poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Hormony

Jednym z powodów, dla których lubię biegać, jest systematyczne doładowywanie endorfin. Po treningu na świeżym powietrzu mogę przenosić góry (chyba, że się sponiewieram) i mam uśmiech dookoła głowy (chyba, że patrz wyżej lub trening wyszedł do bani). Bieganiem rozładowuję też wszelkie wyrzuty adrenaliny. Na przykład bywa tak:

Niedzielne przedpołudnie. Przyjeżdżamy z mężem i Ironmanem do Lasu Kabackiego. Mąż wybiegał swój trening w sobotę, więc zabiera Ironmana na spacer, a ja ruszam sama. Mam do zrobienia co najmniej 15 km w spokojnym, "pierwszozakresowym" tempie. Ruszam od strony parkingu w Powsinie, skręcam w asfaltową drogę wzdłuż Polany Powsińskiej, biegnę przez pole, skrajem lasu, itd. Pierwsze 4 km są ciężkie, bo to pierwszy taki ciepły dzień od dawien dawna, bo chlupie mi w brzuchu wszystko, co od rana wypiłam. Truchtam sobie spokojnie w okolicach 6 min/km. Po 4 km trochę przyspieszam, choć nadal nie przekraczam 5:30 min/km.

Na siódmym kilometrze mijają mnie dwie rowerzystki. Jedna starsza, druga młodsza. "Nie, ja jednak wolę rower. Bieganie mnie męczy. Jak wejdę na bieżnię w domu, to mam takie dodatkowe skurcze w sercu.". Jadą sobie dalej, a ja biegnę, w sumie bez dodatkowych skurczy.

Na ósmym kilometrze próbuję wyprzedzić panią, która jedzie na rowerze i trzyma na smyczy małego pieska. Zupełnie sobie nie radzi ani z panowaniem nad pieskiem ani nad rowerem. Jest tak tłoczno, że boję się, że za chwilę wpadnę na panią, rower lub pieska. Przyspieszam poniżej 4 min/km i zostawiam panią z jej kłopotami za sobą.

Skręcam w drogę prowadzącą skrajem Polany Powsińskiej. Ale tłok! Z naprzeciwka idzie pani, a przed nią, na malutkim rowerku jedzie chłopczyk. Ma może 2,5 roku. Raczej nie obchodził jeszcze trzecich urodzin. Z tyłu pani i chłopczyka zbliża się rowerzysta. Ocenia, że nie zmieści się między chłopczyka, a obszerną rodzinę, zajmującą sobą większość ścieżki. Pani się odwraca i widzi, że rowerzysta staje, żeby nie wpaść na jej synka. I zaczyna się - pani szarpie dzieciaczka, wrzeszczy na niego "Ile razy mam ci mówić, żeby jechać prawym skrajem ścieżki?!" (dla 2,5 letniego dziecka brzmi to pewnie tak samo zrozumiale, jak dla mnie wykład z marketingu w sanskrycie). Robi mi się niemiło, biegnę dalej i, mimo rosnącej odległości, cały czas słyszę wrzaski. A chłopczyk jest ledwie trochę większy od Ironmana i ma taki sam kolor włosów.

I nagle coś mnie trafia. Ścieżka pełna ludzi i nikogo nie obchodzi to, że maleńkie dziecko dostaje właśnie porcję agresji od matki, która nie zabrała go na rowerek w mniej zatłoczone miejsce, nie pilnuje należycie i wyładowuje na nim właśnie pretensje do całego świata. Zawracam. Podbiegam do pani i zaczynam: przepraszam, ale zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy słyszałam, jak pani strasznie krzyczy na synka, jednocześnie go szarpiąc. Sama mam malutkie dziecko, bardzo energiczne...

Pani patrzy na mnie wężowymi oczami i syczy "To moja sprawa jak ja z NIM rozmawiam". ON ma może metr wzrostu i oczy tego samego koloru co Ironman. Biorę oddech. Tak, rozumiem, ale naprawdę aż przykro było słuchać... Pani syczy "Pani tu wcześniej nie było. Pani nie wie co ON wyprawia". No dobra. Widzę, że nic więcej nie wskóram. Pani jest przekonana o tym, że metrowy ON robi jej na złość, zniszczył jej życie. Za chwilę się rozbeczę, więc tylko rzucam pani, że to wszystko, co miałam jej do powiedzenia i życzę miłego dnia. Odbiegam.

Mam taki wyrzut adrenaliny, że przyspieszam. Byle dalej od wężowych oczu, wężowego syku i tego metrowego skrzata z rowerkiem, którego mama zabrała na niedzielną wycieczkę.

Co dalej. Na szczęście dalej jest humorystycznie, choć wcale mi nie do śmiechu, bo nie mogę zapomnieć o tej scenie i o tym, że nikt z przechodzących ludzi nie zareagował.

No ale to blog biegowy, a nie felieton o znieczulicy społecznej i formach przemocy wobec dzieci, więc teraz będzie już lekko.

Rzut oka na Garmina (nawiasem mówiąc - działa bez zarzutu, odpukać trzy razy w niemalowane drewno i "occhio, malocchio, prezzemolo e finocchio"*): 4:40. Uuuu... To nie jest moje tempo easy, ale nie mogę biec wolniej, bo mnie adrenalina roznosi. No i niespodzianka - zrównuje się ze mną rowerzysta (chyba powinnam powiedzieć - kolarz, bo w imponującym uniformie) i zagaduje: "Może chcesz łyka". Macha mi przed nosem bidonem. Eeeeemmmm. "Nie, dziękuję". Kolarz nie rezygnuje: "Napij się. To jest hipertonik. Fajna sprawa - wzmocnisz się". Iiiiiiiii. "Nie, dzięki, naprawdę". Kolarz: "Dobrze Ci zrobi. Walniesz element". Modlę się, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo sytuacja robi się absurdalna, ale kolarz jest bardzo miły i doceniam dobre chęci. "Nie, dzięki, dopiero 9 km biegnę, więc jeszcze za wcześnie, żeby walnąć element. Ale dziękuję, bardzo mi miło." Jeszcze przez chwilę równolegle przesuwamy się, zostawiając w tyle Polanę Powsińską, aż kolarz w końcu rezygnuje z częstowania mnie zawartością bidonu, rzuca "Cześć" i odjeżdża.

A ja za 200 m mijam Mariusza Giżyńskiego (tzn. on biegnie z przeciwnej strony, bo minąć go podczas biegu w tym samym kierunku, raczej nie miałabym szans, chyba że walnięty element miałby jakieś skutki uboczne w postaci omamów).

Trening zakończyłam już bez dodatkowych bodźców. Średnie tempo: 5:21 min/km (15 km) + 800 m schłodzenia i miłe rozciąganie na powietrzu.

A Ironman zrobił dziś samodzielnie 3 (słownie: trzy) kroki. Życiówka!

Miłego tygodnia.

*zaklęcie włoskie przeciwko złemu urokowi (malocchio). We Włoszech, zwłaszcza na  południu, bardzo silnie wierzy się w uroki i ich odczynianie. Prezzmolo (natka pietruszki) i finocchio (koper włoski) mają podobno działanie zwalczające wszelkie uroki. Podobnie jak rożek z czerwonego koralu (specjalność neapolitańska) i podkowa. 

11 komentarzy:

Ava pisze...

Oj Hanka ale Ty piszesz :) Twoj blog to trzeci element (!) przyjemności - albo porannej (kawka+kawałek czegoś pysznego+ nowy post Hanki) albo wieczornego (wino+orzeszki+ nowy post Hanki), hehe!
A "Walnij element" zapamiętam - dobre! :)
Co do dzieci, to miałam niestety identyczną reakcję jakiejś matki po zwroceniu jej uwagi. Reakcję typy "pilnuj swego nosa" - ale reagować trzeba, może coś zostanie w takiej matce głowie

Unknown pisze...

Obawiam się, że takie interwencje są mało skuteczne, ale i tak zawsze trzeba reagować. A może rodzic urażony tym, że ktoś wtrąca nos w nie swoje sprawy w danej chwili się obruszy, ale potem na spokojnie pomyśli i chociaż trochę zmieni postępowanie? Choćby w nadziei na to warto.

tete pisze...

Już sam tytuł brzmi zachęcająco;) ale taki post z rana to jak poranne bieganie sprawia, że "od rana mam dobry humor...." z częstowaniem też miałem przygodę. Co pętla przebiegałem koło sklepu i "trębacze" koniecznie chcieli mnie zaprosić do kompaniji. Po czwartym kółku kiedy już mieli dobrze w główkach, a ja po raz kolejny odmówiłem jeden ruszył z flaszką za mną hi,hi.... fajny byłby filmik :)
Pozdrawiam serdecznie gratki dla Ironmana za RŻ ;)

wiolqn pisze...

Hanka wszystkiego najlepszego z okazji pierwszego roku mamusinowosci!!! Oby kolejne obfitowaly w wiele rownie przyjemnych niespodzianek jak ta zyciowka Ironmana :)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, no to teraz siedzę zarumieniona po kokardę :)))
Jeśli chodzi o zwracanie uwagi, mam nadzieję, że w ten sposób zasiewa się choćby ziarnko wątpliwości. Oby.
@Emilia, kiedyś widziałam, jak ojciec wyzywał swojego 4-5 letniego synka od debili i idiotów, przy okazji dając mu a to klapa w tyłek, a to po plecach, a to po głowie. Wtedy nie zareagowałam i do dziś mam o to do siebie żal.
@Tete, trębacze... :) Jeden sklep nocny na mojej trasie biegowej już został zlikwidowany, a parę razy byłam zachęcana do wspólnego piwkowania przed 6 rano ;)
@Wiolqn, bardzo dziękuję :) Tak, to już rok! W weekend świętowaliśmy :)

Lu pisze...

Świetnie się czytało.
Prawie jakbym tam była.
Lubie sobie tu zaglądać.
Pozdrawiam.

Leszek Deska pisze...

Smutne że są ludzie którzy tak traktują dzieci :( racja że trzeba reagować - niech dziecko widzi że to nie jest norma to jak trochę podrośnie to zrozumie...
Moja młodsza pociecha za ok. 10 dni skończy 1,5 roku - śmiga życiówki typu "od ściany do ściany biegiem" :)

Hankaskakanka pisze...

@Lu, bardzo mi miło :) Pozdrawiam!
@Leszek, to Ironman jest 4 miesiące młodszy od Twojej córeczki. Poza tym dziewczynki są zdolniejsze od chłopców ;)

Ewelina Majdak pisze...

Haniu to weź mi powiedz jak się zmusić? Znowu mam przerwę i znowu przytyłam i nie mam siły żeby znowu zacząć choćby brzuszki robić. Normalnie ogarnęła mnie niemoc :(

Hankaskakanka pisze...

@Polka, napisałam do Ciebie na FB :)

Pinos pisze...

Haniu, ja mam dodatkowe skurcze w sercu nawet jak czytam o Twoim bieganiu ;) Chyba też wolę rower...