bardzo źle wpływają na nią panujące upały - rano budzę się z "normalną" stopą i kostką, a po południu mam już napuchnięty balon, któremu ulgę przynosi tylko trzymanie kopyta w górze i okładanie lodem. 

Ale i tak było fajnie!

Wczoraj dużo leżałam, robiłam sobie okłady.

Dzisiaj obudziłam się z tak wypoczętą nogą, że rano poszłam do pieczarkarni. Normalnie. Jak człowiek! No dobra, w dwóch różnych butach (niestety nie ma foty z powabnym sandałem w wersji sportowej, ale wszystko jeszcze przed nami!). 

W pieczarkarni są nowe rowerki. Usadowiłam się na jednym i wybrałam z menu program "rolling hills". Jeździłam po tych wirtualnych pagórach, wyobrażając sobie, że to Góry Izerskie, we włosach szumiało powietrze z klimatyzatora, w butelce bulgotała Muszynianka. Prawie wycieczka! Jeśli wierzyć licznikowi, przejechałam 10,7 km w 30 minut. Nie wiem, czy to wolno, czy szybko. W bieganiu byłabym chyba w reprezentacji olimpijskiej? 

Po wycieczce rowerowej poszłam powiosłować. Ale nie na ergo-cośtam-cośtam, bo mąż słusznie zauważył, że będę musiała na nim ruszać stopą. Tylko na maszynie do statycznego wiosłowania celem wzmocnienia pleców. Przeplatałam te ćwiczenia ćwiczeniami na innej maszynie do pleców i obręczy barkowej. Zrobiłam jeszcze rozpiętki na zmianę z "wyciskaniem" na klatkę i poszłam do kąta, żeby się rozciągnąć. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, nie jestem tak pospinana, jak mi się zdawało. Najgorzej jest z prawym pośladkiem, ale już dwójki i czwórki mają się nie najgorzej. Uprzejmie z ich strony. 

Ale mi dobrze... Już planuję kolejną wyprawę, bo jakoś muszę przeżyć 11 dni pozostałe do wizyty u pana dr. Zwłaszcza, że mąż intensyfikuje treningi pod maraton. 

Miłego weekendu, gdziekolwiek i jakkolwiek będziecie go spędzali!


9 komentarzy:

Unknown pisze...

Zobacyzsz, jeszcze trochę i będziesz zasuwać po ścieżkach biegowych!

Leszek Deska pisze...

Tempo na rowerku było całkiem całkiem - ponad 20km/h a żeby jechać 30km/h to trzeba jechać prawie "na maksa". Więc z takim butkiem to dobry wynik.

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, marzę o tym!!
@Leszek, but nie dał się nawet przypiąć do pedała :-/ Jeszcze 9 dni!!

Kasia pisze...

Wytrwałości! PS. Chciałam skomentować post obuwniczy, bo jest zaskakujący i ciekawy, ale takie zagęszczenie notatek, że nie zdążyłam... :)

Hankaskakanka pisze...

@Kasia, dziękuję - wytrwałość się przyda ;) Pozdrawiam!

Adam pisze...

Fajnie, że nie załamałaś się kontuzją :) A czy pan dr zdradził może, kiedy (optymistycznie) będziesz mogła zacząć truchtać?

Hankaskakanka pisze...

@Adam, nie, jeszcze nie. Za 8 dni kontrola i może wtedy zdradzi. Tak naprawdę to jestem załamana niebieganiem, ale staram się trzymać fason ;)

tete pisze...

Haniu Jesteś twardzielka:)ja też stosuję się do opinii, że kontuzja to nie obłożna choroba i w miarę możliwości trzeba coś ze sobą "robić";)pozdrawiam szybkiego powrotu do tuptania

Hankaskakanka pisze...

@Tete, :))) Dziękuję!!