Nauka chodzenia po złamaniu kości śródstopia wydaje mi się tak trudne, ponieważ stopa i staw skokowy są jeszcze sztywne, mają tendencję do puchnięcia, a w mojej głowie czai się ciągła obawa, że źle stanę, że uderzę, że puszczą śrubki. O paranojach będzie jeszcze za chwilę, a na razie wrócę do piątkowych przygód. Nadmienię jeszcze, że wolę sobie nie wyobrażać, co by było gdybym przez 6 czy 8 tygodni nosiła gips... Zwłaszcza tak fachowo założony, jak ten, który miałam przez pierwsze 2 tygodnie.
Pan rehabilitant przeprowadził ze mną wywiad, obejrzał obydwie stopy, stawy skokowe, łydki i kolana. Zbadał ruchomość stóp i stawów skokowych (prawa, bez niespodzianek, ma mniejszy zakres ruchu niż lewa). Później zaczął tzw. terapię manualną, czyli coś w rodzaju masażu prawej stopy, kostki i łydki. Bolało, oj, bolało! Nie tak bardzo jak 8 dni wcześniej u Cudotwórcy, który uelastyczniał najgorszą skamielinę, ale jednak. Po terapii manualnej dostałam do robienia ćwiczenia, z których najbardziej przypadło mi do gustu chodzenie po czymś w rodzaju piankowej, miękkiej równoważni. Stopa, za stopą - w przód i w tył - w ten sposób ćwiczyłam przetaczanie stopy od pięty przez palce i od palców przez piętę. Na sam koniec zostałam usadzona z lodową skarpetą na nodze (będę pamiętać, żeby zabierać ze sobą na tę część książkę i łączyć przyjemne z pożytecznym). Wszystko razem trwało godzinę i 45 minut.
Dostałam również zadanie domowe: 3 razy dziennie mam wspinać się na palce (szybko) i powoli opuszczać pięty (3 serie po 5 razy), następnie rozciągać łydki, a na sam koniec robić lodowy okład. Wspinanie i rozciąganie mają mnie przygotować do ćwiczeń bardziej dynamicznych niż piątkowe, z którymi ruszymy podczas następnych zajęć. Trochę mnie te następne zajęcia martwią, bo, jak głupia, zapisałam się na 7 rano... Dwa razy w tygodniu.
Omamo.
Poza tym dwa razy jeździłam na rowerze - raz po wirtualnych pagórach, a raz normalnie, jak człowiek, po drodze i ścieżkach rowerowych.
W środę było rowerowanie wirtualne. Straszna nuda, bo skończyła się olimpiada i nie ma co oglądać w tv. Wytrzymałam 40 minut, przejechałam 15,9 km, po czym poszłam zmęczyć trochę plecy, klatkę i brzuch, a następnie odpocząć przy solidnym rozciąganiu.
W sobotę byliśmy na ślubie i weselu i - tralalala - obeszło się bez butów w góry!
W niedzielę pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę rowerową. Trochę kręcenia po mieście i Mostem Świętokrzyskim przejechaliśmy na drugą stronę Wisły, dojechaliśmy do Mostu Siekierkowskiego, a potem włączyliśmy tryb "powrót do domu". W sumie około 21 km w bliżej nieznanym tempie, bo czasem wyłączałam Gacka na światłach, a najczęściej tego nie robiłam. To była moja pierwsza wycieczka rowerowa w "realu" od paru miesięcy. Bardzo się jej bałam (uwaga - teraz kącik paranoika) - że spadnę z roweru (mąż: "Ile razy spadłaś z roweru w ciągu ostatnich dwóch lat?!"), że ktoś na mnie wjedzie, że będę musiała gwałtownie hamować - jednym słowem, że znowu rozwalę sobie nogę. Pozostałe paranoje (nierowerowe) to: ktoś na mnie nadepnie (wczoraj łypałam podejrzliwie na wszystkie szpile i koturny, boję się zatłoczonych miejsc), krzywo postawię nogę w jakiejś dziurze na chodniku, spadnę ze schodów, i tak dalej.
Może mi przejdzie?
Na razie nie porywam się na imponujący kilometraż rowerowy z prostej przyczyny - noga się męczy i puchnie. Nie chcę robić niczego na siłę. Wierzę, że za jakiś czas wrócę do pełnej sprawności i wtedy sobie pohulam.
Teraz muszę przyłożyć się do nauki, żeby mi Ironman nie spylał na placu zabaw.
A poza tym kiedyś chciałabym robić o tak:
Zdjęcie ze strony http://aliciamgomes.wordpress.com


9 komentarzy:
Wiadomo, że zaraz po kontuzji człowiek się paranoicznie wręcz boi. Stopniowo będzie Ci to przechodzić, don't worry!
Ale że ćwiczenia o 7 rano? Zwariowałaś dziewczyno!!;)
@Krasus, darzało mi się wychodzić na bieganie o 5:30, przychodzić "na siłkę" o 7, to może i tę rehabilitację przeżyję? ;) Zresztą sprawdziłam rozpiskę i w tym tygodniu mam 7 rano tylko raz ;) Większy hardcore czeka mnie w przyszłym tygodniu.
Haniu, cieszę się, że jest lepiej i trzymam kciuki za dalszą poprawę! :-* O twoich zmaganiach z własnym ciałem czyta się jednym tchem. Powinnaś pisać thrillery medyczne :D
Przyjemnie czytać, że idzie ku dobremu. I nawet buty na wesele udało się znaleźć. Chociaż miny pozostałych gości na buty trekingowe mogłyby być bezcenne ;)
@Quino, chyba zacznę, ale będą przewidywalne - ortopeda = szwarzcharakter :)
@Adam, już mi wystarczy 6 tygodni min na widok sandała :) Nad morzem rozważaliśmy sprzedaż biletów na sandał show :)
O siódmej? Co tak późno? O siódmej to się drugie śniadanie zjada... A nie, to tylko ci, którzy zasypiają o dziesiątej razem z dzieckiem ;-)
Zdrówka!
@DrProctor, od 10 to warto choć do 8 pospać ;)
Faktycznie po kontuzji wiele zostaje w głowie. Oprócz ćwiczeń z rehabilitantem powinno się chyba zaliczyć parę sesji z psychologiem :) pamiętam jak po naderwanym więzadle miałam totalną psychiczną blokadę przed skręceniem kolana przy wspinaniu, chociaż wiedziałam że niczym to nie grozi. Tak więc rób też trening mentalny :) Trzymam kciuki, żebyś jak najszybciej mogła zacząć truchtać, póki co :)
@Ava, ja mam psychiczną blokadę podczas chodzenia po piankowej równoważni, ustawionej na macie - że spadnę i walnę nogą. O MATĘ :)) Dziękuję za kciuki!!
Prześlij komentarz