wtorek, 1 listopada 2011

Smęty i coś ważnego

Od niedzieli boli mnie bark. Smaruję Voltarenem (pomaga jak umarłemu kadzidło, ale może bez niego byłoby jeszcze gorzej), czekam na powrót Cudotwórcy z urlopu i... nie biegam.

Zdążyłam pobiegać w piątek. Po raz pierwszy od wiosny odważyłam się na zrobienie pętli kabackiej z początkiem przy Moczydłowskiej. Wczesnym popołudniem wbiegłam do lasu i... nie było bagna! Jaki piękny trening - spokojne 10 km (tempo 5:43 min/km) w jesiennym lesie. Co się stało w tym roku, że jeszcze pod koniec października drzewa mają tyle liści? Było naprawdę cudnie. Niecała godzina ukradziona z tygodniowego harmonogramu i obowiązków. Szkoda tylko, że ubrałam się za grubo (cienkie legginsy, cienka koszulka z długimi rękawami, wiatrówka, buff, czapka i rękawiczki, które zdjęłam w okolicach Polany Powsińskiej), ale przez cały tydzień strasznie marzłam i nie bardzo dowierzałam 13 stopniom na termometrze. A, jeszcze jedno - gdzieś na ósmym kilometrze pojawiła się czerwono-biała taśma, rozwieszona w poprzek duktu, z kartką "zakaz wstępu. wycinka". Odbiłam w pobliską ścieżkę, odkrywając przy okazji czarowny drewniany mostek nad oczkiem wodnym. Fajna niespodzianka w lesie, który, jak mi się zdawało, znam już jak własną kieszeń. Podsumowując: świetny trening, choć czułam w nogach trochę zmęczenia czwartkowym porankiem na Agrykoli.

Jeszcze jedno - biegałam bez pulsometru. Li i jedynie na wyczucie. Po prostu luźno "puściłam nogi" i starałam się nie spoglądać zbyt często na zegarek. Biegłam sobie, oglądałam las, myślałam o różnych sprawach. Tak więc nie wiem, czy pulsometr potwierdziłby, że 5:43 min/km to mój pierwszy zakres. Wiem, że biegło mi się dobrze.

Spróbuję coś zrobić na jutrzejszym clubbingu. Jeśli będzie bardzo bolało, po prostu przerwę trening.

Ponieważ biegowo nic u mnie się nie dzieje, a o kolejnym przedstartowym "nieszczęściu" nie chce mi się nawet smęcić, pozwalam sobie wkleić linki do dwóch niezwykle ważnych postów z bloga Emilii. Emilia została w niedzielę napadnięta na ścieżce biegowej. O całym zajściu i o tym, jak udało jej się odeprzeć atak napastnika, pisze tutaj. W drugim poście Emilia zawarła cenne rady dotyczące samoobrony. Bardzo gorąco polecam lekturę! Nie tylko biegaczkom.

Przy okazji przyznam, że do tej pory ewentualny napad umieszczałam daleko na liście czyhających zagrożeń. Prędzej potrącenie przez samochód, poturbowanie przez psa, skręcenie nogi w dziurze na chodniku - proza życia. Teraz zaczęłam szukać sobie dobrego kursu samoobrony. Poza tym nie wiem, co zrobiłabym, gdybym znalazła się na miejscu Emilii. Jak bym zareagowała?

A Wy?

6 komentarzy:

tete pisze...

o tej porze też zawsze mam problemy z doborem ciuchów:( dopiero po jakimś czasie "przypominam sobie" jak było w poprzednim sezonie;)
Wyzdrowienia barku i zdrówka życzę:) ja swojego bóla już wkrótce poddaję krioterapii dla ubogich;)

drproctor pisze...

Jesienią chyba każdy biegacz przed treningiem ma dylemat zarezerwowany rzekomo tylko dla zmanierowanych panienek: "Co ja mam na siebie włożyć";)

dadziap pisze...

Ja,po przygodzie z panem golasem nadal nie biegam po zmroku sama. Nie jest to rozwiązanie idealne ale lepsze to niż nic...

Hankaskakanka pisze...

@Tete, a co to za ból do krioterapii?
@DrP, podobne dylematy mam wiosną.
@Dadzia, przygoda goni przygodę :(

Adam pisze...

Aż, dziwnie, że nie widziałaś tego mostku wcześniej. Ja każdej zimy martwię się, że nie doczeka wiosny ;)

Hankaskakanka pisze...

@Adam, też się zdziwiłam ;-)